Outfits

Carrie Fisher jako Księżniczka Leia, Imperium kontratakuje, 1980.

Wciąż kazali mi zrzucać wagę. Chcieli zatrudnić tylko część mnie, jakieś 3/4.

Carrie Fisher o warunkach w umowach z Lucasfilm.

Pytacie, ile strojów mogła mieć Księżniczka Leia Organa łącznie we wszystkich epizodach Gwiezdnych wojen? Myślicie, że pamiętacie je wszystkie? Że było ich dosłownie kilka? Odpowiedź brzmi: piętnaście! I niektóre naprawdę warte są solidnej wzmianki.

Nowa nadzieja, kinowy początek Sagi z 1977 roku, to dość monotonny kostiumowo epizod. Nic dziwnego – George Lucas chciał wyraźnie zarysować postaci bohaterów, związać widownię emocjonalnie nie tylko z aktorami, ale i z ich strojami. Nikt się tu nie może mierzyć z Benem Kenobi czy Chewbakką, którzy paradują przez całą Trylogię w jednej wersji szat/futra. Również Darth Vader, Gubernator Tarkin oraz ich oficerowie trzymają się w Epizodzie 4 jednego fasonu. Han Solo ma dwie stylówki (oryginalną oraz przebranie szturmowca), Luke o dwie więcej (farmerską, szturmowcową, kombinezon pilota, odświętną na wręczenie medalu). Leia przez cały film nosi jedną tylko, zwiewną, białą szatę, której niewątpliwym dopełnieniem jest podwójny nausznik włosów – znak rozpoznawczy postaci na wieki wieków. Przebiera się tylko raz, na sam koniec, w szaty bardziej oficjalne, z fryzurą bardziej twarzową, by wręczyć medale Luke’owi i Hanowi (pomijając Chewbakkę, co zostanie naprawione dopiero w Epizodzie 9). Co ciekawe, Lucas upierał się, że w kosmosie nie ma bielizny, więc pod kostiumami nie znajdziemy biustonosza.

W Imperium kontratakuje poznajemy księżniczkę w biało-beżowym, pikowanym kombinezonie roboczym, przydatnym w bazie Rebeliantów na zimowej planecie Hoth. Długo nie doceniałem tego kostiumu, lecz z czasem wydaje mi się on jednym z bardziej interesujących i dobrze noszonych przez Carrie Fisher. Widzimy ją w nim jeszcze później na pokładzie Sokoła oraz podczas ucieczki z Miasta Chmur. W samym mieście dostaje ona od Lando Calrissiana zwiewne, orientalne szaty w kolorze bordo: sindbady, tunikę i płaszcz. Wygląda pięknie, acz skromnie. Siła tego epizodu polega jednak na tym, iż właściwie nie pamiętamy kostiumów Lei, bardziej wciąga nas akcja i relacje między bohaterami. Fakt pozostaje faktem – W Imperium kontratakuje Leia nosi wyłącznie spodnie.

Powrót Jedi przynosi największe zróżnicowanie kostiumów Lei. Zaczynamy od niespodzianki – księżniczka przybyła pod przebraniem do pałacu Jabby, by uwolnić ukochanego Hana. Przebraniem tym jest strój łowcy nagród, Boushha, przynętą jest Chewbacca, elementem perswazji zaś ręczny detonator. Plan upada podczas rozmrażania Hana z karbonitu, Leia zostaje zdemaskowana i pozbawiona kostiumu. Dosłownie. W następnych scenach widzimy ją bowiem w odzieniu, które wkrótce stało się kultowe, nie tylko dla wyznawców Star Wars. Księżniczka Organa staje się oto niewolnicą Jabby, trzymaną przez niego na łańcuchu uwiązanym do szyi, eksponującą ogromną większość niewyobrażalnie seksownego ciała, zakrytego jedynie tak zwanym „metalowym bikini„, z dwoma fragmentami materiału u pasa. To o tym stroju opowiadała Carrie Fisher gdy wspominała spotkanie z fanem: „powiedział mi: myślałem o Tobie każdego dnia odkąd miałem 12 lat do skończenia 25! Każdego? Tak, czasem nawet cztery razy!”. Sama aktorka miała stosowny dystans do przedmiotowego traktowania jej ciała w tym kostiumie; bardziej skupiała się na nienawidzeniu postaci Jabby, odczuwając nielichą satysfakcję podczas kręcenia sceny duszenia go łańcuchem. Po skutecznej ucieczce i powrocie do bazy Rebeliantów księżniczka szykuje się do akcji wyłączenia ochrony drugiej Gwiazdy Śmierci na księżycu Endor, co skutkuje założeniem skromnego, szarego kostiumu z kamuflującym ponczo w zielonych odcieniach moro. W nim też mogłaby zakończyć udział w tym filmie, całując się z oniemiałym Hanem po wygranej bitwie. Tymczasem jednak zostaje przechwycona przez wojownicze Ewoki jako ni to gość, ni bogini, ni więzień, w związku z czym otrzymujemy najsłabszą kreację w całej starej Trylogii – zarówno lniany przyodziew, jak i rozpuszczone, zbyt długie włosy, dodają lat i ujmują czaru jednej z najpiękniejszych kobiet w galaktyce. Mimo że następuje kolejny zwrot akcji i Leia wraca do kostiumu z ponczo, na sam koniec widzimy ją znowu w zgrzebnym worku, w scenie – o zgrozo – radosnej imprezy po zwycięstwie nad imperium.

