Wieżowce festiwalove

Mateusz Banasiuk w Płynących wieżowcach, 2013.

No ładny jesteś… Kurwa, ładny jest!

Sylwia do Michała, płynące wieżowce, 2013.

„Przecież to film ewidentnie festiwalowy” – ta fraza, ten wygodny ekskjuz dominował ognistą dyskusję, jaka wywiązała się między mną i dwójką przyjaciół po seansie Matthiasa i Maxime’a Xaviera Dolana kilka tygodni temu. Zwrot ten stanowił bezpieczny bufor, tarczę ochronną dla argumentów dwóch – powiedzmy stron. Byłem bowiem sam po stronie sceptyków („ale OK, to film festiwalowy, nie można wymagać w nim logiki, realizmu i satysfakcjonujących dopowiedzeń”) wobec pary entuzjastów („no hej, to film festiwalowy, nie możesz wymagać w nim oczywistych reguł i dopowiedzeń”). Pozostaliśmy przy swoich stanowiskach, osłodziliśmy spory kawą i ciastkiem, w duchu życzyłem sobie, by film urósł mi nieco z czasem, tak jak to się dzieje często w podobnych przypadkach.

Nie do końca tak się stało, choć utrwalił mi się jako dzieło w sumie niezgorsze. I rzecz rozpłynęłaby się w mglistej niepamięci, gdybym w ramach nadrabiania zaległości nie obejrzał wczoraj innego dobitnego przykładu kina festiwalowego, w dodatku również queerowego, co więcej – polskiej produkcji. Powstał on w 2013 roku, czyli jeszcze przed wszystkimi opisywanymi przeze mnie filmami-braćmi dolanowskiej produkcji (Sauvage, Call me by your name, God’s Own Country, Gerontofilia, Yongens), ale to on właśnie ukoił w końcu moje poszukiwania stosownego kontekstu dla Matthiasa. Chodzi o głośne Płynące wieżowce Tomasza Wasilewskiego, o których obecnie jest równie cicho, jak onegdaj było głośno. Oba filmy, obejrzane w tej właśnie kolejności, zdają się wręcz sugerować, iż Dolan jest zaledwie festiwalowym, mniej zdolnym uczniem Wasilewskiego, i będę bronił tej tezy jako wcale dla tego pierwszego niekrzywdzącej.

Już komentarze pod filmem (znalezione na jednym z serwisów streamingowych) wskazują na rzeczoną festiwalowość. „Nie! Kur## czemu przerwali w takim momencie?! Co będzie z Michałem? Błagam ludzie bez jaj! Ryczę ;_;” – mogłoby groźnie zapowiadać, że ktoś umieścił tam film ucięty, pozbawiony zakończenia. Pozostałe komentarze, z powtarzającym się „beznadziejny koniec”, uspokajają jednak nasze obawy – jesteśmy na tropie filmu festiwalowego. W moim przypadku raczej mnie to zachęciło do obejrzenia, i nie żałuję.

Płynące wieżowce faktycznie miały swoją premierę na festiwalu filmowym, i to nie w Polsce a w Nowym Jorku (Tribeca Film Festival, kwiecień 2013), w lipcu pokazano go na festiwalach w Karlowych Warach i Wrocławiu, a dopiero w listopadzie wszedł na ekrany kin. Zyskał szereg nominacji i kilka nagród, zaś recepcja komercyjna nie spełniła chyba oczekiwań twórców. Krytycy również byli podzieleni („napuszony gejowski harlequin” – takie głosy można spotkać w sieci). Ja pamiętam ogromny banner reklamujący film, zakrywający dużą część kamienicy w samym centrum Warszawy, głośno też było o powieszeniu kolejnego na przeciwko balkonu siedziby Frondy. Może gdybym obejrzał ten obraz właśnie wtedy, przeżyłbym rozczarowanie. Dziś, właśnie dzięki filmom wspomnianym dwa akapity wyżej, dzięki Dolanowi, doceniam jego niezaprzeczalną wartość dla polskiej kinematografii LGBT.

