Outfits

Carrie Fisher jako Księżniczka Leia, Imperium kontratakuje, 1980.

Wciąż kazali mi zrzucać wagę. Chcieli zatrudnić tylko część mnie, jakieś 3/4.

Carrie Fisher o warunkach w umowach z Lucasfilm.

Pytacie, ile strojów mogła mieć Księżniczka Leia Organa łącznie we wszystkich epizodach Gwiezdnych wojen? Myślicie, że pamiętacie je wszystkie? Że było ich dosłownie kilka? Odpowiedź brzmi: piętnaście! I niektóre naprawdę warte są solidnej wzmianki.

Nowa nadzieja, kinowy początek Sagi z 1977 roku, to dość monotonny kostiumowo epizod. Nic dziwnego – George Lucas chciał wyraźnie zarysować postaci bohaterów, związać widownię emocjonalnie nie tylko z aktorami, ale i z ich strojami. Nikt się tu nie może mierzyć z Benem Kenobi czy Chewbakką, którzy paradują przez całą Trylogię w jednej wersji szat/futra. Również Darth Vader, Gubernator Tarkin oraz ich oficerowie trzymają się w Epizodzie 4 jednego fasonu. Han Solo ma dwie stylówki (oryginalną oraz przebranie szturmowca), Luke o dwie więcej (farmerską, szturmowcową, kombinezon pilota, odświętną na wręczenie medalu). Leia przez cały film nosi jedną tylko, zwiewną, białą szatę, której niewątpliwym dopełnieniem jest podwójny nausznik włosów – znak rozpoznawczy postaci na wieki wieków. Przebiera się tylko raz, na sam koniec, w szaty bardziej oficjalne, z fryzurą bardziej twarzową, by wręczyć medale Luke’owi i Hanowi (pomijając Chewbakkę, co zostanie naprawione dopiero w Epizodzie 9). Co ciekawe, Lucas upierał się, że w kosmosie nie ma bielizny, więc pod kostiumami nie znajdziemy biustonosza.

W Imperium kontratakuje poznajemy księżniczkę w biało-beżowym, pikowanym kombinezonie roboczym, przydatnym w bazie Rebeliantów na zimowej planecie Hoth. Długo nie doceniałem tego kostiumu, lecz z czasem wydaje mi się on jednym z bardziej interesujących i dobrze noszonych przez Carrie Fisher. Widzimy ją w nim jeszcze później na pokładzie Sokoła oraz podczas ucieczki z Miasta Chmur. W samym mieście dostaje ona od Lando Calrissiana zwiewne, orientalne szaty w kolorze bordo: sindbady, tunikę i płaszcz. Wygląda pięknie, acz skromnie. Siła tego epizodu polega jednak na tym, iż właściwie nie pamiętamy kostiumów Lei, bardziej wciąga nas akcja i relacje między bohaterami. Fakt pozostaje faktem – W Imperium kontratakuje Leia nosi wyłącznie spodnie.

Powrót Jedi przynosi największe zróżnicowanie kostiumów Lei. Zaczynamy od niespodzianki – księżniczka przybyła pod przebraniem do pałacu Jabby, by uwolnić ukochanego Hana. Przebraniem tym jest strój łowcy nagród, Boushha, przynętą jest Chewbacca, elementem perswazji zaś ręczny detonator. Plan upada podczas rozmrażania Hana z karbonitu, Leia zostaje zdemaskowana i pozbawiona kostiumu. Dosłownie. W następnych scenach widzimy ją bowiem w odzieniu, które wkrótce stało się kultowe, nie tylko dla wyznawców Star Wars. Księżniczka Organa staje się oto niewolnicą Jabby, trzymaną przez niego na łańcuchu uwiązanym do szyi, eksponującą ogromną większość niewyobrażalnie seksownego ciała, zakrytego jedynie tak zwanym „metalowym bikini„, z dwoma fragmentami materiału u pasa. To o tym stroju opowiadała Carrie Fisher gdy wspominała spotkanie z fanem: „powiedział mi: myślałem o Tobie każdego dnia odkąd miałem 12 lat do skończenia 25! Każdego? Tak, czasem nawet cztery razy!”. Sama aktorka miała stosowny dystans do przedmiotowego traktowania jej ciała w tym kostiumie; bardziej skupiała się na nienawidzeniu postaci Jabby, odczuwając nielichą satysfakcję podczas kręcenia sceny duszenia go łańcuchem. Po skutecznej ucieczce i powrocie do bazy Rebeliantów księżniczka szykuje się do akcji wyłączenia ochrony drugiej Gwiazdy Śmierci na księżycu Endor, co skutkuje założeniem skromnego, szarego kostiumu z kamuflującym ponczo w zielonych odcieniach moro. W nim też mogłaby zakończyć udział w tym filmie, całując się z oniemiałym Hanem po wygranej bitwie. Tymczasem jednak zostaje przechwycona przez wojownicze Ewoki jako ni to gość, ni bogini, ni więzień, w związku z czym otrzymujemy najsłabszą kreację w całej starej Trylogii – zarówno lniany przyodziew, jak i rozpuszczone, zbyt długie włosy, dodają lat i ujmują czaru jednej z najpiękniejszych kobiet w galaktyce. Mimo że następuje kolejny zwrot akcji i Leia wraca do kostiumu z ponczo, na sam koniec widzimy ją znowu w zgrzebnym worku, w scenie – o zgrozo – radosnej imprezy po zwycięstwie nad imperium.

Księżniczka Organa, już jako generał, wraca po latach w Przebudzeniu Mocy (2015), odziana w dwa kostiumy. Pierwszy, nazwany przez Carrie Fisher „pracownicą stacji benzynowej„, to szara koszula i spodnie oraz fioletowa kamizelka. Drugi to już gustowna, ciemna suknia z filcowym płaszczem, zwieńczona fryzurą, którą niezawodna odtwórczyni Lei nazwała z kolei „dupą pawiana”. W Ostatnim Jedi (2017) ubrano Leię w szaty zachwycające krojem i wzbudzające szacunek stonowaną kolorystyką. To dwa różne kostiumy, choć bardzo do siebie podobne. W jednym krząta się na mostku kapitańskim i odbywa niesławną wycieczkę w przestrzeń kosmiczną, w drugim prezentuje najpiękniejsze swoje ujęcie w całej Sadze – moment refleksji u wrót bazy Rebeliantów na Crait. Mało kto pamięta jednak o trzecim stroju Lei w tym epizodzie: zaistniał on na krótko w scenie, w której bunt Poe Damerona zostaje stłumiony poprzez strzał z ogłuszacza za sprawą Generał Organy w… sukni szpitalnej, po cudownym ocaleniu z kosmicznej próżni. Najnowszy, ostatni epizod Sagi Skywalker. Odrodzenie – przywrócił Carrie Fisher z martwych (odeszła w 2016 roku), używając archiwalnych zdjęć z Przebudzenia Mocy. Leia ma tu bordowo-grafitowy kostium, ostatni, w jakim ją zapamiętamy.

Wszystkie powyższe kreacje dają w sumie czternaście outfitów. Gdzie piętnasty, zapytacie? Ano w Epizodzie 3, Zemście Sithów – w ostatnich scenach nowo narodzona Leia mości się w gustownym beciku, na ręku przybranych rodziców, którzy dadzą jej przybrane nazwisko: Organa…

Firma Kenner wypuściła w latach 1977-1985 pięć różnych figurek księżniczki: klasyczną z Nowej nadziei, w stroju z Hoth, z Miasta Chmur, w przebraniu Boushh oraz tę w ponczo. Późniejsze figurki firmy Hasbro nadrobiły wszystkie pozostałe kreacje Lei, choć – jak u pozostałych postaci – zatraciły pierwotnego ducha zabawek Star Wars. Do dziś zapaleni kolekcjonerzy prześcigają się w rekonstrukcjach figurki Lei w metalowym bikini, takiej, jaka mogła się pojawić w serii Kennera w latach 80. Z kolei firmy Kotobukiya, Sideshow Collectibles oraz Gentle Giant prześcigają się w kolejnych hiperrealistycznych przedstawieniach Lei z poszczególnych filmów, znacznie większych rozmiarami od wspomnianych zabawek. Patrząc na twarz Carrie Fisher, oddaną w nich z ogromną pieczołowitością, można zrozumieć jej wypowiedź, sygnalizującą zarówno radość, jak i piętno: „księżniczka Leia to ja”.

Polskie podróbki figurek z lat 80 wzorowały się tylko na tej pierwszej kennerowskiej, za to w trzech różnych wersjach producenckich i wielu wariantach kolorystycznych.

Wayfinder

C-3PO to jedyna postać, która kreowana była przez tego samego aktora – Anthony’ego Danielsa – we wszystkich dziewięciu częściach Gwiezdnych wojen.

Control, control, you must learn control!

Yoda, podczas treningu Luke’a Skywalkera. Imperium kontratakuje, 1980.

Wciąż jest za wcześnie, by pisać uczone elaboraty na temat wartości zarówno Skywalker. Odrodzenie, jak i całej nowej trylogii Gwiezdnych wojen. Dzisiejsza premiera ostatniego, dziewiątego rozdziału tej epopei, kończy erę rozpoczętą w 1977 roku pojawieniem się Nowej nadziei. Trzy trylogie, kręcone bez chronologicznej kolejności, wydają się stanowić mimo wszystko bardzo wyraziste, osobne historie, tak w warstwie scenariusza, jak przede wszystkim – realizacji. Jako dozgonny fan Oryginalnej Trylogii oraz bezwzględny prequelosceptyk, stworzone przez Disneya trzy ostatnie filmy przyjąłem z ulgą ale i rezerwą. Z ulgą, gdyż trzymają poziom. Z rezerwą, gdyż nie jestem pewien ani intencji autorów, ani kierunku, w jakim zmierzają losy przedstawionych w nich postaci. Z tej właśnie perspektywy mogę na gorąco ocenić całą już nowa trylogię, z zastrzeżeniem, że ocena ta może się przecież zmienić z czasem. Podejdę zaś do tego ostrożnie i bezpiecznie, od strony drogi, jaką przebyli bohaterowie epizodów 7-9. Znamy bowiem dobrze losy Luke’a, Hana, Lei, Obi-Wana i Dartha Vadera z epizodów 4-6, wiemy co nimi powodowało, do czego dążyli, co osiągnęli i – przede wszystkim – co stało w kulturowym tle tej opowieści. Wyjątkowo czytelny, acz wykonany w nieakceptowalnej konwencji, jest również przekaz George’a Lucasa w historii, jaką opowiedział nam w rozdziałach 1-3. Tymczasem mam problem, jeżeli chodzi o kierunek, w jakim zmierza scenariusz ostatniej trylogii, mimo świetnej strony wizualnej mającej pewien problem ze swoimi rozedrganymi emocjonalnie bohaterami.

Zacznijmy od Finna. Jego przemiana z wątpiącego szturmowca w uciekiniera, który dołącza do Rebelii w Przebudzeniu Mocy robi początkowo wrażenie. Następnie, jeszcze w tym samym filmie, staje i tak sobie stoi już do końca. Nie pomaga ani danie mu na chwilę do ręki miecza świetlnego, ani próba obdarzenia go głębszymi rozterkami – czy aby na pewno warto ryzykować wszystko dla walki z Imperium, ani przypięcie do kożucha jego postaci kwiatka żenady, czyli Rose Tico. Nawet tak wyczekiwany przez niektórych romans, lub przynajmniej bromance z Poe nie dochodzi do skutku. Do końca nie dowiemy się, dokąd przemieniony Finn zmierza. Wiemy, że troszczy się wciąż o Rey oraz że na koniec gania za nią, by jej coś ważnego powiedzieć, lecz nikt się nie dowie co to jest.

Poe Dameron miał zadatki na głównego rozrabiakę trylogii, autora najdowcipniejszych ripost, może zbyt prędkiego w czynie, za to z ogromnym serduchem dla sprawy, o którą walczy. Niestety, realizatorzy chyba sami przestraszyli się potencjału, jaki daje taka postać w zestawieniu z grającym ją Oscarem Isaakiem, więc ze sceny na scenę, z epizodu na epizod, nastąpiło wygaszanie jego roli, aż do zupełnego sflaczenia akurat w momencie, gdy został dowódcą całego Ruchu Oporu.

