Murr

E.T.A. Hoffmann: ilustracja do pierwszego wydania Kota Mruczysława poglądów na życie (1819).

Po raz pierwszy doświadczyłem, czym jest w dziedzinie moralnej przyczyna i skutek, i właśnie moralny instynkt skłonił mnie, by schować pazury tak szybko, jak je wysunąłem.

E.T.A. Hoffmann: Kota Mruczysława poglądy na życie (1819).

Biografie postaci ważnych choć wcale nie pierwszoplanowych w historii kultury bywają barwniejsze niż życiorysy ich odpowiedników z pierwszej ligi światowej malarzy, literatów czy kompozytorów. Gdy zaś dodać do tego, że dzieje niektórych takich postaci ocierały się o historię Polski, mamy powód, by wykazać wzmożoną ciekawość dotyczącą ich losów.

Pruski człowiek renesansu rodzącego się romantyzmu, Ernest Teodor Amadeusz Hoffmann (1776-1822) trzecie imię (oryginalnie: Wilhelm) nadał sobie sam, upamiętniając swoje muzyczne bożyszcze, Wolfganga Amadeusza Mozarta. Zamiłowanie do pięknych dźwięków wyniósł z domu rodzinnego – prawniczego – w którym ojciec grał na tak już wówczas antycznym instrumencie, jakim była viola da gamba (choć, przypomnijmy, ostatnim wirtuozem gamby był zmarły w 1787 roku Carl Friedrich Abel). Rodzina ojca pochodziła z polskiego rodu Bagieńskich, co mogło z kolei zaważyć na słabości Ernesta do Polaków. Bronił ich dobrego imienia w życiu prywatnym oraz w dziełach literackich, ożenił zaś się (w 1802 roku) z Polką, Marią Teklą Michaliną Rohrer-Trzcińską. Miał szczęście, nasza rodaczka przez dwadzieścia lat przymykała łaskawie oko na jego liczne odstępstwa od przysięgi małżeńskiej.

Najmilej wspominał lata spędzone właśnie na ziemiach polskich, wyrażając protest przeciw trwającym zaborom, sympatyzując z insurekcją kościuszkowską. Niemniej był tychże zaborców urzędnikiem – na przykład w Płocku, w latach 1803-1806 odpowiadał za nadawanie polskim Żydom niemieckich nazwisk. Zawdzięczamy mu takie klasyki, jak Rosenbaum czy Goldberg; podobno ustalił w tym sobie zasady, jak wymyślanie nazwisk pochodzących od kwiatów w poniedziałki a od ryb w piątki. Wcześniej działał w Poznaniu, skąd musiał zmykać po opublikowaniu karykatur tamtejszych urzędników i oficerów. Gdyż realizował się z równym upodobaniem jako malarz, literat i muzyk. W żadnej dziedzinie nie brakowało mu fantazji i odrobiny dziwactwa, co czyniło go modelowym przedstawicielem pierwszego pokolenia romantyków.

A zasługi jego są nie do przecenienia. Hoffmann – dyrektor muzyczny teatrów w Bambergu, Dreznie i Lipsku, fanatyczny wielbiciel Glucka, Mozarta i Beethovena, jest autorem pierwszej romantycznej opery, Ondyny (1816). Dzieło to zostało pechowo przyćmione przez Wolnego Strzelca Carla Marii von Webera (1821), wymienianego jako pierwsza ważna niemiecka opera romantyczna. Ot, wyroki dziejów. Przed Ondyną napisał zresztą szereg innych dzieł scenicznych, lecz sławę zyskała tylko ona. Włącznie z wielkim uznaniem wspomnianego Webera, autora entuzjastycznej recenzji dzieła. Zaś historia Undyny, wodnej boginki, została później użyta także przez Alberta Lortzinga i Piotra Czajkowskiego.

Skoro zaś o Czajkowskim mowa – jego bijący rekordy popularności balet Dziadek do orzechów (1892) oparty jest na opowiadaniu… Hoffmanna, Nussknacker und Mausekönig z roku 1816. Fantastyczna wyobraźnia jego gotyckich horrorów inspirowała wielu innych twórców, takich jak choćby Edgar Allan Poe. Opowiadania Piaskun (Der Sandman) oraz Lalka (Die Puppe) dały podstawę do libretta baletu Coppélia Léo Delibes’a (1870). Stworzywszy fikcyjną postać kapelmistrza Kreislera, zmotywował Roberta Schumanna do napisania cyklu miniatur Kreisleriana, a Johannesa Brahmsa do młodzieńczego utworu Kreisler jun. I tak, to ten Hoffmann jest bohaterem jedynej poważnej opery Jacques’a Offenbacha Opowieści Hoffmanna (1880).