Co mamy w środku? Mamy błahą historię (on kocha ją, ale zakochuje się także w innym, ona to dostrzega i nie odpuszcza), mamy jej nierealne przeprowadzenie (sceny z trojgiem bohaterów prowokują do wołania: no way!), mamy sprawne nakreślenie charakterystyki postaci, mamy bezlitosne urwanie akcji w najmniej spodziewanym, a rozpaczliwie wymagającym rozwiązania momencie, mamy też wyjątkowo śmiałe potraktowanie cielesności domyślnej (seks oralny w toalecie) i tej dosłownej (główny bohater i jego dziewczyna nie mają przed nami sekretów w zakresie nieskrępowanej nagości). Mamy świetne, nieoczywiste kreacje aktorskie: niedostępny i miotający się Mateusz Banasiuk, oszczędna w ekspresji, zimna Marta Nieradkiewicz, grający tylko i aż urodą Bartosz Gelner oraz szereg ról pomniejszych. Mamy jednak przede wszystkim dwie rzeczy wybijające się ponad wszystkie poprzednie: oszałamiające zdjęcia szarej, nowoczesnej i PUSTEJ Warszawy oraz przygnębiający obraz sytuacji osób homo w wielkim mieście wielkiego kraju w centrum Europy. I o ile piękne zdjęcia zdarzyć się mogą w każdym filmie, to już ta druga kwestia zdecydowanie zasługuje na wyróżnienie. Co więcej – według mnie tłumaczy ona również zakończenie filmu.

Albowiem w Wieżowcach rzeczywistość skrzeczy. Albowiem nie jest wesoło. Jest ponuro wręcz. A żarty i zabawy w „tolerancję” kończą się, gdy przychodzi skonfrontować się z ową rzeczywistością. Dziewczyna głównego bohatera, uczestnicząca w towarzyskim życiu młodej, „otwartej” Warszawki, nie ma żadnych skrupułów, by wszelkimi sposobami stanąć na drodze do szczęścia dwóch chłopaków, gdy tylko w grę wchodzi jej strata. Matka tegoż bohatera, toksycznie w nim zakochana, bezwzględnie staje po stronie tejże dziewczyny, mimo że wcześniej jawnie jej nie znosiła. Matka drugiego z chłopaków, wiedząca o nim i starająca się być „nowoczesną”, prędko traci grunt pod nogami w kwestii własnej otwartości, drżąc przed reakcją swego męża. Wszyscy bez wyjątku bohaterowie filmu mają kolosalny problem z mówieniem o swoich uczuciach, a temat homo jest tematem skrajnie tabu. Szafa, w której siedzą polscy geje pęka w szwach, a jednak każda próba wyjścia z niej by żyć w zgodzie ze swoją naturą, obarczona jest wysokim ryzykiem utraty poczucia bezpieczeństwa, odrzucenia, emocjonalnej i fizycznej napaści ze strony najbliższych, o tych niebliskich nie wspominając. Wasilewski mówi: z tej szafy wychodzić jeszcze nie warto, nie w tych okolicznościach, dyskusja na tematy obyczajowe w Polsce nie jest nawet otwarta – ona się jeszcze w ogóle nie zaczęła.

W tym kontekście porzucanie fabuły w momencie tak tragicznym, jak to jest ukazane w Wieżowcach, jest jak najbardziej uprawnione. Tysiąc razy bardziej, niż w festiwalowym na siłę zakończeniu u Dolana. Wasilewski mówi wyraźnie: jakiego chcecie zakończenia, jeżeli wciąż robicie sobie wzajemnie takie rzeczy? W takich warunkach tej historii kończyć nie warto. Boli, bo ma boleć.

Owszem, widzę też cień słabizny. To wspomniane sceny dziejące się między całą trójką głównych bohaterów. Nie potrafię sobie wyobrazić w życiu tak pokracznie nieudolnego współistnienia dziewczyny, chłopaka i jego chłopaka, nie rozumiem komplikowania ponad miarę tej prostej w sumie sytuacji. Ale mogę się mylić. Wszak to kino festiwalowe. Moim zdaniem jednak bardziej przekonujące, niż to firmowane przez pupilka gatunku, panicza Xaviera. Na przykład w scenie, w której główny bohater rezygnuje z wyścigu pływackiego w trakcie zawodów, nurkując w bezruchu w głębinie basenu – scenie, która genialnie przechodzi w rozmowę z trenerem, której treści nie słyszymy, gdyż na pierwszym planie mamy ćwiczącą w tejże głębinie dziewczęcą drużynę pływania synchronicznego. Scenie jakże bardziej przejmującej, niż zagubienie się w wodach jeziora dolanowskiego Matthiasa.

