Bi-Wan

Alec Guinness jako Obi-Wan Kenobi w Nowej nadziei, 1977.

Oh, I’m sick of that film and all the hype.

Sir Alec Guinness, wpis w dzienniku, 1997.

Sir Alec Guinness (1914-2000) najchętniej przeszedłby do historii kina jako wybitny, starej daty aktor, dżentelmen w każdym calu, zdobywca dwóch Oscarów oraz przykładny mąż i ojciec. Los chciał, iż na ową przykładność cień położyły wypływające po latach historie jego licznych kontaktów z mężczyznami, zaś wszystkie jego dokonania aktorskie przyćmiła sława, jaką zdobył dzięki roli Obi-Wana Kenobiego w pierwszej trylogii Star Wars (1977-1983). Co zaś do bycia dżentelmenem, można tu mieć poważne wątpliwości, znając choćby jego sceptyczne wypowiedzi odnośnie tychże Gwiezdnych wojen. Szanowni malkontenci epizodów 1-3 i 7-9, wyznawcy najstarszej odsłony Sagi – Sir Alec hejtował Gwiezdne wojny na długo zanim to stało się modne. I robił to względem epizodów uchodzących dziś za kultowe.

Zaczęło się już w roku 1975. Guinness został wybrany do roli Obi-Wana bez przesłuchań, jako gwiazda. Długo grymasił, lecz przekonało go wysokie honorarium oraz unikalna wśród całej obsady filmu klauzula o należnych 2,25% zysków Georga Lucasa (reżyser miał gwarantowane 20% ogółu zysku). Nawet jednak gdy się już zgodził, potrafił napisać w liście do przyjaciela, że będzie kręcił jakiegoś „bajkowego śmiecia”. Zastrzegł też sobie wyłączenie go z zobowiązań związanych z promocją filmu. Cierpiał katusze związane z napisanymi przez Lucasa banalnymi dialogami (nazywał je „mumbo jumbo”, paplaniną) oraz uznawał gotowy film za zbyt głośny i zawierający zbyt długie sekwencje bitewne. Za to po latach przypisywał sobie zasługę, iż to on sam podpowiedział reżyserowi pomysł śmierci Obi-Wana, jako sposób na uczynienie go potężniejszym niż dotąd. Czyż można wyobrazić sobie gorszego członka ekipy filmu, który miał na zawsze zmienić historię kina?

Na szczęście Sir Alec był w swoim fachu profesjonalistą i jego pobyt na planie filmowym wspominany jest przez pozostałych aktorów jako pełen opanowania, specyficznego humoru oraz wsparcia. Był mentorem dla 24-letniego Marka Hamilla, oazą spokoju w sytuacjach stresogennych, człowiekiem niezaangażowanym, lecz świetnie przygotowanym. Cierpliwie znosił niedogodności planów w Tunezji, Dolinie Śmierci i Londynie, nie dając po sobie poznać, że kompletnie nie utożsamia się z ideą filmu. Na ekranie zemściło się to w jednej scenie – gdy technicznie nieporadny Guinness żenująco i bez przekonania wywija mieczem świetlnym w starciu z Darthem Vaderem. Prawie trzydzieści lat później Ewan McGregor, grający młodego Obi-Wana, zmyje tę plamę na honorze, pokazując zapierającą dech w piersiach maestrię mozolnie wyćwiczonej sceny walki z Haydenem Christensenem (młodym Vaderem). Na Sir Alecu, który nie żył już wówczas od pięciu lat, nie zrobiłoby to jednak wrażenia. Nie cierpiał Gwiezdnych wojen, nie mieściło się to w jego systemie wartości, że ktokolwiek o zdrowych zmysłach postawi rolę Obi-Wana nad wszystkim innym, czego dokonał w życiu.

Mimo uprzedzeń, Guiness wystąpił jeszcze w dwóch kolejnych epizodach, Imperium kontratakuje oraz Powrocie Jedi, grając „ducha Mocy” Obi-Wana. Zgodnie z umową, nie brał udziału w żadnych działaniach marketingowych starej Trylogii, a okazjonalne pytania o rolę Obi-Wana okropnie go zawsze irytowały. Jeszcze w lutym 1997 roku, przy okazji wchodzenia na ekrany odświeżonej wersji epizodów 4-6, pisał w dzienniku: „byłem niemiły dla dziennikarki Telegraph, która pytała ile zarobiłem na Gwiezdnych wojnach„. Nie było bowiem tajemnicą, iż dzięki zapisowi w umowie dorobił się na tych filmach fortuny. Sam przyznał w wywiadzie, że nie może narzekać na profity: „pozwoliły mi przeżyć resztę mych dni na rozsądnie skromnym poziomie, bez długów oraz z komfortem odrzucania propozycji, które mnie nie satysfakcjonowały”.

Był właściwie jedynym aktorem świata Gwiezdnych wojen prezentującym taką postawę. Dziś jego rolę przejął w pewnym zakresie Harrison Ford, lecz raczej w konwencji dowcipnej pozy, w reakcji na histerię, jaką wywołuje łączenie go z rolą Hana Solo. W kolejnych epizodach występowali naprawdę znakomici artyści, również oscarowi, zawsze jednak podkreślali, jak wielkim zaszczytem i przygodą był dla nich udział w kultowej Sadze. Generacja ani środowisko, z którego wyrastali nie miały tu żadnego znaczenia.

Czas pokazał, że Sir Alec Guinness nie miał racji, że zabrakło mu wyobraźni, by zdać sobie sprawę, w czym wziął udział. Niezwykle profesjonalny na planie filmowym i w oficjalnym stadle rodzinnym, wiódł poza nimi drugie życie, życie zrzędy-malkontenta, w tajemnicy folgującego skrytym namiętnościom. Na szczęście nie miało to wpływu na efekt artystyczny jego pracy i mało kogo obchodzi dziś, co myślał o swojej roli legendarny Obi-Wan. Ważne, że wyszkolił dwóch największych rycerzy Jedi w historii.

Ciekawe, czy ujrzę – obok Carrie Fisher – jego archiwalne ujęcia w jutrzejszej premierze Epizodu Dziewiątego. 🙂

Jedna myśl na temat “Bi-Wan

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s