Księżniczka Organa, już jako generał, wraca po latach w Przebudzeniu Mocy (2015), odziana w dwa kostiumy. Pierwszy, nazwany przez Carrie Fisher „pracownicą stacji benzynowej„, to szara koszula i spodnie oraz fioletowa kamizelka. Drugi to już gustowna, ciemna suknia z filcowym płaszczem, zwieńczona fryzurą, którą niezawodna odtwórczyni Lei nazwała z kolei „dupą pawiana”. W Ostatnim Jedi (2017) ubrano Leię w szaty zachwycające krojem i wzbudzające szacunek stonowaną kolorystyką. To dwa różne kostiumy, choć bardzo do siebie podobne. W jednym krząta się na mostku kapitańskim i odbywa niesławną wycieczkę w przestrzeń kosmiczną, w drugim prezentuje najpiękniejsze swoje ujęcie w całej Sadze – moment refleksji u wrót bazy Rebeliantów na Crait. Mało kto pamięta jednak o trzecim stroju Lei w tym epizodzie: zaistniał on na krótko w scenie, w której bunt Poe Damerona zostaje stłumiony poprzez strzał z ogłuszacza za sprawą Generał Organy w… sukni szpitalnej, po cudownym ocaleniu z kosmicznej próżni. Najnowszy, ostatni epizod Sagi Skywalker. Odrodzenie – przywrócił Carrie Fisher z martwych (odeszła w 2016 roku), używając archiwalnych zdjęć z Przebudzenia Mocy. Leia ma tu bordowo-grafitowy kostium, ostatni, w jakim ją zapamiętamy.

Wszystkie powyższe kreacje dają w sumie czternaście outfitów. Gdzie piętnasty, zapytacie? Ano w Epizodzie 3, Zemście Sithów – w ostatnich scenach nowo narodzona Leia mości się w gustownym beciku, na ręku przybranych rodziców, którzy dadzą jej przybrane nazwisko: Organa…

Firma Kenner wypuściła w latach 1977-1985 pięć różnych figurek księżniczki: klasyczną z Nowej nadziei, w stroju z Hoth, z Miasta Chmur, w przebraniu Boushh oraz tę w ponczo. Późniejsze figurki firmy Hasbro nadrobiły wszystkie pozostałe kreacje Lei, choć – jak u pozostałych postaci – zatraciły pierwotnego ducha zabawek Star Wars. Do dziś zapaleni kolekcjonerzy prześcigają się w rekonstrukcjach figurki Lei w metalowym bikini, takiej, jaka mogła się pojawić w serii Kennera w latach 80. Z kolei firmy Kotobukiya, Sideshow Collectibles oraz Gentle Giant prześcigają się w kolejnych hiperrealistycznych przedstawieniach Lei z poszczególnych filmów, znacznie większych rozmiarami od wspomnianych zabawek. Patrząc na twarz Carrie Fisher, oddaną w nich z ogromną pieczołowitością, można zrozumieć jej wypowiedź, sygnalizującą zarówno radość, jak i piętno: „księżniczka Leia to ja”.

Polskie podróbki figurek z lat 80 wzorowały się tylko na tej pierwszej kennerowskiej, za to w trzech różnych wersjach producenckich i wielu wariantach kolorystycznych.

Bi-Wan

Alec Guinness jako Obi-Wan Kenobi w Nowej nadziei, 1977.

Oh, I’m sick of that film and all the hype.

Sir Alec Guinness, wpis w dzienniku, 1997.

Sir Alec Guinness (1914-2000) najchętniej przeszedłby do historii kina jako wybitny, starej daty aktor, dżentelmen w każdym calu, zdobywca dwóch Oscarów oraz przykładny mąż i ojciec. Los chciał, iż na ową przykładność cień położyły wypływające po latach historie jego licznych kontaktów z mężczyznami, zaś wszystkie jego dokonania aktorskie przyćmiła sława, jaką zdobył dzięki roli Obi-Wana Kenobiego w pierwszej trylogii Star Wars (1977-1983). Co zaś do bycia dżentelmenem, można tu mieć poważne wątpliwości, znając choćby jego sceptyczne wypowiedzi odnośnie tychże Gwiezdnych wojen. Szanowni malkontenci epizodów 1-3 i 7-9, wyznawcy najstarszej odsłony Sagi – Sir Alec hejtował Gwiezdne wojny na długo zanim to stało się modne. I robił to względem epizodów uchodzących dziś za kultowe.