Rey poznajemy jako miotającą się w poczuciu osamotnienia, obdarzoną niepospolitymi zdolnościami lecz kompletnie niewiedzącą czemu miałyby służyć dziewczynę ze strefy biedy prowincjonalnej planety. Miała przejść drogę podobną do Luke’a w starej trylogii, lecz scenarzyści obdarzyli ją o wiele większymi rozterkami, i ostatecznie główną walkę musi stoczyć sama ze sobą, rozwalając Imperium niejako przy okazji. Choć napisana historia sugeruje inaczej, jako postać Rey nie przechodzi żadnej przemiany. Stale się uczy, stale potyka, stale wątpi, w to wszystko wplatając niejasną relację z rywalem, Kylo Renem. Zakończenie tej relacji wywołało salwę śmiechu na widowni, poprzedzoną niedowierzaniem w scenie tuż przed tym. Pokonania odradzającego się Zła dokonuje zaś w sposób mało wiarygodny, bez należytego spiętrzenia napięcia i bez uczucia triumfalnej ulgi u oglądających gdy do owego zwycięstwa dochodzi. Ot, przypomniała sobie, że w sumie po to nakręcono tę trylogię, zrobiła więc co do niej należało i wróciła do swoich spraw. W tych okolicznościach dowiedzenie się szokujących informacji o swoim pochodzeniu nie ma żadnej, ale to żadnej siły rażenia (w porównaniu z kultowym odpowiednikiem w Imperium kontratakuje).

Kylo Ren zanosił się na główną mroczną postać nowych filmów, lecz do końca pozostał jak jego miecz: chropawy, dziwaczny i niedokończony. Obdarzony wyjątkową zdolnością do panowania nad Mocą miewa co chwila momenty dziecinnej wręcz słabości. Aspirujący do przywództwa, wciąż popełnia kardynalne błędy. Wiemy na pewno tylko jedno: dąży do zniszczenia wszystkiego – łącznie z tymi, których kocha – co stanie mu na drodze do zdobycia władzy nad Galaktyką. Nowym elementem jest zaś, iż właściwie otwarcie deklaruje zniszczenie również swoich protektorów i przyjaciół, a ewentualne ukrywanie tego przed nimi trwa raczej krótko – kolejno zabija własnego ojca, Snoke’a, jego gwardzistów, członków założonego przez siebie zakonu Ren oraz próbuje unicestwić niespodziewanie powróconego z martwych Palpatine’a. Co dziwne, to Kylo przechodzi największą przemianę w całej nowej trylogii, lecz czyni to mozolnie i niekonsekwentnie, a gdy to już następuje – nobody cares.

Starzy bohaterowie padają ofiarami swojej roli – są starzy. Starsi, niż aktorzy, którzy wrócili, by ich zagrać. Czy naprawdę konieczne było aż tak spowolnić ich czas reakcji, ruchy, sposób mówienia względem tego, w czym brylowali u Lucasa – karabinowego wręcz tempa, za którym aż chciało się nadążać, na granicy zadyszki? Czy potrzebny był teraz aż taki kontrast między nimi a nowym pokoleniem? Nie ma nic smutniejszego, niż widok zramolałego Hana Solo, zdziwaczałego lumpen-Luke’a, dojącego krowy morskie, czy dostojnej pensjonariuszki galaktycznego domu spokojnej starości, Generał Lei Organy – tej samej, która 20 lat wcześniej, paradując w szpanerskim metalowym bikini, gołymi rękami udusiła piętnastokrotnie od niej większego spasionego gangstera? Z tej trójki przynajmniej Markowi Hamillowi pozwolono wykazać się, gdy na chwilę ster opowieści powierzono lekkomyślnemu Rianowi Johnsonowi – jednak scena walki hologramicznego Luke’a z realnym Kylo Renem w Ostatnim Jedi wzbudza tyleż opinii entuzjastycznych co krytykujących tak nietypowy zamysł. O pomyśle, by w tym samym filmie Leia polatała sobie w kosmosie, łaskawie zmilczę. Jej rola zza grobu w Skywalker. Odrodzenie została sklecona w miarę zgrabnie jak na materiał, którym dysponowali realizatorzy. A i udział Hana Solo w ostatnim epizodzie nie drażnił tak, jak by mógł. Warto wspomnieć o powrocie Lando Calrissiana – Billy Dee Williams grając go tutaj miał więcej lat niż Sebastian Shaw w Powrocie Jedi (Vader po zdjęciu maski) czy Christopher Lee w trylogii prequeli – i wypada naprawdę korzystnie w tych okolicznościach. No i, last but not least, wzruszający jest powrót ducha Yody (niekomputerowego, lalkowego) w Ostatnim Jedi. Wnosi niewiele, a cieszy.

Stara gwardia drugiego planu: C-3PO, R2-D2 oraz Chewbacca mają do odegrania role marginalne. Najwięcej udziela się Chewie, choć jest to Wookie grubiej ciosany i mniej interesujący, niż ten z Oryginalnej Trylogii. C-3PO w pierwszych dwóch częściach jest skandalicznie sprowadzony do kompletnego tła, jeszcze mniej do powiedzenia ma tylko R2-D2. Przypomnijmy – epizody 4-6 były opowiedziane w pewnym sensie z perspektywy tych dwóch postaci, a ich barwne komentarze i udział w akcjach stanowiły istotną część atmosfery starych, dobrych Gwiezdnych wojen. Skywalker. Odrodzenie przyniósł rehabilitację roli C-3PO, o pięć epizodów za późno (spłycenie tej postaci w prequelach to osobna, smutna historia). Dodano za to legion nowych postaci drugoplanowych, ludzi, stworów i robotów, jakby miało to mieć jakieś znaczenie dla pozytywnego odbioru filmów przez nową generację fanów. Droidy BB-8 i D-O, sympatyczna lecz bezproduktywna Maz Kanata, kompletnie pozbawione znaczenia Rose, Jannah czy Zori gmatwają i tak już poplątany scenariusz, a ich wątki prowadzą donikąd.

Zadziwiająco spójnie trzyma się za to strona Najwyższego Porządku, lecz i tu losy postaci kończą się w groteskowo nieracjonalny sposób. Kapitan Phasma (epizody 7 i 8) miałaby pewien potencjał, gdyby dla Finna przeszła na Jasną Stronę zamiast ścigać go z uporem godnym lepszej sprawy. Kapitan Canady (epizod 8) to rewelacyjny wulkan „złej” energii; niestety ginie w tej samej scenie, w której go poznajemy. Generał Hux, świetnie zagrany, mógłby być najbardziej tragiczną postacią całej trylogii, dożywa nawet ostatniego epizodu, dostaje bardzo ciekawy plot twist, po czym kończy jak ostatni pętak, zupełnie bez sensu. Wybitny potencjał ma postać Snoke’a, jako wielkiego manipulatora i bezwzględnego, zdemoralizowanego przywódcy. Zabicie go przez Riana Johnsona w scenariuszu Ostatniego Jedi – swoją drogą jest to świetnie nakręcona scena – spowodowało chaos i niedowierzanie w całej opowieści. Wszystko trzeba było zacząć od nowa, czyli sięgnąć po rzekomego pewniaka: powróconego z martwych Imperatora. Ian McDiarmid, uwolniony z niezgrabnych rąk Lucasa, mógł zrobić tylko jedno – sprostać roli. Sceny z jego udziałem są mroczne i przekonujące, czy wystarczyło to jednak, by zrównoważyć niepozostawiające wątpliwości, mistrzowskie zakończenie Powrotu Jedi – śmiem wątpić.

Brak przekonującego scenariusza jest zdecydowanie największym minusem nowej trylogii. Świetna przeważnie reżyserska i wizualna realizacja oraz miłość całej ekipy do świata Star Wars – największym plusem. Owszem, wyciąłbym ten czy ów plener, usunął wiele postaci (nie, nie gości kasyna Canto Bight z Ostatniego Jedi – raczej tamtejsze koniowate stwory i poświęcony im zmarnowany czas, jak również dziwne plemię świętujące sobie na środku pustyni w ostatnim filmie), jednak w zakresie realizacji – nie ma porównania do przesłodzonej bajki epizodów 1-3. Nie zawodzi oczywiście muzyka (a John Williams ma w Epizodzie 9 w końcu swoje cameo!), podoba się dźwięk (niepokoi tylko moda na obniżanie i zwiększanie wolumenu głosom „groźnym” – Palpatine jest tu już wręcz drażniący a gwiezdne niszczyciele buczą jak szalone). Mamy również szereg wzruszających nawiązań do starej trylogii: od powiedzonek („I have bad feeling about this”, „I love you – I know”) po symboliczne artefakty (kostki z kokpitu Sokoła Millenium, order dla Chewbakki, którego nie dostał w Epizodzie 4). Mamy w ostatnim epizodzie olśniewającą, krótką retrospekcję Lei szkolonej w sztuce Jedi przez Luke’a (o ile pamiętam, nastroje i oczekiwania w latach 80 były takie, że trylogia sequeli skupi się właśnie na tej historii). Mamy rozsądną proporcję efektów komputerowych do tych z udziałem modeli i prawdziwych dekoracji. Mamy plejadę świetnych aktorów w dobrych reżyserskich rękach. Mamy dużo dobrych dialogów, sporo humoru. Jeżeli machniemy więc ręką na brak ciężaru gatunkowego idei spajającej trzy nowe filmy, jeżeli przymkniemy oko na geriatryczną grę starszyzny, jeżeli przyjmiemy jako zło konieczne kilka drugoplanowych postaci, mamy szansę wynieść z kina sporo frajdy. Powrotu do fenomenu z lat 1977-1983 nie ma i nie będzie. Nie w tej galaktyce. I nie jest to wina Disneya, że odgrzewa nam tego kotleta. Dobrze wiemy, że pragnęliśmy tego odgrzania, żeby sobie ponarzekać i przełknąć co podają. Ambitne, wielowarstwowe kino komercyjne kręci się dzisiaj pod innymi szyldami. Rozstańmy się z bohaterami odległej galaktyki bez gniewu i pretensji. George Lucas już w poprzedniej trylogii zasugerował nam, że tak bogatego podłoża kulturowego jak w oryginalnych Gwiezdnych wojnach nie ma co oczekiwać.

Co znamienne – tego samego dnia, co u nas Epizod 9, miał światową premierę siódmy odcinek Mandalorianina – serialu aktorskiego z uniwersum Gwiezdnych wojen. Po kilku słabszych częściach wraca on do początkowego, świetnego poziomu. I chyba zaczyna tam świtać jakaś ciekawa droga do przebycia. This is the way. I have spoken.

A emocji związanych z oglądaniem Sagi w latach 80 nikt mi przecież nie odbierze. 🙂

Wiarusy

Julian Glover jako Generał Veers w Imperium kontratakuje, 1980.

I find your lack of faith disturbing.

Darth Vader do Admirała Mottiego, Nowa nadzieja, 1977.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce… była sobie opowieść, która zmieniła oblicze kina. Rozpisana na dziewięć rozdziałów, zawładnęła wyobraźnią miliardów ludzi na planecie Ziemia, powodując globalne uwielbienie dla wszystkich występujących w niej postaci. Wszystkich? Nie! Istnieje pewna nieliczna grupka zawodowa, która może poszczycić się mianem najsłabiej zauważalnych, najmniej lubianych i najbardziej poturbowanych – ku uciesze widzów – postaci w całej galaktyce. Tą grupką są imperialni oficerowie, dumni nosiciele białych, szarych i czarnych mundurów, marionetki w ręku Imperatora i jego pupilka Vadera, ofiary huśtawek nastrojów tego ostatniego oraz jego następców: Naczelnego Wodza Snoke’a i rozchwianego psychicznie Kylo Rena. Uczcijmy ich pamięć, wymieniając poniżej tych, którzy wystąpili w poszczególnych filmach głównej Sagi (pomijam seriale i spin-offy, by nie mnożyć bytów w nieskończoność). Gdyż ich imiona (czasem tylko funkcje) wylatywały z pamięci fanów z prędkością nadświetlną, ustępując miejsca zarówno głównym bohaterom, jak i najpodrzędniejszym nawet stworom z kantyny Mos Eisley czy pałacu Jabby. A przecież ci biedacy mieli jakieś rodziny, może nawet dzieci…

Oficerowie imperialni pojawiają się już w pierwszych ujęciach Nowej nadziei (1977). Podczas akcji przejęcia Tantive IV i aresztowania Lei, pojawiają się bezimienni: Pierwszy Pilot i Kapitan (zauważający wylot kapsuły ratunkowej) oraz Imperialny Dowódca i Drugi Oficer, w krótkiej scenie z rozmowy Vaderem. Wszyscy oni popadli w niepamięć, lecz zatriumfowali w przemyśle zabawkarskim lat 80: w przeciwieństwie do większych od siebie szych wyróżnieni zostali piękną figurką firmy Kenner, tak zwanego Imperial Commander, odzianego w czarny mundur, z rogatywką na głowie. Podobizn takich nie doczekał na przykład nikt z obsady biorącej udział w naradzie na Gwieździe Śmierci, kilka scen później. Ta scena to pierwsza okazja do poznania charyzmatycznego Gubernatora Wilhuffa Tarkina oraz jedyna szansa zobaczenia pozostałych: Generała Cassio Tagge’a, Admirała Conana Antonio Mottiego (pierwsza ofiara sadystycznych sztuczek z Mocą Vadera), Pułkownika Wullfa Yularena, Generała Hursta Romodiego, Generała Trecha Molocka, Majora Siwarda Cassa (OK, ten jeszcze potem raz się pojawi) oraz Generała Moradmina Basta. Do końca filmu ujrzymy także kilku bezimiennych oficerów meldujących to i owo lub przyjmujących rozkazy Vadera i Tarkina. Wszyscy oni zginą wraz z całą wielotysięczną załogą podczas eksplozji Gwiazdy Śmierci za sprawą celnego strzału w czuły punkt tej stacji bojowej dokonanego przez pewnego wiejskiego chłopaka, co to mu się zamarzyła walka z całym Imperium. Nie mamy danych, czy rodziny poległych otoczone zostały stosowną opieką.