Wczoraj obejrzałem świetne kino rangi międzynarodowej. Niewyobrażalnie smutne, ale świetne.

A dla Mateusza Banasiuka – za warsztat, za odwagę, za warunki fizyczne – ogromny szacunek.

1.11.11

Srebrna kopiejka Władysława Wazy, Moskwa 1610-1612.

Czasem strun tysiąca brzęk słyszę wokół siebie; czasem głosy, które, choć ze snu bym powstał długiego, ukołysałyby mnie znów.

William Shakespeare: Burza, 1611.

Gdybym miał ulec pokusie stworzenia pojedynczego wydania hipotetycznego portalu newsowego, ale przeniesionego w czasie do konkretnego momentu w historii, wybrałbym rok 1611 – datę wydania drukiem dzieł Mikołaja Zieleńskiego oraz orientacyjny dzień 1 listopada, jako najdogodniejszą perspektywę dla newsów z tego roku. Oczywiście zachowałbym polski punkt widzenia oraz w miarę dzisiejszy język, przenosząc większy ciężar na wiadomości kulturalne. Przy odrobinie wyobraźni, można wystawić sobie graficzny obraz takiej strony głównej, okraszonej zdjęciami/obrazami, podzielonej na zwyczajowe działy, z doniesieniami z kraju i ze świata, notowaniami walut, prognozą pogody, reklamami etc. Tu proponuję ledwie wstępną przymiarkę do takiego zamysłu. A więc…

KRAJ

Hołd ruski w Warszawie. Wielki sukces polityczny dworu warszawskiego, w dwa lata po rozpoczęciu konfliktu zbrojnego z Rosją i po oficjalnej elekcji królewicza Władysława (16 l.) na tron moskiewski w sierpniu ubiegłego roku, 29 października do Warszawy przybyli car Wasyl Szujski (59 l.) i jego bracia, Dymitr (51 l.) i Iwan (wiek nieznany) by złożyć oficjalny hołd. Tym samym Rzeczpospolita obejmuje największe w swojej historii terytoria, podtrzymując status europejskiego mocarstwa. Wydarzenie zdecydowanie umacnia pozycję hetmana Stefana Żółkiewskiego (64 l.), sprawującego w imieniu Władysława władzę w Moskwie. Na 16 listopada zapowiada się kolejne wydarzenie tego rodzaju – tym razem lennictwo ma potwierdzić elektor brandenburski, Jan Zygmunt Hohenzollern (39 l.).

Poznań ma swój uniwersytet. Król Zygmunt III (45 l.) podniósł do rangi uniwersytetu poznańskie Kolegium Jezuickie, organizowane w latach 1571-1578 przez rektora Jakuba Wujka. Miasto zyskało dzięki temu naukowy prestiż i z nadzieją patrzy w przyszłość.

Marny los Tyszkiewicza. Za sprawą królowej Konstancji, drugiej żony króla Zygmunta, dochodzi do zwrotu w procesie Iwana Tyszkiewicza. Dumny przedstawiciel braci polskich ma pod groźbą śmierci przejść na katolicyzm. Istnieją doniesienia o torturowaniu uwięzionego. Królowa, pytana o szczegóły, twierdzi, że modli się w intencji oskarżonego podczas obu mszy, w których codziennie bierze udział. Koniec procesu zapowiadany jest na 16 listopada.

OPINIE

Smoleńsk – co dalej? Niekwestionowane zwycięstwo jakim było 13 czerwca tego roku zdobycie Smoleńska nie zmniejszyło oporu bojarów względem planów króla Zygmunta co do tronu moskiewskiego, choć z pewnością stanowiło znaczący krok w kierunku stabilizacji polskiego panowania w Rosji. Pretensje do tego samego tronu wysunięte przez króla Szwecji Karola IX wygasły właśnie z uwagi na śmierć władcy. W samym Smoleńsku król Zygmunt powołał katolickie biskupstwo, a na 6 listopada planowane jest nadanie miastu prawa magdeburskiego, regulującego wiele kwestii dotyczących handlu i funkcjonowania metropolii.