Najciekawszą pozycją literacką naszego bohatera pozostają jednak niesamowite Kota Mruczysława poglądy na życie (Lebens-Ansichten des Katers Murr nebst fragmentarischer Biographie des Kapellmeisters Johannes Kreisler in zufälligen Makulaturblättern), wydane w dwóch tomach w latach 1819 i 1821, z planowanym i nieukończonym tomem trzecim. Hoffmann wraca tu do postaci Jana Kreislera, czyniąc to w niesamowitej wprost formie konstrukcyjnej. Otóż konwencją powieści jest, iż rzeczony, spersonifikowany, świetnie wykształcony i wykazujący przewrotne usposobienie kot Mruczysław (Hoffmann był również fanatycznym kociarzem) spisuje swoje przemyślenia na odwrocie kartek ze wspomnieniami Kreislera właśnie. Zabieg fantastycznie atrakcyjny, dający wystarczającą swobodę literacką, by ukryć za nim odważne poglądy dotyczące postaw społecznych i życiowych obydwu bohaterów.

W 1821 roku członkowie berlińskiego kółka literackiego, które założył Hoffmann, otrzymali pocztą ozdobny nekrolog: W nocy z 29 na 30 listopada br. zasnął, aby zbudzić się do lepszego życia, mój drogi, ukochany wychowanek, kot Mruczysław, w czwartym roku swego obiecującego życia. Kto znał tego wpisanego do wieczności młodzieńca, kto widział, jak kroczy drogą cnoty i prawa, zrozumie mój ból i uczci go milczeniem. Autor nekrologu przeżył swojego ulubieńca zaledwie o pół roku.

Nie wiemy, jaka choroba zmogła Mruczysława; Hofmanna zabrała kiła.

Paesaggio

François de Nomé (1593-1620): Pejzaż z architekturą.

Solfatara – rodzaj ekshalacji wulkanicznych (…) składających się głównie z przegrzanej pary wodnej, dwutlenku węgla i siarkowodoru (…), także otwór, z którego wydobywają się te ekshalacje .

Wikipedia

Maciej Hen (rocznik 1955), syn Józefa Hena (rocznik 1923), pisanie powieści ma we krwi. Jednak, leniwiec, zajął się tym stosunkowo późno (debiut w wieku 49 lat) i talentu swego, nielichego, użycza bardzo oszczędnie. W tym roku ukazała się jego trzecia dopiero książka – Deutsch dla średnio zaawansowanych, ja zaś wracam wspomnieniem do drugiej, wcześniejszej o cztery lata, opasłej Solfatary. Pozycja ta zdecydowanie zasługuje na większą sławę, niż jej dotąd zaznała. Sięgnąłem po nią w marcu 2018 roku i z tego czasu pochodzą poniższe refleksje.

Sięgnąłem, gdyż mi gorąco polecono. Sięgnąłem, gdyż powieść szkatułkowa ma u mnie fory – może nawet nie tak bardzo przez Rękopis znaleziony w Saragossie Potockiego, co przez Budowniczego Ruin Rosendorfera. (Hen puszcza do nas kolejne szkatułkowe oko, umieszczając w powieści wzmiankę o Astrei d’Urfé’go, jako przedmiocie męczarni czytelniczych głównego bohatera.) Sięgnąłem wreszcie, gdyż Neapol pierwszej połowy 17 wieku to wystarczająca dla mnie rekomendacja, by rzucić się na dziejącą się w takich okolicznościach awanturę.

Sięgnąłem i… na dobre wsiąknąłem w lekturę, jak nie przymierzając jedna z postaci w błota solfatary. Solidne 917 stron, z czego po setnej już czytało się płynnie. Otoczył mnie kusząco przekonujący świat postaci autentycznych (większość) i zmyślonych (główny bohater, jeden z jego bliskich przyjaciół oraz, na przykład, polski szlachcic-banita, Stefan Ligęza, postać prequelowo zapożyczona od… ojca autora, Józefa Hena), z punktem odniesienia w postaci krwawej ludowej rewolucji neapolitańskiej 1647 roku. Wstyd przyznać, ale musiałem się w paru historycznych sprawach mocno douczyć, parę zaś innych na nowo dla siebie odkryć.

