Weltschmerzetto

Albrecht Dürer: Melencolia I (1514), fragment.

Najlepsze rezultaty daje twórczość Ludwiga van Beethovena.

Alicja Nowak, psycholog zwierzęcy, o wpływie muzyki klasycznej na produkcję mleka u krów.

Zanim przejdziemy dalej, wsłuchajmy się w idylliczny acz pełen niewysłowionej tęsknoty wydźwięk Allegro moderato, pierwszej części Sonatiny G-dur op. 168 nr 2 (1839) Antona Diabellego (1781-1858). Klasyczne to dziełko eklektycznej muzyki salonowej ma wszystko, czego potrzeba miniaturowej postaci allegra sonatowego, ni mniej, ni więcej. Elegijna melodia, bas Albertiego, harmonia modulująca w pierwszym odcinku do tonacji dominanty, w środkowym przetworzeniu trącąca o minore, w repryzie satysfakcjonująca jedność tonalna, wszystko na bardzo niewielkiej przestrzeni. Do tego interesujący dysonans dźwięku h w melodii (właściwie części rozpisanej appoggiatury) z basową nutą c akompaniamentu (tu w roli tercji subdominanty drugiego stopnia) już w drugim takcie oraz krótka „góralska” dogrywka po ukazaniu obu tematów w ekspozycji i repryzie. Sielankę przerywa jedynie nieco zbyt nagłe i nachalne forte w akordach kończących utwór. Sprawiają one frajdę wykonawcy i jako takie zapewne zostały pomyślane.

Nasze życie, każdego z nas z osobna, posiada własny, niepowtarzalny soundtrack. Jego elementy składowe są wspólne dla wielu ludzkich doświadczeń, lecz ich suma zawsze jest właściwa tylko konkretnej jednostce. Jeżeli nie zwraca się na to zbytnio uwagi, ogranicza się owa ścieżka dźwiękowa do podświadomej recepcji tzw. muzyki tła, towarzyszącej nam podczas zakupów, w kawiarni, w restauracji, w radiu i telewizji. Jeżeli przeszło się w nastolęctwie intensywny czas uwielbienia jakiegoś wykonawcy, ślad pozostaje bardziej realny, a pamięć reaguje z większym ładunkiem emocjonalnym. Z kolei człowiek postawiony dość wcześnie na drodze zawodowej związanej z muzyką, będzie miał swój życiowy soundtrack wyjątkowo różnorodny i przeważnie świadomie analizowany już na etapie jego doświadczania, tym silniej przywoływany później za pomocą wspomnień. Nawet wówczas jednak występują nieodzowne punkty styczne z doświadczeniem wielu, wielu innych ludzkich pamięci muzycznych.

By to unaocznić, zacznijmy od oczywistości: Polka Dziadek, zwana Klarinette Muckl lub A Hupfata. Nikt nawet nie potrzebuje wiedzieć, że utwór spopularyzował się pod koniec 19 wieku, że pierwsze wydanie miał w 1906. Wszyscy w Polsce na dźwięk tej klarnetowej wywijanki rozpływają się we wspomnieniach z wakacji, z wyjazdów, z końca roku szkolnego, z pięknej pogody, którym niezawodnie towarzyszyło Lato z radiem. Polka Dziadek jest sygnałem tej audycji od 1971 roku, najbardziej rozpoznawalnym jinglem w kraju. W 2018 roku Smolik dokonał jego przeróbki – czy się przyjmie, czas pokaże. Dla mnie jest to najwcześniej chyba pamiętana melodia z dzieciństwa.