Rozejm ze Szwedami utrzymuje się. Zakończona w bieżącym roku wojna szwedzka o Inflanty trwała długie jedenaście lat i mimo znaczących zwycięstw Rzeczypospolitej – jak na przykład wiktoria pod Kircholmem w 1605 roku – nie doprowadziła do większych sukcesów. Dlatego zawarty w kwietniu rozejm uznać należy za satysfakcjonujący, zwłaszcza w obliczu trwającego od dwóch lat konfliktu z Rosją. Nie jest łatwo przyjąć do wiadomości, iż toczymy spory z państwem, którego głowa wywodzi się z tej samej dynastii, co nasz król Zygmunt.

Katolicka supremacja. Nie milkną echa zamieszek religijnych w Wilnie. Przypomnijmy: 30 czerwca w miejscowym ratuszu stracono włoskiego kalwinistę Franco de Franco, zaś 2 i 3 lipca grupa katolickich fanatyków spaliła ewangelicką świątynię i pobiła duchownego, Marcina Tertuliana, który na skutek odniesionych obrażeń zmarł. Wpływ pobożności królowej Konstancji na nastroje społeczne wydaje się przybierać niepokojącą postać.

ŚWIAT

Nie żyje Karol IX Waza, król Szwecji. W wieku 61 lat odszedł władca zasiadający na tronie w Sztokholmie od 1604 roku, wcześniej (od 1599) regent królestwa. Za jego czasów rozgorzał konflikt między Szwecją a Polską, prowadzący do trwającej aż do tego roku wojny, zakończonej rozejmem. Następcą Karola ogłoszony został Gustaw II Adolf (17 l.).

Sukces Biblii Króla Jakuba. W Londynie umacnia się ruch protestancki, przypieczętowany wydaną w maju Biblią Króla Jakuba. Nie jest to pierwszy przekład angielski Pisma Świętego – wcześniej ukazały się Biblia Biskupów (1568), Biblia Genewska (1560) oraz The Great Bible (1539). Jednak to tegoroczny, najnowszy przekład wydaje się najbardziej odpowiadać potrzebom rynku, co z pewnością wywrze stosowny wpływ na kulturę i sztukę na wyspach.

NAUKA

Plamy na Słońcu. Holenderscy astronomowie, ojciec i syn, David (47 l.) i Johannes (24 l.) Fabriciusowie jeszcze w lutym zaobserwowali zjawisko plam na Słońcu. Niedawno opublikowali wyniki swoich obserwacji w naukowej rozprawie Narratio de Maculis in Sole observatis, et apparente earum cum Sole conversione. Podobne wnioski odnotował angielski uczony Thomas Harriott (51 l.) oraz znakomity Włoch, Galileusz (47 l.). Po odkryciach dotyczących obserwacji Księżyca, trwa wyścig w ogłaszaniu nowin o naszej gwieździe, która według rewolucyjnej teorii widniejącego na indeksie Mikołaja Kopernika, stanowi punkt odniesienia dla krążącej wokół niej Ziemi. Najbliższe lata przyniosą zapewne więcej doniesień w tej dziedzinie, my przypominamy tylko, iż jeszcze w 1600 roku, za głoszenie herezji „heliocentrycznej”, spalono na stosie Giordano Bruno.

KULTURA

Wspomnienie: Tomas Luis de Victoria. 27 sierpnia bieżącego roku odszedł jeden z najwybitniejszych współczesnych kompozytorów, Tomas Luis de Victoria (1548-1611), po odejściu Rolanda de Lassus i Giovanniego Pierluigi da Palestrina ostatni wielki przedstawiciel polifonii w starym stylu. Był jednocześnie jednym z najpłodniejszych twórców – pozostawił po sobie 20 mszy, 18 Magnificat, liczne psalmy, responsoria i motety. Przyczynił się walnie do sukcesu kontrreformacji na dworze hiszpańskim.