Sama rewolucja, z centralną postacią szalonego rybaka Masaniella, to przecież nie tylko temat „rewolucyjnej” opery Niema z Portici Aubera (1828), ale i na przykład prawie współczesnej wydarzeniom, barokowej Masaniello Furioso Reinharda Keisera (1706). Jest i włoski film Amore e libertà – Masaniello Angelo Antonucciego z 2001 roku… W powieści Hena pierwsze dziesięć dni zamieszek, do śmierci Masaniella, stanowi czasową ramę wydarzeń, oczywiście ze szkatułkowymi retrospekcjami. Stanowi również pretekst do ukazania ohydnej gęby wszelkich rewolucji, nie szczędząc prześwietlenia podłych cech żadnej ze stron, choć zgoda – głównie podłości samego „ludu”. Jest też i wątek żydowski, nie nazbyt eksponowany, lecz dobitnie ukazujący antysemityzm narodów europejskich tamtych czasów.

Na tej ramie rozpina jednak Hen przede wszystkim tkaninę swej historycznej i kulturowej erudycji i elokwencji, zawstydzając nią wszak czytelnika na tyle delikatnie, by, podpierając się chwilami Wikipedią, mógł on doznawać przyjemności obcowania z urzekającymi postaciami i zjawiskami na pierwszy rzut oka niesplatającymi się ze sobą z łatwością. Kogóż tam nie ma! Mamy genialnego malarza François de Nomé i jego alter ego, Didiera Barrę. (Hen próbuje zinterpretować tu po swojemu tajemnicę przypisywania jednemu dzieł drugiego, obdarzając Barrę przydomkiem Monsù Desiderio, który dziś postrzegany jest jako pseudonim de Nomé właśnie. Co więcej, czyni jednego uwikłanym w nieszczęśliwy koniec drugiego.) Mamy rzeczonego Masaniella, furiata i szaleńca, którego żona okazuje się być uwikłaną w losy głównego bohatera – fikcyjnego redaktora pierwszej neapolitańskiej gazety. Mamy bohemę malarską, teatralną i muzyczną Neapolu, Paryża, Rzymu, Wenecji i Metzu – w tym barwną i liczną rodzinę Basile – cenionych wykonawców muzyki największych ówczesnych twórców. Członkinie tej rodziny odgrywają nielichą rolę w powieści, rozciągniętej dzięki retrospekcjom na pół stulecia. Mamy też Svevę d’Avalos, członkinię potężnego rodu, skoligaconego z losami słynnego księcia Venosy.

No i mamy twórców muzycznych, głównie dwóch gigantów: Monteverdiego i Gesualda. O ile jednak ten pierwszy stanowi raczej postać pomnikowo obecną w tle (główny bohater umyka z Mantui w roku powstania Nieszporów, z Wenecji zaś w roku przybycia tam na stałe boskiego Claudio), o tyle Gesualdo ma poświęcony sobie osobny epizod. Tytuły jego utworów – wykonywanych między innymi przez wspomnianą rodzinę Basile – wymieniane są co rusz w uroczym spolszczeniu (podobnie rzecz się ma z Con che soavità Monteverdiego), mroczny kompozytor zaś ostatecznie oddaje ostatnie tchnienie na rękach naszego bohatera. Bohatera, który początkowo chce zostać muzykiem, lecz daje sobie prędko przemówić do rozumu i zajmuje się tym, co mu wychodzi najlepiej, czyli wydawaniem gazety.

I tu dotykamy kolejnej rzeczy wartej wzmianki. Bohaterowie Solfatary nie upierają się przy wielkich ambicjach i powziętych wizjach za wszelką cenę. Akceptują rzeczywistość. Dostosowują się do niej. Czy jest to osobisty pomysł na życie, czy próba odnalezienia się / przetrwania w trudnym czasie ludowej rewolucji – Hen zdaje się podkreślać wyższość świętego spokoju nad parciem na blichtr i karierę (które prawie zawsze niesie za sobą jakieś nieszczęście). Nie, nie jest to konformizm. To bardzo dzisiejsza recepta na niepopadnięcie w depresję i ataki paniki jeszcze przed trzydziestką. Ciekawe. I daje do myślenia.

A propos przed trzydziestką – interesujące jest położenie akcentu na fakt, jak wiele ważnych dziś spraw dotykało bohaterów siedemnastowiecznych w skrajnie młodym wieku. Jak choćby małżeństwo i płodzenie potomstwa. Mamy tu dziewczyny wydawane za mąż jako wczesne nastolatki, mające kilkoro dzieci przed dwudziestką. Mamy chłopców wchodzących w świat dorosłych – erotyczny i zawodowy – w wieku lat siedemnastu. Ale mamy i 23-letniego kardynała czy 27-letniego tyrana na czele rewolucji… W tej sytuacji punkt widzenia 51-letniego głównego bohatera nabiera dodatkowego waloru dystansu i wyważenia.