Imperium kontratakuje (1980) wprowadziło nowe postaci oficerów imperialnych. Jako pierwszych poznajemy Admirała Kendala Ozzela oraz Admirała Firmusa Pietta, z załogi wypasionego statku Lorda Vadera o nazwie Executor. Ozzel zostaje powalony Mocą przez Vadera za zignorowanie sygnału z robota szpiegującego, za to Piett jako jeden z nielicznych dożywa aż do kolejnego epizodu, wciąż na Egzekutorze. Tymczasem swoje chwile chwały ma Generał Maximilian Veers (czy tylko mi kojarzy się to nazwisko z poczciwym polskim wiarusem?), najpierw meldujący odkrycie bazy rebeliantów znajdującemu się w kapsule regeneracyjnej Vaderowi, następnie dowodzący bezlitosnym atakiem maszyn kroczących AT-AT na planecie Hoth. Nie pojawi się więcej w Sadze, lecz z opowieści uzupełniających wiemy, że we wspomnianej bitwie stracił obie nogi, resztę życia spędzając na wózku, przeżywając Vadera i upadek Imperium. Veers dostał swoją figurkę od Kennera, nazwaną AT-AT Commander. Szczęścia tego nie doczekał Kapitan Lorth Needa, który w dodatku miał pecha meldować Vaderowi zgubienie Sokoła Millenium, co przypłacił natychmiastową egzekucją z ręki (choć bezkontaktowo) swego chlebodawcy.

Oprócz żwawego Admirała Pietta, w Powrocie Jedi (1983) pojawiają się kolejni oficerowie. W pierwszej scenie mamy anonimowego dowodzącego, w uroczy sposób wypowiadającego pamiętne słowa: „inform the commander that Lord Vader’s shuttle has arrived”. Po czym następuje wyborna scena rozmowy Vadera z przerażonym głównodowodzącym nowej Gwiazdy Śmierci, Tiaanem Jerjerrodem. Na poznanie kolejnego – anonimowego – dowódcy musimy poczekać aż do sceny, w której Luke oddaje się dobrowolnie w ręce Vadera. Dwóch dalszych anonimów widzimy w scenie wdarcia się rebeliantów do bazy imperialnej na Endorze: pierwszy krzyczy „freeze!” i obrywa od Hana Solo, drugi przybywa natychmiast z odsieczą i mierząc z blastera wypowiada kultowe dla fanów słowa „you rebel scum!”. Obaj strojami nawiązują do „czarnych” oficerów w rogatywkach z Nowej nadziei. Mamy jeszcze później jednego dowódcę w dialogu z Admirałem Piettem, lecz to wyczerpuje listę oficerów tego epizodu. Żaden z nich nie doczekał się figurki Kennera.

Trylogia prequeli (1999-2005), z uwagi na brak Imperium, nie może poszczycić się żadną postacią oficera (w ostatnich ujęciach Zemsty Sithów widzimy tylko młodego Tarkina i krzątających się po niszczycielu kilku anonimów). I dobrze – filmy te są ewidentnym wypadkiem przy pracy i ominięcie ich w jakimkolwiek zestawieniu powoduje wyłącznie ulgę prawdziwego fana Gwiezdnych wojen. Za to sequele (2015-2019) obdarzyły nas nielicznymi, acz prawdziwie krwistymi postaciami kadry mundurowej Najwyższego Porządku – następcy Imperium. W Przebudzeniu Mocy (2015) poznajemy żądnego władzy i zaszczytów Generała Armitage Huxa, rywala Kylo Rena jeśli chodzi o względy ich guru, złowieszczego Snoke’a. W Ostatnim Jedi (2017) Hux jest wyjątkowo mocno obijany (tradycyjnie bezdotykowo) zarówno przez pryncypała, jak i rywala, ale dożywa kolejnego epizodu. W początkowych scenach filmu pojawia się za to mój faworyt: Kapitan Moden Canady, dowodzący – w otoczeniu anonimowych oficerów, w tym jedynej jak dotąd kobiety! – pancernikiem Fulminatrix podczas ataku na bazę rebeliantów na D’Qar. Świetnie zagrana, zapadająca w pamięć rola, mimo, że Canady ginie wraz z całą załogą pancernika po skutecznym zrzuceniu na niego bomb przez dzielną Paige Tico (siostrę zupełnie niepotrzebnej postaci Rose Tico). W filmie zobaczyć jeszcze możemy Kapitana Edrisona Peavy, dowódcę z niszczyciela Finalizer – to on z trudem powstrzymuje uśmieszek podczas kpiarskiej rozmowy przez komunikator między Poe Dameronem a Huxem. Epizod Dziewiąty: Skywalker. Odrodzenie, którego premiera odbędzie się dzisiaj, wprowadza ostatnią postać naszej listy, Generała Pryde’a. Jego rolę powierzono charyzmatycznemu Richardowi E. Grantowi, możemy się zatem spodziewać ciekawego last but not least. Podziwiając jego wyczyny, wspomnijmy przy okazji wszystkich jego poprzedników z pozostałych filmów, tę najmniej docenioną zgraję starwarsowych zabłąkanych duszyczek, na usługach ciemnej strony Mocy.

Polscy producenci podróbek figurek firmy Kenner z lat 80 sięgnęli, i to dwukrotnie, po tę poświęconą Generałowi Veersowi. Uczynili to najpierw twórcy serii nieruchomej, wypuszczając na rynek dokładną, zastygłą kopię ruchomego oryginału. Była to jedna z najpopularniejszych figurek polskich w ogóle, liczebnie porównywalna z Chewbakką, Vaderem i szturmowcami. W większości zachowywała szary kolor pierwowzoru, lecz zdarzały się wersje czarne, niebieskie, zielone, brązowe, a nawet żółte i różowe. Inny polski Veers stał się częścią kultowej serii ruchomych figurek z Gdańska. Seria ta charakteryzowała się dodawaniem tylko trzech rodzajów kończyn do dwudziestu różnych korpusów – Veers został obdarzony rękami i nogami kennerowskiego Biker Scouta, przez co zatracił zupełnie podobieństwo do amerykańskiego oryginału. Początkowo produkowano go z jasnoszarej gumy, później kolor zmienił się na ciemnoszary.

Polskiego, nieruchomego, szarego wiarusa Veersa, kupionego w 1984 roku – jedną z moich ulubionych figurek z Gwiezdnych wojen tego czasu – posiadam do tej pory. 🙂

Bi-Wan

Alec Guinness jako Obi-Wan Kenobi w Nowej nadziei, 1977.

Oh, I’m sick of that film and all the hype.

Sir Alec Guinness, wpis w dzienniku, 1997.

Sir Alec Guinness (1914-2000) najchętniej przeszedłby do historii kina jako wybitny, starej daty aktor, dżentelmen w każdym calu, zdobywca dwóch Oscarów oraz przykładny mąż i ojciec. Los chciał, iż na ową przykładność cień położyły wypływające po latach historie jego licznych kontaktów z mężczyznami, zaś wszystkie jego dokonania aktorskie przyćmiła sława, jaką zdobył dzięki roli Obi-Wana Kenobiego w pierwszej trylogii Star Wars (1977-1983). Co zaś do bycia dżentelmenem, można tu mieć poważne wątpliwości, znając choćby jego sceptyczne wypowiedzi odnośnie tychże Gwiezdnych wojen. Szanowni malkontenci epizodów 1-3 i 7-9, wyznawcy najstarszej odsłony Sagi – Sir Alec hejtował Gwiezdne wojny na długo zanim to stało się modne. I robił to względem epizodów uchodzących dziś za kultowe.

Zaczęło się już w roku 1975. Guinness został wybrany do roli Obi-Wana bez przesłuchań, jako gwiazda. Długo grymasił, lecz przekonało go wysokie honorarium oraz unikalna wśród całej obsady filmu klauzula o należnych 2,25% zysków Georga Lucasa (reżyser miał gwarantowane 20% ogółu zysku). Nawet jednak gdy się już zgodził, potrafił napisać w liście do przyjaciela, że będzie kręcił jakiegoś „bajkowego śmiecia”. Zastrzegł też sobie wyłączenie go z zobowiązań związanych z promocją filmu. Cierpiał katusze związane z napisanymi przez Lucasa banalnymi dialogami (nazywał je „mumbo jumbo”, paplaniną) oraz uznawał gotowy film za zbyt głośny i zawierający zbyt długie sekwencje bitewne. Za to po latach przypisywał sobie zasługę, iż to on sam podpowiedział reżyserowi pomysł śmierci Obi-Wana, jako sposób na uczynienie go potężniejszym niż dotąd. Czyż można wyobrazić sobie gorszego członka ekipy filmu, który miał na zawsze zmienić historię kina?

Na szczęście Sir Alec był w swoim fachu profesjonalistą i jego pobyt na planie filmowym wspominany jest przez pozostałych aktorów jako pełen opanowania, specyficznego humoru oraz wsparcia. Był mentorem dla 24-letniego Marka Hamilla, oazą spokoju w sytuacjach stresogennych, człowiekiem niezaangażowanym, lecz świetnie przygotowanym. Cierpliwie znosił niedogodności planów w Tunezji, Dolinie Śmierci i Londynie, nie dając po sobie poznać, że kompletnie nie utożsamia się z ideą filmu. Na ekranie zemściło się to w jednej scenie – gdy technicznie nieporadny Guinness żenująco i bez przekonania wywija mieczem świetlnym w starciu z Darthem Vaderem. Prawie trzydzieści lat później Ewan McGregor, grający młodego Obi-Wana, zmyje tę plamę na honorze, pokazując zapierającą dech w piersiach maestrię mozolnie wyćwiczonej sceny walki z Haydenem Christensenem (młodym Vaderem). Na Sir Alecu, który nie żył już wówczas od pięciu lat, nie zrobiłoby to jednak wrażenia. Nie cierpiał Gwiezdnych wojen, nie mieściło się to w jego systemie wartości, że ktokolwiek o zdrowych zmysłach postawi rolę Obi-Wana nad wszystkim innym, czego dokonał w życiu.

Mimo uprzedzeń, Guiness wystąpił jeszcze w dwóch kolejnych epizodach, Imperium kontratakuje oraz Powrocie Jedi, grając „ducha Mocy” Obi-Wana. Zgodnie z umową, nie brał udziału w żadnych działaniach marketingowych starej Trylogii, a okazjonalne pytania o rolę Obi-Wana okropnie go zawsze irytowały. Jeszcze w lutym 1997 roku, przy okazji wchodzenia na ekrany odświeżonej wersji epizodów 4-6, pisał w dzienniku: „byłem niemiły dla dziennikarki Telegraph, która pytała ile zarobiłem na Gwiezdnych wojnach„. Nie było bowiem tajemnicą, iż dzięki zapisowi w umowie dorobił się na tych filmach fortuny. Sam przyznał w wywiadzie, że nie może narzekać na profity: „pozwoliły mi przeżyć resztę mych dni na rozsądnie skromnym poziomie, bez długów oraz z komfortem odrzucania propozycji, które mnie nie satysfakcjonowały”.

Był właściwie jedynym aktorem świata Gwiezdnych wojen prezentującym taką postawę. Dziś jego rolę przejął w pewnym zakresie Harrison Ford, lecz raczej w konwencji dowcipnej pozy, w reakcji na histerię, jaką wywołuje łączenie go z rolą Hana Solo. W kolejnych epizodach występowali naprawdę znakomici artyści, również oscarowi, zawsze jednak podkreślali, jak wielkim zaszczytem i przygodą był dla nich udział w kultowej Sadze. Generacja ani środowisko, z którego wyrastali nie miały tu żadnego znaczenia.