Sukces Mikołaja Zieleńskiego w Wenecji. Urodzony w Warce polski kompozytor (wiek nieznany) zadebiutował dwoma zbiorami utworów liturgicznych w oficynie Jakuba Vincentiego w Wenecji. Właśnie ukazały się drukiem Offertoria et Communiones totius anni. Dzieła tam zawarte reprezentują zarówno starszy styl komponowania, jak i najnowsze zdobycze akompaniowanej monodii oraz modne utwory polichóralne. Życzymy autorowi wielu kolejnych sukcesów oraz wspaniałych wykonań wydanych dzieł.

Burza w Londynie. Trwają ostatnie przygotowania do dzisiejszej premiery Burzy, kolejnej komedii Williama Shakespeare’a (47 l.). The Tempest wystawiona zostanie w Pałacu Whitehall; tradycyjnie, w przedstawieniu wszystkie role będą kreowane przez mężczyzn (The King’s Men), wykonawcom towarzyszyć będzie kameralny zespół muzyczny. Nasz brytyjski korespondent donosi, iż będzie to pierwsze dzieło angielskiego mistrza, w którym zachowana jest zasada jedności czasu, miejsca i akcji. Relacja z premiery już wkrótce.

Muzyka mroku z Gesualdo. Carlo Gesualdo, książę Venosy (45 l.), kontynuuje publikację drukiem własnych dzieł, wydając w tym roku Szóstą księgę madrygałów na pięć głosów oraz zbiór Responsoriów na Wielki Tydzień na głosów sześć. Tylko tak niezależny finansowo twórca może sobie pozwolić na ekstrawagancje harmoniczne i kontrapunktyczne, jakie zawiera jego muzyka, nieporównywalna z niczym innym, co się obecnie na świecie pisze. Mówi się, że na stylu księcia piętno odciska mroczna przeszłość związana z zabójstwem żony i jej kochanka. My pozostajemy przy czysto muzycznej ocenie tego fenomenu – wydaje się, że mało kto dziś zechce wykonywać tak stylistycznie kontrowersyjne kompozycje.

Prozerpina w Mantui. Trwa szalona moda na pisanie dramatycznych dzieł scenicznych z udziałem muzyki, w czym prym wiodą ośrodki włoskie. Na dworze Gonzagów w Mantui, po sukcesie Orfeusza (1607) i Ariadny (1608) Claudio Monteverdiego (44 l.) wystawiono dzieło jego brata, Giulio Cesare (38 l.) pod tytułem Porwanie Prozerpiny. Polski królewicz Władysław wykazuje znaczne zainteresowanie nowinkami muzycznymi z Południa, podobno jego marzeniem jest sprowadzić któregoś z braci Monteverdi do Warszawy.

Kiedy polskie Spem in alium? Ten sam korespondent brytyjski opowiada o liście, jaki otrzymał od pewnego prawnika, Thomasa Wateridge’a (wiek nieznany), w którym przywołuje on pewną anegdotę związaną z pierwszym wykonaniem niezwykle modnego Spem in alium, zdumiewającej, 40-głosowej kompozycji Thomasa Tallisa (1505-1585) w latach 70 ubiegłego stulecia. Nadmienia w nim także okoliczności, w jakich Tallis mógł zapoznać się z podobnie monstrualnymi utworami z kontynentu, prawdopodobnie autorstwa Alessandro Striggio (1536-1592). Podczas owego pierwszego wysłuchania Spem in alium książę Norfolk miał rzekomo zdjąć z szyi złoty łańcuch i wręczyć go kompozytorowi. Niech to będzie zachętą dla naszych twórców do skomponowania podobnych dzieł. Sukces Mikołaja Zieleńskiego w Wenecji pozwala tu z nadzieją patrzeć w przyszłość.

GOSPODARKA

Polska moneta w Moskwie. Trwa kontynuacja bicia srebrnej kopiejki z wizerunkiem cara Władysława Wazy w Moskwie. Planowane jest również bicie tej monety w złocie oraz srebrnej kopiejki nowogrodzkiej. To kolejny krok w umocnieniu władzy polskiej na tronie moskiewskim.