W domu słuchało się sporo radia gdy byłem bardzo mały, więc w tle brzmiały mi przeboje końca lat 70 – od Ałły Pugaczowej, Karela Gotta i Heleny Vondračkovej, po Czerwone Gitary, Abbę i bardzo mnie zawsze zasmucające Woman in love Barbry Streisand. Później były to hity z telewizji: Boney M, festiwale w Opolu i Sopocie, Józek, nie daruję ci tej nocy. To mój soundtrack czasów beztroski, soundtrack nieświadomy i raczej szczątkowy. Zaraz potem starszy brat – wierny fan Listy Przebojów Marka Niedźwieckiego – nagrał mi dedykowaną składankę na kasetę magnetofonową. Obok hitów Lady Pank i Urszuli było tam Under Attack Abby. Znów: dogłębnie przyjemnie smutne dźwięki, ekstrakt niewypowiedzianej tęsknoty. Mieliśmy też w domu pirackie kasety hitów Michaela Jacksona (Thriller) i Mike’a Oldfielda – Forreign Affair oraz Moonlight Shadow to było olśnienie dla wrażliwego na dźwięki kilkulatka. Telewizja grała coraz więcej aktualnej światowej muzyki pop (zwłaszcza w 15-minutowych blokach redagowanych przez Krzysztofa Szewczyka) oraz dużo polskiego rocka. Dlaczego mnie nie dziwi, że najbardziej w pamięci utkwił mi klip i muzyka elegijnej Nocy komety Budki Suflera?

Potem w domu pojawiły się płyty (winylowe) duetu Marek & Vacek. Moja pierwsza świadoma euforia. Moje zachłyśnięcie się. Byłem już w szkole muzycznej, w pokoju stało pianino. Mimo, że było nastrojone ćwierć tonu poniżej standardu, grałem – ze słuchu – hity Marka & Vacka razem z ich nagraniami, tworząc w mózgu korygujący filtr intonacyjny tej okrutnej kakofonii. Duetowi temu zawdzięczam miłość do muzyki klasycznej i do fortepianu, ale również poszerzenie horyzontów postrzegania klasyki, bez koturnu i z przymrużeniem oka. Co istotne – obok Polki Dziadek to jedyna część mojego wspomnieniowego soundtracku niemająca zdecydowanie melancholijnego wydźwięku.

W 1993 roku, jako nastolatek, przyłączyłem się do obcej szkolnej wycieczki wakacyjnej autokarem po Italii. Autokar był rozklekotany, wycieczka chaotyczna i zbyt intensywna, lecz w pamięci na zawsze zostanie mi muzyka puszczana podczas przejazdów z miasta do miasta. Vangelis: 1492, zwłaszcza czołowe Conquest of Paradise. Do dziś, gdyby mi ją puścić, przed oczami stają mi drogi i campingi między Wenecją, Rzymem, Sorrento i Florencją. Podobnie silną konotację sytuacyjną „muzyki drogi” ma dla mnie jeszcze tylko kaseta z największymi hitami Budki Suflera, w tym przejmujący Sen o dolinie – była puszczana w samochodzie, którym byliśmy wożeni po Tatrach latem 1994, gdy przeżywałem swój pierwszy związek.

Później było wiele ważnych nagrań i jeszcze więcej muzyki tła. Ich odtworzenie jest niezawodną maszyną w miejscu i czasie, często przywróceniem sytuacji abstrakcyjnych i obiektywnie niewiele do życia wnoszących – jak choćby kojarząca mi się z wizytami w empiku Shut up Black Eyed Peas, Push the button Sugababes cofające mnie do nieistniejącej już placówki McDonaldsa przy Alejach Jerozolimskich czy Morning after dark Timbalanda usłyszane podczas przypadkowych zakupów w Reserved… Nic jednak równać się dotąd nie może z pierwszą częścią Sonatiny Diabellego. Pamiętam, że przypadła mi do gustu od razu, Gdzieś w połowie lat 80, gdy tylko została mi wybrana przez ukochaną nauczycielkę, ze zbioru sonatin pod redakcją Hoffmana/Riegera. Że opanowanie jej nie kosztowało mnie właściwie nic, sama wchodziła w palce. Że prawdopodobnie to gdzieś od tego momentu zacząłem naprawdę kochać to co robię, kochać muzykę klasyczną. Oraz że podczas grania Sonatiny G-dur zawsze odczuwałem ten przejmujący smutek, przyjemny Weltschmerz niewiedzącego nic o świecie kilkulatka. Ten sam smutek towarzyszy mi i dziś, gdy słucham lub gram ten drobiazg. Gdybym był krową, dawałbym najlepsze mleko tylko pod warunkiem puszczania mi w kółko Diabellego. Dla mnie to on, nie Mozart czy Beethoven, jest najklasyczniejszym z kompozytorów. Nawet jeżeli to muzyka nie najwyższych lotów, pobudza we mnie tę strunę, która odpowiada za chęć bycia lepszym już od najbliższego poniedziałku.