Czas pokazał, że Sir Alec Guinness nie miał racji, że zabrakło mu wyobraźni, by zdać sobie sprawę, w czym wziął udział. Niezwykle profesjonalny na planie filmowym i w oficjalnym stadle rodzinnym, wiódł poza nimi drugie życie, życie zrzędy-malkontenta, w tajemnicy folgującego skrytym namiętnościom. Na szczęście nie miało to wpływu na efekt artystyczny jego pracy i mało kogo obchodzi dziś, co myślał o swojej roli legendarny Obi-Wan. Ważne, że wyszkolił dwóch największych rycerzy Jedi w historii.

Ciekawe, czy ujrzę – obok Carrie Fisher – jego archiwalne ujęcia w jutrzejszej premierze Epizodu Dziewiątego. 🙂

Downgrade

Kadr z filmu Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia, 1951.

HELEN (shocked and bewildered, she repeats nervously): Klaatu barada nikto.

Fragment scenariusza Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia.

Kinowe pierwowzory poszczególnych elementów oryginalnej trylogii Gwiezdnych wojen (1977-1983) George’a Lucasa możnaby mnożyć w nieskończoność. Od szlachetnych inspiracji z samego Parnasu (Metropolis Langa z 1927, Ukryta forteca Kurosawy z 1958), po żenująco nieporadne kino sci-fi klasy niewybrednej (Flash Gordon Stephaniego z 1936, Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia Wise’a z 1951). Za każdym razem pobierany był tylko przydatny fragment tamtych obrazów, natychmiast przystosowywany do języka narracji SW, podrasowywany technicznie lub użyty w kompletnie nowym kontekście. Powodowało to swoisty upgrade trącących myszką lub skompromitowanych motywów, przedłużenie im życia w ramach niepowtarzalnego, nowoczesnego uniwersum Lucasa. Zdecydowanie najdziwniejsze zastosowanie znalazły trzy słowa (owszem, kultowe à rebours w swej abstrakcyjnej bełkotliwości) wzięte z ostatniego z wymienionych powyżej filmów.

Słowa te brzmią „Klaatu barada nikto” i stanowią rodzaj kodu przekazanego Ziemiance Helen przez przybyszów z kosmosu, których inni Ziemianie mylnie poczytują za wrogów i stawiają im zbrojny opór. Film doczekał się nawet swego remake’u w roku 2008, zmieniając wiele w zakresie efektów specjalnych, nie zmieniając zaś infantylnej fabuły ani wspomnianych trzech słów zaklęcia. I nie dziwota, że słów nie zmienił, gdyż dzięki Lucasowi zyskały one nowe życie w popkulturze, jako… imiona postaci występujących w Epizodzie 6: Powrocie Jedi. Postaci mniej niż trzecioplanowych, figur trzech najemników Jabby, stanowiących rodzaj straży, która przebywa w pałacu, a która we wspomnianym epizodzie zajmuje się egzekucją głównych bohaterów nad jamą Sarlacca. Klaatu to zielonoskóry osobnik w modnych sindbadach i o licznych wypustkach na zdeformowanej twarzy. Barada jest groźnym piratem (sądząc po koszuli i chustce na głowie) o twarzy psa rasy bokser. Nikto to swego rodzaju wariacja na temat Klaatu, tyle że skóra jest tym razem brązowa. Wszyscy trzej pojawiają się na parę sekund w kilku ujęciach i żaden widz nie zawracałby sobie nimi głowy, gdyby nie towarzysząca filmom ogromnie popularna seria figurek firmy Kenner – Klaatu, Barada i Nikto dostali w niej swoje podobizny, podobnie jak kilka innych jeszcze stworów z pałacu Jabby. To typowe dla ówczesnej polityki Kennera – pomijali tak istotne postaci, jak gubernator Tarkin, wujek Owen czy ciotka Beru, a produkowali figurki nieznanych większości robota 8D8, robota medycznego, power droida, Weequaya, IG88, Zuckussa, 4-LOMa, Amanamana, Ree Yeesa czy Yak Face’a. Gdyby podsumować całą serię Kennera, pałac Jabby był wyjątkowo dobrze reprezentowany: na około 100 figurek 22 pochodzą z tej właśnie odsłony Powrotu Jedi, plus figura Rancora, Jabby z Salaciousem Crumbem i kilka postaci uniwersalnych, pasujących i tutaj (Chewbacca, C-3PO, Boba Fett). Jak się w tych okolicznościach rysuje sytuacja naszych trzech bohaterów dalekiego planu? Klaatu (w dwóch wariantach kostiumowych, niewiarygodne) i Nikto stanowili część niezwykle licznej serii zabawek wydanych pod szyldem Powrotu Jedi w roku 1983. Barada to osobna historia, dostał się do elitarnej kolekcji tak zwanych Last 17 – dodatkowej serii figurek wypuszczonej na rynek jako Power of the Force w latach 1984-1985, dziś dużo rzadziej spotykanej na rynku kolekcjonerskim, przez co cenniejszej. I tu na scenę wydarzeń wkracza Polska Rzeczpospolita Ludowa.

Właśnie w roku 1985 miała miejsce kulminacja sukcesu Powrotu Jedi w polskich kinach oraz szczyt podaży figurek – podróbek kennerowskich oryginałów wytwarzanych przez prywatnych przedsiębiorców zrzeszonych dla niepoznaki w spóldzielniach rzemieślniczych. W ciągu kilku lat, mniej więcej od 1981 do 1989, produkowano masowo 35 różnych postaci w 58 różnych formach i seriach. Obok klasycznych bohaterów: Luke’a, Lei, Hana Solo, Vadera, szturmowców czy Obi-Wana, polskie dzieci mogły się cieszyć takimi elementami tła, jak IG-88, Zuckuss czy Weequay. Klaatu i Nikto nie produkowano, za to Barada pojawił się w dwóch różnych postaciach, wytwarzany przez dwóch odrębnych producentów. Doprawdy nie dojdziemy dziś, jakim zbiegiem okoliczności tak nieistotna figura została tak u nas wyróżniona; możemy za to docenić tempo, w jakim polscy prywaciarze nadążali za światowymi nowinkami.

Kennerowski Barada z serii Last 17 ma na nodze dwa różne datowniki, w zależności od roku produkcji – 1984 lub 1985. Polscy producenci serii nieruchomych figurek (również 17, lecz innych niż u Kennera postaci) sięgnęli po ten drugi typ, o czym świadczy zachowany na nodze polskiej kopii datownik. I uczynili to jeszcze w tym samym roku! To jedyna postać z Last 17 w tej serii polskich figurek, jednocześnie najmocniej odbiegająca kolorystyką od pierwowzoru – nie istnieje ani jeden egzemplarz pomalowany tak, jak figurka Kennera. Wytwórcy zadali sobie zatem wysiłek zdobycia rynkowej nowości, wykonania formy do odlewu jej podróbki, lecz mieli całkowicie w nosie, czy będzie przypominać kolory oryginału. Ot, los postaci, którą w filmie wszyscy przeoczyli, więc: who cares.

Jeszcze gorszy los spotkał figurkę Barady w innej popularnej polskiej serii. Tym razem był to zestaw zabawek ruchomych, produkowanych od 1985 roku, pakowanych w bąble przymocowywane do kart. Spryt producentów (ale i kompletna ignorancja i brak liczenia się z odbiorcą) spowodował jednak, iż dwudziestu korpusom postaci tej serii (w tym trzem należącym do Last 17) dodawano tylko trzy rodzaje kończyn, wziętych od trzech figur Kennera: Biker Scouta, AT-AT Drivera i Pilota TIE Fightera. Barada (nie wiemy, czy skopiowany z figurki z 1984 czy 85 roku – w tej polskiej serii brak datowników na nogach) dostał te ostatnie, przez co jego sylwetka zyskała jeszcze na masywności. Kolory i malowane detale ponownie nie zgadzały się z oryginałem. Co więcej – forma do odlewania korpusu Barady zaginęła około roku 1989 i mimo że firma produkowała jeszcze tę serię aż do początku 21 stulecia, Barada pozostaje jej białym krukiem, w całości dzieckiem PRL-u.

Polska była jedną z pięciu światowych potęg produkujących nielicencjonowane figurki Star Wars, obok Turcji, Węgier, Brazylii i Meksyku. Legendy „Klaatu barada nikto” dotknęliśmy zupełnie nieswiadomie do spółki z Meksykiem – oni jako jedyni skopiowali obie wersje Klaatu, my Baradę, w dwóch własnych wersjach. Fenomen, który zadziwiłby może i samego George’a Lucasa, gdyby w ogóle zdawał sobie sprawę, czego stał się sprawcą dokonując upgrade’u infantylnej frazy z kina klasy pomniejszej.

Postacie reprezentujace rasy Klaatu, Barady oraz Nikto występują w święcącym obecnie triumfy serialu Mandalorian. To kolejny upgrade, gdyż serial odsadził już poziomem nie tylko obie wersje Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia, ale i sceny z pałacu Jabby w Powrocie Jedi.

Patrząc na szkaradność polskiego Barady wersji dowolnej, mam poczucie zajścia procesu wręcz przeciwnego. 🙂

Harvest

Carrie Fisher jako Leia Organa w Epizodzie 8: Ostatnim Jedi, 2017.

Let’s just do it, it’s only a movie.

George Lucas, podczas kręcenia Nowej nadziei (1977).

Tydzień. Tyle zostało do premiery 9 Epizodu Gwiezdnych wojen: Skywalker. Odrodzenie. Więcej filmów nie będzie, nie w głównej serii Sagi. Zamykamy temat nie tylko tej ostatniej trylogii, ale i wszystkich dziewięciu ogniw. Czego się może spodziewać fan, wierny królestwu Lucasa odkąd w 1983 roku zobaczył na wielkim ekranie Imperium kontratakuje? Czy można powtórnie stworzyć kulminację napięcia po tak wyrazistym finale, jaki miał miejsce w Powrocie Jedi? Czy dzieje dojrzałej Lei, Luke’a, Hana jako tła dla nowych młodych bohaterów mogą jeszcze kogoś fascynować? By na to rzeczowo odpowiedzieć, warto przyjrzeć się historii Gwiezdnych wojen od pierwszego okruszka, od ziarenka, z którego wszystko wykiełkowało. Od nakręconej ponad 40 lat temu Nowej nadziei.

Był rok 1977, po dwóch latach mozolnych i pełnych przeszkód prac produkcyjnych, na ekrany wybranych amerykańskich kin wszedł obraz, który na zawsze miał zmienić oblicze przemysłu filmowego. Od strony technicznej i aspiracji artystycznych wszystko w nim było nowe względem tytułów klasy B i C, dominujących kinie sci-fi. Od strony scenariusza – wszystko w nim było stare i skądś znajome, choć z początku niewiele osób zdawało sobie sprawę, jak bardzo eklektyczny – w najlepszym możliwym znaczeniu – był to film. Od strony aktorskiej była to eksplozja atomowa z udziałem głównie nowych twarzy, idealnie dobranych do ról kosmicznych bohaterów. Najlepsze w tym wszystkim było zaś to, że efekt końcowy przez cały czas kręcenia Gwiezdnych wojen tkwił wyłącznie w głowie George’a Lucasa, którego główne studia filmowe odprawiały z kwitkiem, gdy próbował namówić je do ekranizacji swego dziwacznego scenariusza. Efekt ten zaś powalił wszystkich – kolejni widzowie histerycznie rzucali się do kin, realizatorzy zdawali sobie w końcu sprawę, co stworzyli, recenzenci garnęli się do analizy fenomenu, który się właśnie narodził.