KRONIKA TOWARZYSKA

Wkrótce imieniny księżniczki Cecylii. Dwór Habsburgów donosi o doskonałym zdrowiu urodzonej 16 lipca w Grazu księżniczki Cecylii, córki cesarza Ferdynanda II (33 l.) i Marii Anny Wittelsbach (37 l.). Rodzicom winszujemy pomyślnej realizacji planów związanych z królewskim potomkiem – kto wie, może to przyszła partia dla naszego księcia Władysława?

Radość w Nevers. To był rok księżniczek. Urodzona 18 sierpnia w Nevers potomkini sławnego rodu Gonzagów, Ludwika Maria, córka księcia Karola Gonzagi (31 l.) i Katarzyny de Guise (26 l.), sprawia wiele radości znakomitym rodzicom. Mamy nadzieję, iż pojawi się okazja, by mała Ludwika odwiedziła kiedyś ziemie polskie.

Pokusa tworzenia podobnych symulacji dotyczy także kilku innych ciekawych dat z przeszłości, do zrealizowania. 🙂

Basilissa

Domenichino: Dziewica z jednorożcem, fresk z Palazzo Farnese w Rzymie, 1604.

Ma wielki nos, duże błękitne oczy, jasne brwi i podwójny podbródek, na którym wyrasta kilka kępek brody.

Maximilien Misson o 62-letniej Krystynie, 1688.

Mało kto w historii nowożytnej złupił tyle dzieł sztuki, co Szwedzi podczas wojen w siedemnastym wieku. Jednocześnie mało kto przysłużył się ówczesnej kulturze tak, jak królowa Krystyna Szwedzka (1626-1689) z rodu Wazów. W stuleciu konfliktów religijnych mało było również osób tak wyzwolonych i otaczających się kontrowersyjnymi postaciami, jak ona właśnie.

Wstąpiła na tron jako sześciolatka, więc przez dwanaście lat wyręczał ją w rządach kanclerz o dźwięcznym imieniu Axel Oxenstierna. Mogła mieć w nosie toczącą się właśnie w najlepsze wojnę trzydziestoletnią, największy konflikt paneuropejski przed dwudziestym wiekiem, w której Szwedzi brali znaczący udział, łupiąc ziemie czeskie i niemieckie z czego tylko się dało. Zamiast tego wiodła nieskrępowany żywot chłopczycy, noszącej się z męska, zachowującej po męsku i kichającej na konwenanse. Ster rządów przejęła realnie w roku 1644, w sam raz, by błyszczeć w chwili podpisywania pokoju westfalskiego (1648). W potopie szwedzkim na ziemiach polskich również nie brała udziału, abdykując w 1654, rok przed jego początkiem. Oficjalnym powodem abdykacji była konwersja na katolicyzm, choć można przypuszczać, że bardziej uwierała ją presja małżeństwa z kuzynem, Karolem Gustawem, na rzecz którego ustępowała, lecz za mąż nie wyszła. Nie żeby odpychała ją perspektywa tak bliskiej relacji krwi – po prostu od relacji z mężczyznami wolała spędzać czas ze swoją ukochaną od 1644 roku, damą dworu Ebbą Sparre. A może i generalnie męczyła ją wielka polityka (choć ubiegała się też bez sukcesu o tron Neapolu i Polski) i wolała poświęcić się sztuce.

To właśnie był paradoks Krystyny. Postrzegana przez otoczenie jako grubiańska, nosząca męskie szaty i wciąż szukająca guza androgyniczna troglodytka, w kwestiach literatury czy muzyki pozostawała jedną z największych krzewicielek kultury gdziekolwiek się pojawiła. Już nie wystarczy, że po abdykacji, podczas podróży na „wygnanie” ułożono na jej cześć dwie opery (L’Argia Marc’ Antonio Cestiego, na okazję jej oficjalnego przyjęcia katolicyzmu w Insbrucku, 1655 oraz Vita Humana Marco Marazzolego, na jej uroczyste powitanie w Rzymie w 1656). Gdy tylko osiadła ze swym 255-osobowym dworem w Palazzo Farnese, zainicjowała coś niezwykle brzemiennego w skutki – założyła salon literacko-muzyczny, wzorowany na lożach wolnomularskich, nazwany Accademia dell’Arcadia. Jej uczestnicy – „pasterze” – spotykali się zwykle we środy i dyskutowali otwarcie na tematy związane ze sztuką. Wszyscy przyjmowali pseudonimy, a cała organizacja miała charakter iście demokratyczny.