Pewnie do książki długo nie wrócę. Za to dzięki niej zabrałem się ze zdwojoną siłą do wgłębiania w biografie i twórczość paru jej kluczowych postaci, z moim obecnym faworytem, monsieur de Nomé na czele. Beksińskim 17 wieku. Jak to się stało, do diaska, że nie widać jego dzieł na okładkach płyt z muzyką Gesualda? I dlaczego nie chwali się wystarczająco głośno powieści Hena juniora? Pozostawiając powyższe pytania bez odpowiedzi, akceptując rzeczywistość, nabyłem kilka egzemplarzy powieści by sprezentować je przyjaciołom. Przynajmniej tyle.

A kto ciekaw, w jakich okolicznościach powstała neapolitańska pizza, będzie miał jeszcze jeden powód, by sięgnąć po Solfatarę. 🙂

L’usurpateur

Timothée Chalamet jako Elio Perlman.

Tak zagrałby to Busoni, gdyby zmienił wersję Liszta.

Elio do Olivera, grając Capriccio BWV 992 J. S. Bacha.

Gdy na scenę Dolby Theatre w Los Angeles wchodził prawie 90-letni James Ivory by, eksponując pod smokingową marynarką elegancką koszulę z nadrukiem podobizny płochego młodzieńca, odebrać Oscara 2018 za najlepszy scenariusz adaptowany, spięło się w jednym miejscu i czasie wiele wzruszających historii i tęsknot. To była jedyna statuetka, jaką zdobył film Call me by your name (polski tytuł: Tamte dni, tamte noce), lecz już ten fakt, podobnie jak nominacje do trzech innych kategorii (najlepszy film, najlepsza piosenka oryginalna, najlepszy aktor pierwszoplanowy) oraz wykonanie piosenki z filmu podczas gali wręczania Oscarów świadczyły o tym, że jesteśmy świadkami czegoś ważnego w historii kina.

Gdyż Call me jest filmem ważnym. Nakręcony za 3.5 miliona dolarów zarobił 42 miliony, pomyślany jako kameralny i niszowy stał się międzynarodowym hitem, poruszając tematykę LGBT w kontekście dojrzewania i pierwszej miłości dokonał niemożliwego: uczynił swój przekaz uniwersalnym i znaczącym dla każdego. Autorem tego sukcesu jest głównie Luca Guadagnino, zadeklarowany gej, ale przede wszystkim reżyser-erudyta, koneser kina dawnego, uparty realizator ambitnych projektów, w które angażuje się bez reszty. To on mistrzowsko poprowadził znakomitą ekipę aktorów, z których przynajmniej dwóch – Timothée Chalamet jako Elio i Michael Stuhlbarg jako jego ojciec – stworzyli w filmie role oskarowe; ale nie sposób nie wspomnieć i o Armie Hammerze w roli Olivera czy grającej matkę Elio Amirze Casar. To Gudagnino namówił ich wszystkich, by zamieszkali blisko jego ukochanej Cremy, gdzie film kręcono, by raczyć gości specjałami swej kuchni oraz pokazywać im w wolne wieczory klasyki filmowe ze swojej przepastnej kolekcji. To on odtworzył z detalami atmosferę i scenografię lat 80 w północnej Italii. Wybrał też pieczołowicie muzykę do filmu (w scenie strychowej z brzoskwinią, z tranzystorowego radyjka rozlegają się dźwięki przeboju Franco Battiato Radio Varsavia!), prosząc jednocześnie Sufjana Stevensa o dokomponowanie fantastycznych, klimatycznych piosenek. Guadagnino nie odpowiadał tylko za jedno, fundamentalne zadanie: filmową adaptację scenariusza.