Co bowiem dał nam Lucas w 1977 roku? Dał „operę kosmiczną” z elementami westernu i kina wojennego, obficie czerpiącą ze światowej kinematografii, od kina niemego począwszy. Dał opowieść zainspirowaną lekturą Bohatera o tysiącu twarzy (1949/1968) Josepha Campbella, dał przekonujący wszechświat idei, postaci i scenografii. Dał idoli do podziwiania i wyrazistą walkę ciemnej i jasnej strony Mocy, dał radość i humor, strach i nadzieję; dał w końcu zjawiskową ścieżkę muzyczną Johna Williamsa – coś niespotykanego w innych obrazach fantastycznych. Dzięki zaś wbijającym w fotel efektom specjalnym (dziełu powstałej w tym celu firmy Industrial Light and Magic, pierwsze w filmie ujęcie lecącego gwiezdnego niszczyciela do dziś robi wrażenie) z łatwością ukrył fakt, iż wszystko to już kiedyś było, w innych książkach, w innych filmach, w innej galaktyce. Muzyka Williamsa to przecież żywcem przeniesiona z wagnerowskiego teatru operowego idea leitmotivów, podrasowana brzmieniem Planet Gustava Holsta. Losy bohaterów to fantazja na odwieczne tematy mitologiczne, elementy kostiumów (autorstwa Ralpha McQuarrie’a, współodpowiedzialnego za całą wizualną warstwę GW) inspirują się czasem estetyką samurajską (Vader), czasem Metropolis Fritza Langa z 1927 roku (C-3PO). Sceny walk w kosmosie były wiernym przeniesieniem podobnych scen z udziałem samolotów w filmach o drugiej wojnie światowej. Wszystkie te zapożyczenia niczego nie ujmują wyobraźni Lucasa, który posklejał je w tak niewyobrażalnie przekonujące uniwersum jak nikt przed nim ani po nim.

W ten wszechświat scenerii i postaci – wszechświat posępnego panowania złowieszczego imperium – rzuceni są główni bohaterowie, odtwarzani przez nieznanych wówczas Marka Hamilla (prostolinijny Luke) i Carrie Fisher (charyzmatyczna Księżniczka Leia) oraz nieco bardziej znanego Harrisona Forda (łobuzerski Han Solo,). Towarzyszą im kolejni, w tym takie tuzy, jak Alec Guiness (melancholijny Obi-Wan) czy Peter Cushing (demoniczny Gubernator Tarkin) oraz James Earl-Jones (porażający głos Dartha Vadera), Anthony Daniels (unikalny głos i ciało C-3PO) i Peter Mayhew (urodzony gigantyczny Chewbacca). Każda postać napisana jest bezbłędnie, nie czujemy cienia fałszu, aktorzy zachowują się w sposób perfekcyjnie naturalny. Autentyczność podkręcona jest jeszcze dominującą estetyką schyłkowości – poruszamy się po świecie mocno sfatygowanych pozostałości po lepszych, minionych czasach. Niby odległa galaktyka, a jednak swojsko. Widzowie mieli za co film pokochać.

Na tym etapie Lucas nie mówił jeszcze głośno o kontynuacji, a w szczególności o dziewięciu epizodach. Decyzja nakręcenia dwóch kolejnych części zapadła jednak szybko, jako konsekwencja oszałamiającego sukcesu kasowego. Do filmu z 1977 roku dodano więc podtytuł Nowa nadzieja oraz numer epizodu: 4. Od tej chwili oficjalnie zaczęło się mówić o dwóch, a z czasem i o trzech trylogiach. Lucas zaś plątał się w zeznaniach – raz mówił, że od zawsze planował trzy trylogie i zaczął kręcenie od środkowej, kiedy indziej zaś, że wystarczą dwie, i że nakręcenie tej sprzed czasów Luke’a i Lei (numery 1-3) odkłada na dużo później.

Tymczasem nadszedł rok 1980 i przyniósł coś spektakularnego: sequel, który okazał się wybitniejszy od oryginału. Jeżeli ktoś dostrzegał w Nowej nadziei pewne uchybienia, zwłaszcza w postaci infantylnie prowadzonej narracji, Epizod 5Imperium kontratakuje – to był potężny zastrzyk mroku i głębi. Niemała w tym zasługa odważnej decyzji Lucasa, który zdecydował się powierzyć reżyserię swemu byłemu nauczycielowi, Irvinowi Kershnerowi. Wszystko jest w tym filmie omal idealne – dialogi, gra aktorska, scenariusz, zdjęcia, reżyseria, scenografia, oczywiście muzyka. Wprowadzono nową postać – mistrza Yodę – który nie dość, że udowodnił, iż ręcznie sterowana kukiełka może zagrać wybitną rolę filmową, to jeszcze skutecznie wprowadził Luke’a – i nas – w tajniki pogłębionej duchowości (metafizyczna scena w jaskini ciemnej strony Mocy!). Innym nowym bohaterem jest Lando Calrissian, grany przekonująco przez Billy’ego Dee Williamsa, odtąd bożyszcze wielu fanek SW. Finał epizodu przyniósł zaś jeden z najbardziej znanych zwrotów akcji w historii kina: „I am your father” brzmiało tak złowieszczo i niespodziewanie, że było o czym dyskutować po seansie. Fisher, Ford i Hamill grają tym razem jakby bardziej serio, po sukcesie Nowej nadziei już świadomi, w czym biorą udział. Po latach Imperium kontratakuje uznane zostanie za najlepszy obok Ojca chrzestnego 2 sequel w historii kina.

Histeria związana z oczekiwaniem na Epizod 6 zmusiła twórców do kręcenia go w ukryciu, pod zwodniczym tytułem Blue harvest. Ostateczny tytuł zmieniał się jeszcze dosłownie w ostatniej chwili, film był zapowiadany w reklamach i seriach zabawek jako Revenge of the Jedi, by stać się ostatecznie Powrotem Jedi. Reżyserię tym razem powierzono Richardowi Marquandowi, twórcy bez większego dorobku choć nie bez talentu. Obraz olśniewał rozmachem – cały pierwszy akt, dziejący się w pałacu bezwzględnego gangstera Jabby, to popis możliwości twórców stworów i potworów oraz efektów specjalnych, jak również okazja do wprowadzenia kultowego kostiumu metalowego bikini Lei jako niewolnicy Jabby. Aktorzy znów nie zawiedli, scenariusz był ponownie spójny, choć wprowadzenie w kluczowym momencie akcji filmu irytujących dla fanów Sagi Ewoków spowodowało pewien niesmak. Jeżeli uznać to za skazę, to rekompensuje ją całkowicie scena konfrontacji Luke’a i Imperatora, majstersztyk kina mroku i festiwal gry aktorskiej Iana McDiarmida. Film zawiera też jedną z bardziej ikonicznych scen otwierających – przybycie Vadera na drugą Gwiazdę Śmierci (muzyka! zdjęcia! dialogi!). Element zaskoczenia jest tym razem niższej rangi niż ten w Imperium – Leia okazuje się być siostrą Luke’a. Natomiast samo zakończenie to prawdziwe non plus ultra – wszystkie wątki zostają zamknięte, zło ostatecznie pokonane, losy bohaterów wyjaśnione, rozliczenia dokonane. I tak jak świat zaczął od tej chwili czekać na trylogię prequeli, tak nie sposób było wyobrazić sobie, czym można przykuć uwagę widza w wydarzeniach rozpisanych PO takim finale.

Pierwsza trylogia miała wszystkie dane, by stać się powszechnie rozpoznawalnym fenomenem i źródłem fanatycznego uwielbienia milionów fanów na całym świecie. Można było nie oglądać Gwiezdnych wojen, ale nie można było nie otrzeć się o ich elementy obecne w debacie publicznej, przemyśle zabawkarskim czy odniesieniach w popkulturze. Główni aktorzy stali się niekwestionowanymi idolami, powstała międzynarodowa siatka fandomów, zwielokrotniona w momencie pojawienia się internetu. George Lucas stworzył zjawisko nieporównywalne do niczego innego w historii kultury masowej. Uczynił to łącząc ze sobą elementy pozornie niepasujące, lepiąc opowieść, która mistrzowsko wprowadza nas w uniwersum postaci, idei i miejsc. Wszystko trzyma się kupy, a nawet jeżeli się nie trzyma (fizycy mieli niezły ubaw wobec niektórych zjawisk pokazanych na ekranie), dajemy się z łatwością uwieść tej historii. Niestety, nie powtórzyło się to w kolejnych filmach.

Trylogia prequeli, epizody 1-3, miała nam ukazać kulisy przejścia Anakina Skywalkera na ciemną stronę Mocy. Miała być analizą rodzenia się zła, mrocznym konterfektem duszy targanej pokusami łatwiejszego osiągania celów. Przyzwyczajeni do sfatygowanego świata epizodów 4-6, oczekiwaliśmy genezy jego powstania, otrzymaliśmy zaś nieoczekiwanie cukierkowy obraz republiki w czasach jej największej świetności, z zastępami Jedi, biurokratycznym senatem, milionami układów słonecznych, lśniącymi strojami i pojazdami, wszystko zaś w robiącej wrażenie, ale na dłuższą metę męczącej widzów i aktorów technice greenscreen’u. To wszakże tylko powierzchnia, technikalia, narzędzia, za pomocą których można jeszcze było od biedy przeprowadzić składną intrygę, podpierając się dobrym scenariuszem, świetną reżyserią i błyskotliwą grę aktorską. Tak się jednak składa, iż owa powierzchnia stanowi bodaj najbardziej – obok muzyki – wartościowy element nowej trylogii. Ku rozpaczy fanów.

Katastrofę zwiastowała już deklaracja, iż Lucas wraca za kamerę, reżyserując wszystkie trzy filmy nowej trylogii. Napisał też nudny, trywialny, infantylny i dający się zmieścić w jednym filmie scenariusz, pełen sztywnych dialogów, nieśmiesznych żartów i karykaturalnych teorii (midichloriany, odpowiedzialne za Moc oraz za pojawienie się na świecie Anakina). Przede wszystkim zaś, z kosmicznego westernu, z brawurowej space opera, Gwiezdne wojny zredukowane zostały do kina familijnego klasy B, do Domku na prerii, przeznaczonego dla odbiorców wczesnego wieku szkolnego. Symbolem tego nieporozumienia pozostanie po wiek wieków niewybaczalnie prymitywna postać Jar Jar Binksa.

Nie wchodząc w szczegóły – w pierwszym filmie, Mrocznym widmie, widzimy dzieciństwo Anakina, w drugim, Ataku klonów – jego młodość, trening Jedi i relację z królową Amidalą. Wszystko to z rodzącym się wielkim politycznym konfliktem w tle, który ma doprowadzić do wojen klonów, upadku republiki i powstania imperium. To wszystko następuje w epizodzie trzecim, Zemście sithów, gdzie dodatkowo obserwujemy przejście Anakina na ciemną stronę Mocy i triumf Imperatora. Ta część – której treść w nadziei fanów miała stanowić scenariusz całej trylogii – mogłaby w rękach jakiegoś bardziej zdolnego reżysera uratować przynajmniej najbardziej interesujące wątki. Niestety, Ian McDiarmid jest o całe parseki odległy od swej kreacji z Powrotu Jedi, a jego operowanie mieczem świetlnym po prostu marne. O charyzmie aktorów odtwarzających role Amidali (Portman), Anakina (Christensen) czy Obi-Wana (Mcgregor) można powiedzieć tyle, że tak gra się na pierwszym roku szkoły aktorskiej lub w ekranizacji Wiedźmina z 2001 roku. Nawet Yoda razi swoją komputerowo wygenerowaną postacią. Wszystko zresztą jest tanie, plastikowe, efekciarskie i odpustowe. Wszystko poza muzyką – Williams dokonał cudu i niektóre fragmenty ścieżki dźwiękowej (Duel of the Fates) stały się prawdziwymi przebojami. Lucas wszelako do dziś zarzeka się, iż zrealizował 100% swoich oczekiwań względem prequeli. Po czym zabrał się za ulepszanie starej trylogii, w większości wzbudzając niesmak fanów. Jedyną tego korzyścią było ukazanie się w końcu oficjalnych wydań DVD starych filmów, w tym poprawionych jakościowo wersji bez zmienionych scen.

Mijały lata, media w końcu podjęły temat ostatniej trylogii. Lucas przyjął strategię zaprzeczania, by kiedykolwiek taką planował. Miał się czego bać – reakcja na prequele była co najmniej chłodna, zaś zakończenie Powrotu Jedi tak zdecydowane, że kontynuacja serii rodziła już tylko eskalację ryzyka. Wybrał w końcu rozwiązanie iście salomonowe – sprzedał firmę i wszystkie prawa do franczyzy Disneyowi, który natychmiast ogłosił plan nakręcenia ostatnich trzech epizodów (oraz wielu innych filmów z uniwersum, lecz nie o tym tutaj). Świat zamarł. Gorzej być nie mogło: wytwórnia specjalizująca się w płytkiej komercji położyła rękę na ostatnim bastionie wysokobudżetowego kina niezależnego. Na obiekcie kultu miliardów fanów na całym świecie.