Spróbujcie sami, to naprawdę nietrudny kawałek.

5 myśli na temat “Weltschmerzetto

  1. Wspomniany Conquest of Paradise to również najprawdziwszy polonez, co nawiązuje do wpisu poprzedniego.

    Długo by opisywać swoje muzyczne olśnienia, rewelacje i wspomnienia. W dzieciństwie mieliśmy w domu kasetę Marka i Vacka, słuchałem często z przyjemnością. Jak i Stagioni Vivaldiego, piosenek Anny German, Mireille Mathieu, składanki z Mahlera, koncertu fortepianowego Schumanna i paru jego miniaturek. Oprócz tego, magnetofon z możliwością nagrywania dźwięków był moją ulubioną „zabawką”, a przenośny dyktafon kasetowy okazał się świetnym prezentem. Na kasetach nagrywałem siebie, swoje próby śpiewu, gry na instrumentach ale i także wszelkiego rodzaju odgłosy, którem pieczołowicie kolekcjonował.
    Z gimnazjalnym okresem swojego życia będę kojarzyć Sacrificium Cecylii Bartoli, własnoręcznie wykonywane Sarabandę d-moll i Passacaglię g-moll mistrza Handla i oczywiście Chopina. Mój gimnazjalny mentor zauważył we mnie potencjał muzykofilski i przygotował do konkursu wiedzy o życiu i twórczości tegoż kompozytora, co skutkowało zajęciem II miejsca na etapie ogólnopolskim. Ówczesny zwycięzca studiuje teraz muzykologię na UW, sprawdzałem z ciekawości ostatnio 🙂 No i oczywiście w tym okresie obejrzałem „Les Choristes”, film znany u nas jako „Pan od muzyki”. Byłem absolutnie oczarowany, zarówno fabułą, jak i muzyką. Jedną z głównych ról grał Jean-Baptiste Maunier, śpiewający wówczas jeszcze sopranem chłopięcym. Pozazdrościłem mu bardzo, zwłaszcza, że byłem tuż po mutacji i w tym samym wieku. Co z tego wynikło, będzie dalej.
    Po skończeniu gimnazjum, w wakacje, bawiłem prawie dwa tygodnie w Monachium, gdzie z lokalnej biblioteki muzycznej wypożyczyłem concerti organowe Handla op. 4 i 7 w wykonaniu Koopmana. To było olśnienie, tak doskonałej i pełnej pomysłowości muzyki w życiu nie słyszałem. Nie spodziewałem się nawet, że jeden człowiek może skomponować tyle arcydzieł.
    W liceum trochę pośpiewałem sobie w miejscowym chórze szkolnym, chociaż poziom był bardzo słaby. Wówczas też, na pewnym szkolnym spotkaniu z młodzieżą izraelską, śpiewałem publicznie hymn Izraela. Czyli chyba najgorzej nie było.
    W okresie studenckim skupiłem się na amatorskiej działalności chóralnej, rozwinąłem i rozwibrowałem swój głos. Było oczywiście Requiem Mozarta, wywołujące we mnie niewyobrażalną euforię, dwukrotnie Gloria Vivaldiowska i Msza c-moll Mozarta. Dostęp do instrumentu miałem ograniczony, głównie w przybytku rodzinnym oddalonym 180 km od miejsca studiów. Ale mimo tego przy odwiedzinach próbowałem czegoś się nauczyć. Repertuar był oczywiście francuski: Dandrieu, Clerambault, Rameau i Dieupart. W tym okresie życia uczęszczałem także na koncerty barokowe, w tym wiele z Bachowskiego cyklu na UW. I wreszcie usłyszałem głosy wybitnych falsecistów na żywo.