Albowiem film bazuje na książce z 2007 roku pod tym samym tytułem, autorstwa André Acimana, opisującej uczucie rodzące się między 17-letnim Elio Perlmanem i starszym o siedem lat doktorantem goszczonym przez jego ojca-profesora w ich włoskiej rezydencji (w książce akcja ma miejsce w Ligurii w końcu lat 80, w filmie jest to Lombardia 1983 roku). Doktorant ów, Amerykanin Oliver, zajmuje pokój Elio („l’usurpateur” – syczy tenże w reakcji) odwzajemnia coraz bardziej widoczną miłość chłopaka, lecz po powrocie do kraju ulega presji otoczenia i wchodzi w tradycyjny związek małżeński. Aciman – żydowskiego pochodzenia profesor Uniwersytetu Nowojorskiego, mąż, ojciec trzech synów – przyznał w wywiadach, że powodem uczynienia bohaterami swej powieści dwóch mężczyzn była nie tylko chęć rynkowego przebicia się przez niezliczone romanse damsko-męskie, ale i własne rozterki okresu dojrzewania, kierujące jego zainteresowania ku własnej płci. Zbliżałby się tym samym do postaci ojca Elio, werbalizującego w zwalającym z nóg końcowym monologu podobne refleksje. Postać ojca jest tu o tyle kluczowa, że roztacza aurę nierealnej wręcz mentalnej przystani akceptacji dla syna, dla rodziny, dla uczuć wszelakich, a wszystko to dzieje się w oparach domu przesyconego intelektem i erudycją. Guadagnino zaprosił nawet niespodziewanie Acimana do odegrania roli esktrawaganckiego znajomego rodziny Perlmanów, pojawiającego się epizodycznie z własnym, a jakże, partnerem. Książka obejmuje większy niż film obszar czasowy, w epilogu wybiegając kilkadziesiąt lat w przyszłość obu bohaterów; wprowadza również więcej postaci i wątków (na przykład więcej w niej mowy o żydowskim pochodzeniu obu bohaterów, więcej wątków muzycznych, czysto felliniowski rozmach opisu podróży kochanków do Rzymu) niż widzimy to w filmie. Lecz dzieje się tu kolejna magiczna rzecz – obie rzeczywistości, książkowa i filmowa, stanowią równie wartościowe byty, nie wchodząc sobie w paradę. A to już wielka zasługa Jamesa Ivory’ego.

Ivory był pomyślany przez Guadagnino i producentów filmu od samego początku jako autor adaptacji scenariusza. Sam będąc reżyserem ambitnych produkcji-klasyków (Pokój z widokiem, Powrót do Howards End, Maurycy), miał za sobą satysfakcjonującą karierę oraz – co nie bez znaczenia – wzruszający, 44-letni związek z indyjskim producentem i reżyserem Ismailem Merchantem, trwający aż do śmierci tego ostatniego. Doskonale wiedział, co zrobić, by kinowo uwiarygodnić historię gejowską napisaną przez pisarza hetero. Podobno uwiarygodnił ją zresztą nieco zbyt dosadnie, co zostało ostatecznie złagodzone po protestach odtwórców głównych ról. Nie zmienia to faktu, iż uczynił to wszystko z mistrzostwem wystarczającym, by otrzymać pierwszego w swoim życiu Oscara. Nie za własny film, nie za własny scenariusz – za scenariusz adaptowany, jako najstarszy laureat Oscara w historii. Wychodził na scenę Dolby Theatre dzierżąc z godnością tę świadomość oraz całą swoją przeszłość, przy histerycznej owacji widowni, a oddając w koszuli z podobizną Elio honory ekipie filmowej, nie zapomniał wspomnieć miłości swego życia, Ismaila Merchanta.

Wiele było głosów kwalifikujących Call me jako tytuł sezonowy, banalną historię miłosną czy nieudaną próbę odtworzenia klimatu filmów z dzieciństwa reżysera. Głosy te wydają się być pozbawione słuszności. Film rośnie z czasem, poszczególne sceny dawno stały się kultowe, kreacja Timothée Chalameta przechodzi do historii kina, muzyka wzbudza zasłużony zachwyt. Jednym w pamięci pozostanie fortepianowe odmienianie przez Elio muzyki Bacha przez przypadki późniejszych kompozytorów, innym jego nieobyczajna zabawa z soczystą brzoskwinią, podstawy do wdzięcznych wspomnień będą mieć i ci, którzy zapamiętali wspomniany monolog ojca Elio na temat traconej z wiekiem zdolności do przeżywania emocji. Mnie rozbija na kawałki zwłaszcza jedna scena – gdy Elio rozpłakuje się do słuchawki telefonu, dzwoniąc do matki z dworca, na którym pożegnał Olivera. Takiego wzruszenia przy lekturze książki doznałem dopiero czytając jej dosłownie ostatnie zdanie – to jeszcze raz potwierdza, że oba dzieła żyją każde własnym, samodzielnym życiem. Wdzięczność za te wzruszenia zawiodła mnie zresztą turystycznie do Cremy – przywitany deszczem, żegnany tam byłem jakże znaczącą tęczą. Pewnie kiedyś wrócę do tego uroczego miasteczka. Do książki i do filmu będę zapewne wracał jeszcze nie raz. Twórcy zapowiedzieli niedawno nakręcenie sequela, na niego też czekam z niecierpliwością.

Jedzmy brzoskiwnie, pielęgnujmy emocje 🙂