W 2015 roku światło dzienne (lub raczej: mrok sali kinowej) ujrzało Przebudzenie Mocy. Za kamerą – J.J. Abrams. I czego by nie mówić – zapanowała ogromna ulga. Po pierwsze, to nie była estetyka Disneya. Po drugie, to nie była estetyka i jakość prequeli. Po trzecie, dostaliśmy aktorów starej trylogii: Fisher, Hamilla, Forda. Po czwarte, twórcom zależało na odniesieniach do wielu elementów filmów z lat 1977-1985. Może zbyt wielu. Zachowali bowiem przy tym tak daleko idącą ostrożność, że nie dodali praktycznie niczego od siebie – jeżeli nie liczyć wątłej nowej historii z nowymi bohaterami. Humor – jest, charyzma aktorów – przeważnie jest, zdjęcia i reżyseria – miód, efekty – wow, muzyka – jak zawsze. Historia jednak, co było do przewidzenia, mimo nowych postaci, odznacza się daleko idącą wtórnością. To samo dotyczyło Ostatniego Jedi, Epizodu 8, dzieła Riana Johnsona – nadgorliwego reżysera i scenarzysty, który postanowił pójść swoją drogą i wątłą intrygę tylko jeszcze pogmatwał. Mitu raz zwieńczonego wskrzesić się nie da, a wejście w stare kalosze typu: znów rządzi imperium, znów bijemy rebelię, znów Jedi są zagrożeni wywołuje raczej uczucie politowania niż ekscytacji. Fisher, Hamill i Ford nie są w stanie wiele pomóc, są cieniami samych siebie. W dodatku przed premierą Epizodu 8 nastąpił cios straszliwy: Carrie Fisher opuściła nas na zawsze. Leia, po Hanie w Przebudzeniu i Luke’u w Ostatnim Jedi, miała być główną „starą” postacią finałowego epizodu. To już nie nastąpi, zwłaszcza że realizatorzy uparli się nie wskrzeszać jej komputerowo ani werbować dublerki (choć były – słuszne moim zdaniem – petycje w sprawie udziału Stevie Nicks, liderki zespołu Fleetwood Mac). Pozostaje napawać się najpiękniejszym ujęciem Lei z wszystkich epizodów: stojącej w płaszczu z kołnierzem u wrót bazy rebeliantów na planecie Crait. Tymczasem w produkcji mamy impas, za kwadrans dwunasta, tuż przed najbardziej oczekiwanym finałem wszystkich sag świata.

Co wiemy? Będzie ponownie J.J. Abrams. Będzie Lando Calrissian – wraca Billy Dee Williams. Będzie większy i mroczniejszy udział C-3PO, ignorowanego konsekwentnie przez wszystkie epizody z lat 1999-2017, a kluczowego dla narracji filmów starej trylogii. Będzie powrót z martwych Imperatora z Ianem McDiarmidem. Mimo uwielbienia dla tej postaci, jej wskrzeszenie obniża znacznie wiarygodność scenariusza. Jeżeli ma być pokryciem niezręczności uśmiercenia Snoke’a – głównego źródła zła – już w poprzednim filmie, nie tędy droga, państwo Disneyowie. Będzie Leia posklejana z niewykorzystanych ujęć do Przebudzenia Mocy. No i będzie z pewnością zamknięcie wątków Rey i Kylo Rena – niestety dotąd widzowie zdążyli już przestać się interesować ich losami, tak bardzo nie wiadomo, o co im naprawdę chodzi. Także Rey – obok C-3PO – ma pokazać ciemną stronę: wybornie, tego jeszcze brakowało. Poe i Finn, świetnie grani, są postaciami napisanymi co najmniej chaotycznie, zmierzającymi donikąd. R2-D2 już od dawna nie gra żadnej roli, Chewbacca podobnie (w kwietniu żegnaliśmy Petera Mayhew, pierwszego, kultowego odtwórcę tej roli). Niepokoi wprowadzanie nowych postaci – dwóch żeńskich i jednego robota. Już Rose i DJ z Ostatniego Jedi razili epizodycznością, bez jakiejkolwiek korzyści dla akcji filmu. Zwiastuny zaś nie napawają optymizmem, racząc nas ujęciami żywcem z Opowieści z Narni. George Lucas w ogóle przestał się wypowiadać na temat filmu, odsunięty przez Disneya na boczny tor.

Czy stanie się cud i duch Gwiezdnych wojen ożyje? Czy realizatorom uda się z sukcesem zamknąć choćby wątki tej aktualnej trylogii, o ukoronowaniu całej sagi nie wspominając? Czy pozostaniemy z niesmakiem, że oto wyciągnięto nam z kieszeni kolejne pieniądze, obiecując wskrzeszenie emocji sprzed 40-35 lat? Rokowania są słabe. Wprawdzie wciąż o niebo lepsze od epizodów 1-3, lecz nadal słabe, jeżeli mówimy o TYM duchu i TYM kulcie. Może więc warto jeszcze przed pójściem do kina ostatecznie pogodzić się z faktem, iż powtórki z rozrywki po prostu nie będzie. Bo nigdy nie miało być. Bo do tej samej rzeki nie wstępujemy dwa razy przede wszystkim dlatego, że rzeka nigdy nie jest ta sama. A my chcielibyśmy wciąż i wciąż na nowo przeżywać te same emocje w kolejnych filmach, tak jakby dało się wskrzesić również okoliczności lat 80, na przykład polski przemysł produkcji szkaradnych, gumowych podróbek figurek z Gwiezdnych wojen… Pójdę więc do kina po prostu w nadziei na świetne kino sci-fi, z elementami tej magii, która miała miejsce tylko i wyłącznie w latach 1977-1983. Musi mi to wystarczyć. Akceptujmy rzeczywistość. Jeżeli tak ma wyglądać koniec pewnej epoki, przynajmniej nie stanie się to w obecności Jar Jara.

A po powrocie z seansu zawsze mogę wrócić do swojej kolekcji polskich bootlegów, prywatnego wentyla bezpieczeństwa w razie fiaska reaktywacji mitu. 🙂

Endor

Frederic Leighton: Podarek Jonatana dla Dawida, ok. 1868.

You can see here the Death Star orbiting the forest Moon of Endor.

Admirał Ackbar, podczas narady bojowej rebeliantów. Powrót Jedi, 1983.

Wbrew pozorom, nie będzie to wpis z uniwersum Gwiezdnych wojen. Choć „dawno, dawno temu” się akurat zgadza. Będzie o Starym Testamencie, o Pierwszej księdze Samuela, zawierającej w rozdziale 28 historię, która zainspirowała w czasach nowożytnych kilku prominentnych malarzy, literatów i kompozytorów. Historię Saula, który tknięty złym przeczuciem przed starciem z Filistynami, udaje się do wiedźmy z Endor, by wywołać ducha zmarłego Samuela. Tak się złożyło, iż wcześniej bezlitośnie usunął z królestwa wszystkich wróżbitów i magów, więc udaje się do owej wiedźmy incognito. Ona jednak rozpoznaje go, przerażona, i wywołuje ducha dopiero po zapewnieniu, że nic jej z ręki srogiego króla nie grozi. Samuel zaś, ukazawszy się, ma dla Saula tylko najgorsze wieści – ponieważ sprzeniewierzył się Bogu, jutro dołączy, wraz z armią i potomstwem, do królestwa Samuela. Jęki, szlochy, kurtyna. Los, przeznaczenie – jak rzekłaby w 1946 roku Hermenegilda Kociubińska. Jaka piękna tragedia – jak dodałby w 2003 Robert Górski. Jaki dobry materiał na oratorium/operę – uznali zaś w latach 1682-1738 Charpentier, Purcell i Haendel. I dali światu prawdziwe perły barokowego teatru muzycznego.

Marc-Antoine Charpentier (1643-1704), uczeń samego Carissimiego w Rzymie (1667-1669), wybitny kontynuator na gruncie francuskim jego talentu sugestywnego umuzyczniania historii biblijnych (w tym pokrewnego tematycznie oratorium Historia Davidis et Jonathae), podjął temat wizyty Saula u wiedźmy dwukrotnie, za każdym razem czyniąc go częścią większego dzieła dramatycznego. Około 1682 roku powstało dramatyczne, półgodzinne, łacińskie oratorium Mors Saülis et Jonathæ, zaczynająca się właśnie od wyprawy do wiedźmy z Endor. Słychać tu wyraźne wpływy rzymskiego mistrza, autor wprowadza nas od razu w środek akcji, narrację powierzając chóralnemu historicusowi (zabieg typowy dla Carissimiego). Saul śpiewa głosem basowym, wiedźma – tradycyjnie na gruncie francuskim zwana Pytonissą – to haute-contre, wysoki głos tenorowy. Duch Samuela to baryton. Początkowo rzeczy dzieją się szybko, jednak scenę wywoływania ducha opatrzył Charpentier kunsztowną arią z orkiestrowym towarzyszeniem – w tym fragmencie libretto odchodzi od biblijnego pierwowzoru. Po niej następuje krótki dialog Samuela z Saulem oraz podsumowanie przez chóralnego historicusa. Całość sceny trwa około jedenastu minut, w sieci możemy go posłuchać w atrakcyjnym nagraniu Il Seminario Musicale, choć w partii Pytonissy mamy tu niestety kontratenora.

W 1688 roku powstało dzieło znacznie rozleglejsze, dwugodzinna operowa tragedia biblijna David et Jonathas, tym razem do tekstu francuskiego i oparta na losach przyjaźni (miłości, jak chcą niektórzy) Dawida i Jonatana, syna Saula. Zanim jednak do losów owych przechodzimy, mamy prawie dwudziestominutową scenę wyprawy Saula (bas) do Pytonissy (haute-contre) i wywoływania ducha Samuela (niski bas). To bardzo francuska z ducha przeplatanka fragmentów secco i znakomitych, sugestywnych accompagnato i arii. Nie ma tu narratora, zaczynamy od razu od rozterek Saula, następnie swoje pięć minut ma Pytonissa – uwagę zwraca zwłaszcza trzykrotnie pojawiające się zawołanie „ombre, ombre, c’est moi qui vous appelle”: za pierwszym razem orkiestra „odpowiada” Pytonissie, za drugim i trzecim to instrumenty grają najpierw swoje „ombre”, a wiedźma kontynuuje. Udział orkiestry jest tu zresztą o wiele bardziej znaczący niż w poprzedniej kompozycji Charpentiera. Duchowi Samuela, zaczynającemu swoją kwestię w bardzo niskim rejestrze, towarzyszą na przykład trzy niskie instrumenty con sordino – aż chciałoby się obsadzić je puzonami, by usłyszeć antycypację mozartowskiego Komandora! David et Jonathas cieszy się sporą popularnością wykonawców, szlaki przecierał tu niezawodny William Christie, a jedno z najnowszych nagrań dała nam Orchestra of the Antipodes.

Henry Purcell (1659-1695) z pewnością sugerował się stylem francuskim w swojej twórczości, tak monumentalnej, jak i kameralnej. Około roku 1691 stworzył intymną, klimatyczną scenę w języku angielskim In guilty night (Saul and Witch of Endor) na sopran, tenor i bas z towarzyszeniem tylko basso continuo, jakiej z pewnością nie powstydziłby się sam Charpentier. Bazuje w niej wyłącznie na tekście biblijnym, obramowując całość dwiema sekcjami trzygłosowymi: pierwsza to historicusowe wprowadzenie, druga zaś to mistrzowsko schromatyzowana kontemplacja jednego ze słów Samuela – „farewell”. Postaci w tej ośmiominutowej kompozycji są znakomicie udramatyzowane, nękany rozterkami, zniecierpliwiony Saul (tenor), przestraszona, lecz i skuteczna w swych praktykach Wiedźma (sopran) oraz majestatyczny, rodem z zaświatów Samuel (bas) tworzą niezwykle satysfakcjonujący, barokowy mini teatr muzyczny. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Purcell dał swemu Samuelowi podobną ekspresję, co tworzonemu w podobnym czasie Geniuszowi Lodu z Króla Artura (1692). Z wielu istniejących nagrań In guilty night najwięcej magii zawiera to pod dyrekcją Paula McCreesha.

Muzyczny kontynuator dziedzictwa Purcella w Londynie, Jerzy Fryderyk Haendel (1685-1759), opracował dźwiękowo scenę z Endor w swym majestatycznym oratorium Saul z roku 1738. Pojawia się ona na początku Aktu trzeciego i stanowi dziewięciominutowy zbiór retorycznych recytatywów secco, accompagnato, ariosów i krótkiej arii Wiedźmy, co czyni ją podobną do sceny z Davida et Jonathasa. Pierwszym słowom demonicznego Samuela (bas) towarzyszą dwa fagoty obbligato. Saul (również bas), jest po haendlowsku rozdarty, skrzecząca Wiedźma ma w partyturze oznaczenie jako tenor, lecz partia opisana jest jako wykonywana przez „Miss Young” – możliwe, że mamy tu do czynienia z użyciem kobiecego rejestru piersiowego w skali tenoru. Barwną interpretację całej sceny dał René Jacobs, z typowymi dla siebie wtrętami instrumentalnymi.