    A ostatnio, na urlopie sierpniowym w tym roku, uzależniłem się od „Cielito lindo”. Usłyszałem gdzieś i przez dwa tygodnie podśpiewywałem na okrągło. Na ulicach zwłaszcza. Dziwne, bo to prościutka melodyjka jakich wiele. Teraz będzie przywoływać z pamięci idylliczną Łódź.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Pierwsze wspomnienie muzyczne to ojciec, który usypiając mnie śpiewał najczęściej wojenne piosenki. Partyzancka „Dziś do ciebie przyjść nie mogę” już zawsze będzie kojarzyć się z nim. Kiedy umarł, a byłam już dorosła, ta melodia powróciła w mojej głowie, by wywołać jeszcze większą rozpacz. Od najpopularniejszego kiedy zaczynałam podstawówkę w 1985 roku Modern Talking przeskoczyłam od razu do Elvisa. Miałam dziewięć lat, gdy będąc u koleżanki zainteresowałam się, co czyta jej tata. Biografię Elvisa, co zilustrował mi natychmiast włączeniem magnetofonu. To był”Heartbreak Hotel”, wpadłam na kilka lat. Znajomością życia i twórczości Presleya zaginałam jako dziecko znacznie starszych kolegów i kolegów rodziców, bo biografię też przeczytałam. Ale podstawówka muzycznie kojarzy mi się z The Beatles, to już nie była fascynacja, to była obsesja. Wciągnęłam w Beatlesów przyjaciółkę, razem śpiewałyśmy, tłumaczyłyśmy (słabo) teksty i …wywoływałyśmy ducha Johna Lennona. Beatlesów zdradziłam z The Doors, bo zakochałam się w kimś, kto był ich fanem. Z kolei z pewnym sylwestrem zawsze będzie mi się kojarzyć „21 Century Schizoid Man” King Crimson. Wiem, że to nie jest najlepsza muzyka do zabawy, ale jak się ma te 13 lat, jest się przecież już bardzo poważnym człowiekiem. W liceum pogrążyłam się w smutku, bo znalazłam się wśród nieprzyjaznych ludzi, przestałam się uczyć – do tej pory myśląc o czasach licealnych słyszę jak pobrzmiewa chłodna, mechaniczna muzyka Joy Division: to soundtrack myślenia, że do niczego się nie nadaję. I David Bowie, który pomagał mi przeżyć godziny samotnych wagarów, kiedy bez końca włóczyłam się po mieście ze słuchawkami walkmana na uszach. Ale też oratorium Mesjasz, z którego Alleluja (w języku niemieckim!) śpiewałam jako chórzystka. W połowie liceum zmieniłam szkołę. Znowu otaczali mnie fajni ludzie, z tym okresem zawsze będzie mi się kojarzyć ścieżka dźwiękowa z Trainspotting (Choć słuchałam wtedy, jak dziś oceniam, mnóstwa dobrej muzyki, to najgłębiej utkwiła we mnie właśnie ta składanka. Słyszę coś z tej płyty – jestem w 1996). Wagary w pewnej legendarnej kawiarni to „Underwater Love” (sama bym po to nie sięgnęła, ale cóż poradzę, że tego słuchała barmanka, kiedy przychodziłam tam spotkać się wzrokiem z ukochanym).
    Na studiach zmuszałam się do słuchania XIX-wiecznej muzyki ucząc się o nielubianej sztuce i architekturze XIX wieku, żeby mieć szerszy obraz epoki. Egzaminy = Beethoven. I wciąż pogłębianie licealnych i podstawówkowych fascynacji. Ale najmilszym muzycznym obrazem ze studenckich czasów jest zimowy powrót z zajęć przez zaśnieżony zaułek, gdzie mieścił się sklep o nazwie Musica Antiqua. Za każdym razem, kiedy szłam tamtędy wieczorem, słyszałam z głośnika nieziemsko wręcz piękny fragment muzyki: najpierw kastaniety, potem delikatne uderzenia palcami w struny, następnie chropawo brzmiący instrument smyczkowy (wtedy jeszcze nie wiedziałam, jaki)… Ależ to pięknie pasowało do śniegu skrzypiącego pod stopami! Wreszcie weszłam i zapytałam, co to – i już w domu mogłam wysłuchać całej płyty „La Folia. 1490-1701” zespołu Hesperion XXI. Tak otworzył się przede mną zupełnie nowy świat, ale to moja (i jak się okazało – nasza, bo i męża) muzyczna współczesność, którą będę wspominać, jak się poważnie zestarzeję. Chociaż już teraz wiem, i korci mnie, by tutaj to napisać, że „Vespers of Sorrow” to jest soundtrack mojej dorosłości. Amen.

    Polubione przez 2 ludzi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s