Zaczęło się już w roku 1975. Guinness został wybrany do roli Obi-Wana bez przesłuchań, jako gwiazda. Długo grymasił, lecz przekonało go wysokie honorarium oraz unikalna wśród całej obsady filmu klauzula o należnych 2,25% zysków Georga Lucasa (reżyser miał gwarantowane 20% ogółu zysku). Nawet jednak gdy się już zgodził, potrafił napisać w liście do przyjaciela, że będzie kręcił jakiegoś „bajkowego śmiecia”. Zastrzegł też sobie wyłączenie go z zobowiązań związanych z promocją filmu. Cierpiał katusze związane z napisanymi przez Lucasa banalnymi dialogami (nazywał je „mumbo jumbo”, paplaniną) oraz uznawał gotowy film za zbyt głośny i zawierający zbyt długie sekwencje bitewne. Za to po latach przypisywał sobie zasługę, iż to on sam podpowiedział reżyserowi pomysł śmierci Obi-Wana, jako sposób na uczynienie go potężniejszym niż dotąd. Czyż można wyobrazić sobie gorszego członka ekipy filmu, który miał na zawsze zmienić historię kina?

Na szczęście Sir Alec był w swoim fachu profesjonalistą i jego pobyt na planie filmowym wspominany jest przez pozostałych aktorów jako pełen opanowania, specyficznego humoru oraz wsparcia. Był mentorem dla 24-letniego Marka Hamilla, oazą spokoju w sytuacjach stresogennych, człowiekiem niezaangażowanym, lecz świetnie przygotowanym. Cierpliwie znosił niedogodności planów w Tunezji, Dolinie Śmierci i Londynie, nie dając po sobie poznać, że kompletnie nie utożsamia się z ideą filmu. Na ekranie zemściło się to w jednej scenie – gdy technicznie nieporadny Guinness żenująco i bez przekonania wywija mieczem świetlnym w starciu z Darthem Vaderem. Prawie trzydzieści lat później Ewan McGregor, grający młodego Obi-Wana, zmyje tę plamę na honorze, pokazując zapierającą dech w piersiach maestrię mozolnie wyćwiczonej sceny walki z Haydenem Christensenem (młodym Vaderem). Na Sir Alecu, który nie żył już wówczas od pięciu lat, nie zrobiłoby to jednak wrażenia. Nie cierpiał Gwiezdnych wojen, nie mieściło się to w jego systemie wartości, że ktokolwiek o zdrowych zmysłach postawi rolę Obi-Wana nad wszystkim innym, czego dokonał w życiu.

Mimo uprzedzeń, Guiness wystąpił jeszcze w dwóch kolejnych epizodach, Imperium kontratakuje oraz Powrocie Jedi, grając „ducha Mocy” Obi-Wana. Zgodnie z umową, nie brał udziału w żadnych działaniach marketingowych starej Trylogii, a okazjonalne pytania o rolę Obi-Wana okropnie go zawsze irytowały. Jeszcze w lutym 1997 roku, przy okazji wchodzenia na ekrany odświeżonej wersji epizodów 4-6, pisał w dzienniku: „byłem niemiły dla dziennikarki Telegraph, która pytała ile zarobiłem na Gwiezdnych wojnach„. Nie było bowiem tajemnicą, iż dzięki zapisowi w umowie dorobił się na tych filmach fortuny. Sam przyznał w wywiadzie, że nie może narzekać na profity: „pozwoliły mi przeżyć resztę mych dni na rozsądnie skromnym poziomie, bez długów oraz z komfortem odrzucania propozycji, które mnie nie satysfakcjonowały”.

Był właściwie jedynym aktorem świata Gwiezdnych wojen prezentującym taką postawę. Dziś jego rolę przejął w pewnym zakresie Harrison Ford, lecz raczej w konwencji dowcipnej pozy, w reakcji na histerię, jaką wywołuje łączenie go z rolą Hana Solo. W kolejnych epizodach występowali naprawdę znakomici artyści, również oscarowi, zawsze jednak podkreślali, jak wielkim zaszczytem i przygodą był dla nich udział w kultowej Sadze. Generacja ani środowisko, z którego wyrastali nie miały tu żadnego znaczenia.

Czas pokazał, że Sir Alec Guinness nie miał racji, że zabrakło mu wyobraźni, by zdać sobie sprawę, w czym wziął udział. Niezwykle profesjonalny na planie filmowym i w oficjalnym stadle rodzinnym, wiódł poza nimi drugie życie, życie zrzędy-malkontenta, w tajemnicy folgującego skrytym namiętnościom. Na szczęście nie miało to wpływu na efekt artystyczny jego pracy i mało kogo obchodzi dziś, co myślał o swojej roli legendarny Obi-Wan. Ważne, że wyszkolił dwóch największych rycerzy Jedi w historii.

Ciekawe, czy ujrzę – obok Carrie Fisher – jego archiwalne ujęcia w jutrzejszej premierze Epizodu Dziewiątego. 🙂