Opracowań muzycznych dziejów Saula, Samuela i Wiedźmy mamy w historii więcej, lecz te właśnie, wspomniane wyżej, powstałe na przestrzeni pół wieku arcydzieła, stanowią fascynujący zestaw przykładów barokowej retoryki „magicznej”. A że dodatkowo możemy tu przeprowadzić niespodziewany łańcuch proweniencji, wiodący od Rzymu, przez Paryż do Londynu, to już czysta magia hermeneutyczna. No i – jaka piękna tragedia!

W tym miejscu pragnę przeprosić w imieniu Lucasfilm, iż z niezrozumiałych powodów w Powrocie Jedi lesisty księżyc zamieszkały przez Ewoków nazwano Endor…

Mynocycki

Snowtrooper, polska podróbka, ca. 1986. Oryginał firmy Kenner był koloru białego.

Żują kable mocy. Te mynocycki?

Chałupnicza lista dialogowa czytana przez lektora na kasecie VHS z Imperium kontratakuje, późne lata 80.

Zima, początek roku, 1983. Stan wojenny, Górny Śląsk, Zabrze, kino Roma. Wystarczyło wyjść z mieszkania, z podwórka, z bramy, przejść przez ulicę, wydać 8 złotych i znaleźć się w innym, lepszym świecie. Tego dnia świat ten okazał się całą galaktyką, a siedmioletni urwis siedział z rozdziawioną z zachwytu szczęką, patrząc na migające mu przed oczami statki kosmiczne, roboty, potwory i stwory, planety, bohaterów w kostiumach, z bronią laserową i mieczami świetlnymi. Wyświetlano właśnie Imperium kontratakuje, a dzień ten odnotować muszę jako początek wielkiej, osobistej przygody z uniwersum Gwiezdnych Wojen. Przygody siłą rzeczy wybiórczej, lecz wciąż: fascynującej.

Epizod V: Imperium kontratakuje był pierwszym filmem serii, jaki zobaczyłem w kinie. Wcześniejszy Epizod IV: Nowa nadzieja znałem wyłączenie z opowieści starszej kuzynki, obejrzawszy go ostatecznie dopiero w 1989 roku w TVP – jednak żadna opowieść nie mogła oddać tego, co zobaczyłem w 1983 na ekranie. A zobaczyłem świat wiarygodny, wciągający, kuszący i egzotyczny. Poznałem dzielnego Luke’a, zawadiackiego Hana, charyzmatyczną Leię, budzącego grozę Vadera, antypatycznych szturmowców, włochatego Chewbaccę, eleganckiego Lando, nieporadnego C-3PO, zaczepnego R2D2, wiekowego Yodę, pozagrobowego Obi-Wana i tajemniczego Bobę Fetta. Po wyjściu z kolejnych seansów (gdyż wracałem do Imperium jeszcze kilka razy), szukaliśmy z kolegą przepalonych świetlówek na podwórkowym śmietniku i odtwarzaliśmy przy ich pomocy sceny walki na miecze świetlne. A gdy jeden z nas wyciągał teatralnym gestem dłoń w kierunku drugiego, obowiązkiem jego było udawanie duszenia się, jak po uderzeniu dawką Mocy. Po czym wracało się do domów, do szarej rzeczywistości. Tam zaś ani internetu, ani prasy kolorowej z artykułami o Sadze, ani zabawek z nią związanych. PRL, żelazna kurtyna, Miś Uszatek i Reksio. Do czasu.

Legendarne figurki firmy Kenner, przedstawiające postaci z Gwiezdnych Wojen, produkowane w latach 1977-1985, nie były dostępne w Polsce aż do roku 1989. Podczas gdy dzieci z krajów Zachodu pławiły się w kolorowym oceanie plastikowego szczęścia, nasi mali obywatele przeważnie nie mieli nawet pojęcia, że takie szczęście istnieje. Czasami ktoś komuś coś opowiedział, że rodzice przywieźli dziecku ludzika Star Wars z kontraktu zagranicznego, z wycieczki, z wyjazdu. Czasem ktoś cudem zdobył, metodą handlu wymiennego, od syna lub córki takiego rodzica, niezwykłej urody cacko, bijące na głowę jakością wszystko, co dostępne było na rodzimym rynku zabawkarskim. Polska natura nie znosi jednak próżni i w końcu szansę swoją odkryli nasi prywatni producenci (oficjalnie… nieistniejący, zrzeszeni w fasadowych spółdzielniach rzemieślniczych), którym w ręce wpadło nieco figurek Kennera. To, co nastąpiło później, było bezprecedensowym fenomenem, owocem połączenia polskiej myśli technologicznej, rynkowej przedsiębiorczości w realiach gospodarki socjalistycznej oraz kolosalnego popytu na produkty związane z popularnymi filmami.

Wkrótce po moim odkryciu Imperium kontratakuje w domu pojawiły się dwie ruchome, polskie figurki z Gwiezdnych Wojen: księżniczka Leia oraz pomarańczowy Człowiek pustyni. Nie znając Nowej nadziei, miałem problem z identyfikacją tej drugiej figurki – w końcu uznałem ją za Dartha Vadera bez hełmu. Około 1984 roku w sklepie zabawkowym Lalka zaczęły się pojawiać kolejne ludziki, w całkiem sporej ilości. To był przełom dla dziecka spragnionego gadżetów gwiezdnowojennych jak sucha roślinka deszczu. Oto w końcu można było obcować z wymienionymi wyżej bohaterami nie tylko podczas seansu w kinie, ale także w domu i na podwórku, bez ograniczeń, namacalnie. Z tą radością przyszło również rozczarowanie – to nie były figurki dobrze wykonane, przynajmniej nie wszystkie. Najpierw była seria nieruchoma, niezdatna do wykonywania jakichkolwiek czynności za pomocą kończyn oraz często wykonana w kolorach zupełnie nieprzypominających postaci z filmu. Szturmowcy byli wyłącznie srebrni lub złoci, Obi-Wan najczęściej zielony lub niebieski, zaś Luke, Han Solo i Leia bywali produkowani w różnych dziwnych barwach (na przykład „disco” Han w srebrnych portkach i kamizelce oraz błękitnej koszuli). Trzeba się było jednak cieszyć z tego co było i polować w sklepie na takie warianty, które chociaż zbliżały się do oryginału. Tymczasem na ekrany wchodził już Epizod VI: Powrót Jedi i figurkowy szał sięgnął zenitu. Był rok 1985.

Firma Elektrospółdzielnia z Gdyni wypuściła serię dwudziestu postaci, z ruchomymi rękami i nogami, zapakowanych w plastikowe bąble przypięte do kart z polskimi tytułami wszystkich trzech filmów. Pojawiały się w sklepie zabawkowym nieregularnie i praktycznie natychmiast znikały. Trzeba było zawsze najpierw uprosić mamę o fundusze na jedną lub dwie i prędko ruszać na łowy, by zdobyć jakiś wyględniejszy egzemplarz. Gdyż również ta seria potrafiła zaskoczyć kolorystyką. Do tego tym dwudziestu postaciom firma zdecydowała się doczepić tylko trzy rodzaje rąk i nóg, więc nie było mowy o zbytnim podobieństwie do oryginałów Kennera – na szczęście nie mieliśmy wówczas pełnego porównania. I na dobitkę kończyny te nader często odpadały i się gubiły, ale wciąż – figurki były ruchome. W połączeniu z serią nieruchomą – z którą dublowało się kilka postaci – można było zgromadzić zestaw co ważniejszych bohaterów filmu i odgrywać sporo interesujących scenek. Ci bardziej zdeterminowani odcinali nieruchomym ludzikom ręce, przypinając je potem szpilkami oraz przemalowywali szturmowców na biało farbkami plakatowymi lub olejnymi. Ale byli i tacy, jak mój kolega z podwórka, jakiś dziwny, bo z niczego tak się nie cieszył, jak ze swojego disco Hana. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, iż antycypował zjawisko, które opanowało świat kolekcjonerski kilkadziesiąt lat później.

Ostatnią zauważalną serią polskich figurek (od około 1986, później nazwaną deluxe) były cztery postaci wykonane dość solidnie i ruchomo, produkowane w Łodzi: Yoda, At-At driver, Strażnik gamorreański oraz Ree-Yees. Yody potrzebowałem jak powietrza, więc machnąłem nawet ręką na dziwną kolorystykę (zielony z czerwonymi rękami i akcesoriami) oraz brak szaty. Strażnikiem gamorreańskim wzgardziłem, gdyż miałem już oryginalnego, kennerowskiego, wyhandlowanego od innego kolegi z podwórka razem z Bobą Fettem i pilotem TIE fightera. Te trzy arcydziełka zachodniego przemysłu zabawkarskiego powodowały we mnie zrozumiałe rozżalenie, iż reszta, made in Poland, była co najwyżej wyrobem figurkopodobnym. Wkrótce zresztą zainteresowanie Gwiezdnymi Wojnami oraz figurkami we mnie mocno wygasło, a lata później, po studiach, do Warszawy przenosiłem się zabierając ze sobą wyłącznie kennerowskiego strażnika gamorreańskiego, na zasadzie sentymentu.

Przez jakieś dwie dekady, od 1987 roku, nie zdawałem sobie sprawy ani z rzeczywistej skali produkcji polskich podróbek Star Wars (części ich serii i postaci nigdy nie było mi dane zobaczyć w dzieciństwie), ani z ich wyjątkowości na tle innych krajów produkujących podróbki (równać się z nami mogą tylko Turcja, Węgry, Brazylia i Meksyk), ani z rosnącego od końca lat 90 zainteresowania tymi wyrobami światowych kolekcjonerów, zwłaszcza zaś tymi najdziwniej pokolorowanymi. Sentyment wrócił w roku 2007, i to początkowo wyłącznie w stosunku do ludzików Kennera, które postanowiłem skompletować na zasadzie rekompensaty za ich brak w młodości. Szukając sposobów na ich zdobycie, natykałem się na opisy polskich serii z lat 80 i oniemiałem wobec ogromu zjawiska. Głupio się przyznać, lecz mało kiedy nachodziły mnie tak patriotyczne uczucia, jak podczas uświadomienia sobie, jaką podróbkową potęgą był mój kraj w tak trudnym dla przemysłu zabawkarskiego czasie. Czyniąc długą historię krótką: nie spocząłem, nim nie skompletowałem wszystkich wzorów (ważne słowo, gdyż skompletowanie wszystkich kolorystycznych wariantów jest po prostu niemożliwe), co zajęło mi kilka lat mozolnych, wytrwałych łowów oraz uczyniło jednym z trzech na świecie posiadaczy takiej kompletnej kolekcji i autorem pierwszego w historii książkowego przewodnika po tych figurkach.

Wielką pomocą i przewodnikiem w pierwszych miesiącach tych łowów była dla mnie strona internetowa Jakuba Turkiewicza, człowieka nie tylko bezgranicznie oddanego sprawie, nie tylko chodzącej encyklopedii w temacie, ale i obdarzonego wysokiej próby poczuciem humoru, korespondującym z takim, jakie pamiętałem z Imperium kontratakuje czy Powrotu Jedi, przefiltrowanym przez swoistą, polską ironię. Tym bardziej więc wzruszyłem się, gdy Jakub skontaktował się ze mną ponad dwa lata temu informując, że wraz z Radosławem Salamończykiem kręcą pełnometrażowy dokument o percepcji Gwiezdnych Wojen w realiach PRL, i że jego część poświęconą figurkom chcą nakręcić między innymi z moim udziałem. Jak powiedzieli, tak uczynili, pojawili się, sfilmowali kolekcję i moje wypowiedzi i zniknęli. Film pod tytułem Wojna Gwiazd został zakończony latem 2018 roku i od tej pory prezentowany jest na festiwalach o tematyce fantastycznej oraz na pokazach specjalnych w różnych miastach Polski. Do Warszawy dotarł dopiero w tym tygodniu, z okazji cyklu Praga Gada i w końcu miałem okazję obejrzeć to 90-minutowe, sentymentalne arcydzieło.

Gdyż jest to coś więcej niż dokument. Coś więcej niż kolejny film o Gwiezdnych Wojnach. To podparta rzetelnymi, kompetentnymi badaniami (gwarantowanymi przez doświadczenie Jakuba), zmyślnie skonstruowana podróż do świata już nieistniejącego, do ludzi tworzących alternatywną rzeczywistość w latach 80, do realiów odbioru fenomenu, którego pojawienia się w Polsce nikt nie mógł przewidzieć, a który zawładnął wyobraźnią Polaków mimo odcięcia od właściwie wszystkiego z nim związanego poza samymi trzema filmami w kinach. Mamy więc opowieść o przedsiębiorczości, o samoorganizowaniu się młodych ludzi w fankluby, o zdobywaniu strzępków informacji, wycinków prasowych i gadżetów zza żelaznej kurtyny, o wędrowaniu po kraju razem z kopiami filmu, o pierwszych doświadczeniach z chałupniczo wytwarzanymi kasetami VHS i jeszcze bardziej chałupniczo drukowanymi wydawnictwami drukowanymi. Autorzy filmu dotarli do fascynująco interesujących postaci z całego kraju, postaci z krwi i kości, których młodość związana była ze zorganizowanym uwielbieniem dla Gwiezdnych Wojen, do twórców fanklubów, do właścicieli sentymentalnych kolekcji VHS czy muzeum zabawek. Fragment poświęcony figurkom jest tylko częścią tej historii, istotną, acz ustępującą w kwestii emocjonalnej zwierzeniom tych właśnie oddanych pionierów polskiego ruchu fanowskiego Star Wars. To film zdecydowanie należący do gatunku tych, których doniosłość i potrzebę powstania docenia się dopiero po jego obejrzeniu – on rejestruje coś, o czym niedługo nikt nie będzie pamiętać. Powstał właściwie w ostatniej chwili. Mimo jego istnienia od półtora roku, nie chciałbym jeszcze, by trafił do sieci. Naprawdę warto zadać sobie trud odszukania okolicznościowych pokazów w różnych miejscach w kraju, odczuć tę magię w sali kinowej, porozmawiać po seansie z twórcami, może przywołać własne wspomnienia z lat 80.

Jakub Turkiewicz napisał także książkę, pod tym samym tytułem: Wojna Gwiazd, opisując wspomniane zjawisko w sposób znacznie bardziej metodyczny i dogłębny. Trzymam kciuki, by krajowym wydawcom wystarczyło wyobraźni, by dostrzec potencjał takiej pozycji na rynku. Tu nie idzie o same Gwiezdne Wojny. Tu rzecz jest o narodowym zrywie, którego częścią dane mi było być w małej, zabawkarskiej odsłonie, a który może być tylko powodem do dobrze pojętej dumy.

A po latach okazało się, że przygodę z Gwiezdnymi Wojnami zaczynałem od epizodu uznanego za jeden z dwóch najwybitniejszych sequeli w historii kina, obok Ojca chrzestnego 2. 🙂

Junoesque

Oola i Yarna, tancerki pałacu Jabby. Powrót Jedi, 1983.

What I’m suggesting is that this place is the crummiest, shoddiest, worst-run hotel in the whole of Western Europe.

Mr. Hamilton do Basila Fawlty, Hotel Zacisze, 1979.

Względnie łatwo jest deklarować przynależność do świata niedzielnych fanów tematyki Star Wars. Wyjątkowo trudno jest dotrzymać kroku najwytrwalszym wielbicielom, wyspecjalizowanym w węższych czy szerszych niszach związanych z uniwersum Gwiezdnych Wojen. Zakładając, iż rozmawiamy w gronie osób, które choć raz w życiu obejrzały losy Luke’a i Anakina, powierzchowna dyskusja dotycząca dziewięciu głównych filmów w trzech trylogiach nie wymaga wiele wysiłku i sprowadza się zwykle do tworzenia osobistego, emocjonalnego rankingu wartości każdego z nich. Dalej jest już tylko gorzej. Mamy zagorzałych wielbicieli starej trylogii (epizody 4-6), odmawiających jakiejkolwiek wartości filmom późniejszym, często odrzucających nawet poprawki wprowadzone do starych filmów w 1997 i 2004 roku. Mamy hejterów epizodów 1-3, obwiniających Lucasa za sprowadzenie „kosmicznej opery”, podszytej Frankiem Herbertem, Asimovem, Kurosawą, niezłym humorem, świetnym aktorstwem oraz mitologią rodem z książek Josepha Campbella do poziomu dziecinnego kina familijnego dla średnio rozgarniętych odbiorców. Mamy i tych, co żywią pretensję do twórcy franczyzy o jej sprzedaż koncernowi Disneya, który uczynił z niej maszynkę do robienia pieniędzy, wypuszczając kolejne produkcje zbyt często, zbyt uniwersalne i zbyt rynkowo ostrożne. W następnej kolejności mamy zwolenników trzymania się głównej serii w przeciwieństwie do fanów rozszerzonego uniwersum – powstałych przez lata kilku seriali i filmów animowanych (Droids, Clone Wars, Rebels, Lego Star Wars, Solo, Rogue One) i powstałego właśnie serialu „realnego” (Mandalorian), setek książek, komiksów oraz całego podziemia fan-artów, już niefirmowanych przez Lucasfilm. Są tacy, których nie interesują przygody trzecioplanowych postaci czy też losy Hana Solo i Chewbakki pomiędzy głównymi epizodami, ani nawet to, w jaki sposób rebelianci weszli w posiadanie planów Gwiazdy Śmierci, a są i ci, których takie właśnie historie pociągają najbardziej i – proszę uwierzyć – potrafią wyliczyć biografie, powiązania i losy tak wielu postaci, że nasza popisowa wiedza o imieniu wielkiego moffa Tarkina wywołuje u nich co najwyżej uśmieszek politowania.

Czy istnieje choć jeden element łączący wszystkich dyskutantów? Wydaje się, że znalazłyby się nawet trzy takie punkty styczne. Jest nim z pewnością powszechne docenienie drugiego filmu serii – Imperium kontratakuje z roku 1980 – uznawanego jednogłośnie za najlepszy z całej dziewiątki (lub jedenastki, jeżeli dodać powstałe niedawno spin-offy), często zaś wymienianego w rankingach jako najlepszy sequel w historii kina w ogóle (choć walczy tu dzielnie z Ojcem Chrzestnym). Gdyby poszukać głębiej, skłóconych fanów Gwiezdnych Wojen (i to łącznie z George’em Lucasem) pogodzić mogłaby również niechęć (delikatnie mówiąc) do telewizyjnego potworka, jakiego stworzono na fali sukcesu pierwszego filmu: Star Wars Holiday Special – ten dziwoląg z roku 1978 nie istnieje w oficjalnym obiegu, lecz co chwila pojawia się na serwisach publikujących filmy, gdzie można napawać się do woli uczuciem niebotycznego zażenowania podczas obcowania z Epizodem, Którego Nie Było. Gdyby te dwa elementy godzące zawiodły, pozostaje trzeci, pewniak: rewelacyjna muzyka autorstwa Johna Williamsa. Można śmiało powiedzieć, iż stanowi ona przynajmniej połowę sukcesu całej serii, a im słabszej jakości epizod, tym współczynnik ten wzrasta. Nie miejsce tu, by szczegółowo zanalizować tę inspirowaną Holstem i Wagnerem, wybitnie „inteligentną” ścieżkę dźwiękową – dość wspomnieć, że co do jej wagi zgadzają się właściwie wszyscy. Szczęśliwie Williams żyje wystarczająco długo, by mieć pieczę nad muzyką do wszystkich dziewięciu głównych części.

W całym powyższym kontekście, jako wiernemu fanowi starej trylogii, epizody 1-3 uznającemu za zło konieczne i zmarnowany potencjał, epizodom 7-9 przyglądającemu się z sentymentalną sympatią i akceptacją, zdarza mi się wyszukiwanie ciekawostek związanych z tymi najstarszymi filmami, w tym z losami zaangażowanych do nich aktorów innych niż pierwszoplanowi. Wciąż uczę się nowych rzeczy, imion postaci, nazwisk odtwórców, okoliczności ich werbowania czy też karier, jakie były ich udziałem poza światem SW. Niedawno natknąłem się na upamiętnienia dwojga aktorów, którzy odegrali epizodyczne, choć zauważalne role w Gwiezdnych Wojnach, a których wspólną cechą jest gościnny udział w innym kultowym zjawisku medialnej pop kultury: telewizyjnej serii komediowej z lat 70, Fawlty Towers, znanej u nas jako Hotel Zacisze (dwie serie, 1975 i 1979). Czy można sobie wyobrazić dwa bardziej rozdzielne światy? Oraz czyż nie jest miłym uczucie zaskoczenia, gdy dotrze do nas, że to ONA/ON grała/grał i tu i tu? Muszę przyznać, że dostarczyło mi to pewnej ekscytacji, powodującej potrzebę przeszukania obsad obu serii celem odnalezienia kolejnych podobnych przypadków. Niestety, to jedyni aktorzy mogący wykazać się takim osiągnięciem. Zatem – do rzeczy.

Jednym z wątków pamiętnego odcinka Hotelu Zacisze – The Germans była scena próbnego alarmu pożarowego. We właściwym sobie stylu, Basil Fawlty (John Cleese) najpierw terroryzuje hotelowych gości obowiązkiem uczestnictwa w próbie, następnie uznaje wszystkich poza sobą za kretynów, by w końcu nie zauważyć, że (niezawodny) Manuel zaprószył w kuchni rzeczywisty ogień omal przy tym nie ginąc. W grupce biorącej udział w próbnym alarmie uwagę zwraca zwłaszcza Miss Wilson, tęgawa blond jejmość, w szarym płaszczu i różowych rękawiczkach. Zagrała ją Claire Davenport (1933-2002), aktorka charakterystyczna, określana eufemistycznym przymiotnikiem „junoesque”. Wystąpiła między innymi w dwóch filmach z serii o Różowej Panterze, w biograficznym obrazie o zespole The Beatles, w adaptacji Burzy Szekspira w reżyserii Dereka Jarmana czy słynnym Człowieku słoniu Davida Lyncha. Bardzo rozbawiło mnie, iż to właśnie ona zagrała… pulchną tancerkę z pałacu Jabby w 6 epizodzie Gwiezdnych Wojen (Powrót Jedi, 1983). Uczyniła to na tyle wyraziście, iż każdy, kto oglądał ten film, zapamiętał jej charyzmę oraz potrójny (!) biust. To ostatnie stało się przyczyną braku jej figurki w legendarnej, pierwszej serii zabawek firmy Kenner – miała być ona zbyt kontrowersyjna dla młodego odbiorcy. W napisach końcowych zaś wymieniona jest po prostu jako „Fat Dancer”. Rehabilitację przyniosła jej późniejsza figurka firmy Hasbro z roku 2008 oraz ujawnienie imienia postaci: Yarna d’al’ Gargan.

Jedną z moich ulubionych scen w Imperium kontratakuje jest wymiana zdań między generałem rebeliantów (po latach wiem, że nazywał się Carlist Rieekan) a Hanem Solo. „You’re a good fighter Solo i hate to lose you” wypowiedziane jest connery’owską angielszyzną pomieszaną z klasycznie jankeskim zaśpiewem głosu. Wygląd aktora tylko podkreślał i podnosił walory całej sceny. Świetny wybór, wzorcowa gra epizodyczna. I co? I po latach, delektując się odcinkiem Hotelu Zacisze pod tytułem Waldorf Salad (seria druga, odcinek trzeci) kompletnie nie wpadłem na to, iż Bruce Boa (1930-2004), niezwykle sugestywnie grający pana Hamiltona – amerykańskiego, wzburzonego gościa hotelu, to mój generał Rieekan z bazy na Hoth! Owszem, było jakieś przeczucie, że to ktoś dziwnie znany, lecz skojarzenie obu ról nastąpiło dopiero podczas myszkowania po starwarsowych ciekawostkach, wiele lat później. Aktor w dodatku wcale nie był obywatelem USA, pochodził z Kanady, osiadł w Wielkiej Brytanii i specjalizował się w graniu Amerykanów w brytyjskich filmach i serialach. Postaci wojskowych weszły mu w krew, grał generała nawet w jednym z filmów serii 007 – Octopussy. Generał Rieekan doczekał się figurki dopiero roku 2006, w serii The Saga Collection firmy Hasbro.

Claire i Bruce nie spotkali się na planie żadnego z filmów Star Wars ani Fawlty Towers. Zagrali razem raz, w 1978 roku, w podrzędnej komedii Carry On Emmannuelle, oczywiście role epizodyczne. Cześć ich pamięci, to talenty takich aktorów jak oni tworzyły niepowtarzalny klimat tła w starych, dobrych Gwiezdnych Wojnach. Ich udział w Hotelu Zacisze stanowi wyborny bonus dla niedzielnych fanów sagi Lucasa.

A Tarkin miał na imię Wilhuff 🙂