Muzykami, których hołubiła w Rzymie Krystyna, byli między innymi hulaszczy Alessandro Stradella, ojciec opery neapolitańskiej Alessandro Scarlatti i wielki innowator na gruncie muzyki instrumentalnej Arcangelo Corelli. Ten ostatni, żyjący w dwudziestoletniej relacji ze skrzypkiem, Matteo Fornarim, mógł liczyć na specjalne względy i zrozumienie u kontrowersyjnej królowej. Wykazywała ona zresztą otwartość i w innych kwestiach. Pisała na przykład list do Ludwika XIV, ujmując się za gnębionymi w Paryżu Hugenotami, w Rzymie zaś broniła uciśnionych Żydów. Z kolei to jej polskim koneksjom rodzinnym możemy zawdzięczać takie dzieła, jak San Casimiro, re di Polonia Alessandro Scarlattiego, protegowanego Krystyny. W 1671 roku królowa założyła pierwszy publiczny teatr w Rzymie, w miejscu dawnego więzienia Tor di Nona. Stale kolekcjonowała dzieła sztuki, w tym spory zbiór malarstwa.

Krystyna zgasła w roku 1689. „Królowa bez włości, chrześcijanka bez wiary i kobieta bez wstydu”, jak pisał o niej jeden z papieży. Prosiła o skromny pogrzeb, lecz prośby tej nie posłuchano. Zwłoki, zabalsamowane i pokryte białym brokatem, z twarzą zakrytą srebrną maską, z pozłacaną koroną na głowie i berłem w dłoni, wystawiono na kilkudniowy widok publiczny w Palazzo Riario, następnie złożono do potrójnej trumny (cyprysowa, włożona w ołowianą, włożona w dębową) i pochowano – jako jedną z trzech kobiet w historii – w Grotach Watykańskich. Już rok później, na jej cześć powołano drugą Akademię Arkadyjską, czyniąc Krystynę symboliczną, honorową Basilissą (królową). Ta druga instytucja przetrwała ponad dwa stulecia i jest często mylona z poprzednią organizacją. To do tej drugiej Akademii należał kwiat polskiej arystokracji, w tym, jako jedna z pierwszych, od 26 września 1699 roku, wdowa po królu Janie III Sobieskim, Maria (Marysieńka) Kazimiera d’Arquien (pseudonim: Amirisca Telea). Mogła ona w gronie współbraci-pasterzy wysłuchać na przykład znakomitego oratorium Jerzego Fryderyka Haendla Il Trionfo del Tempo e del Disinganno (1708), czego królowa Krystyna z pewnością by jej pozazdrościła. Choć, gdyby żyła, może stanęłaby po stronie nieszczęsnego Corellego, który podobno ostro protestował przeciw wykonaniu dzieła, a to z powodu wpisanej w partii skrzypiec niespotykanie wysokiej nuty „a” oktawy trzykreślnej, co młodzian Haendel zgasił krótko demonstrując mu tę nutę osobiście.

Postać Krystyny stanowiła inspirację do powstania licznych dzieł literackich czy filmowych, na czele z kultową Królową Krystyną z roku 1933 z udziałem Grety Garbo. Film był jak na swoje czasy odważny, nie pomijał wątków homoerotycznych, łagodząc je jednocześnie wyssaną z palca historią miłości do niejakiego Antonio. Niestety, historia urywa się w nim, podobnie jak w odważniejszym The Girl King (2015) w momencie abdykacji królowej. Myślę, że dojrzeliśmy w końcu i do tego, by oczekiwać wysokobudżetowego, hollywoodzkiego lub europejskiego, pełnokrwistego i całościowego filmowego portretu Krystyny, z dychotomią wyglądu i manier z jednej strony oraz oddania sztuce z drugiej. Miło by było ujrzeć w takim obrazie, obok Ebby i innych miłości królowej, także stadło Arcangela i Matteo, którzy mają małe szanse doczekać własnego filmu. Casting na główne role uważam za otwarty. 🙂

A pozostałe dwie panie leżące w Grotach, to Matylda z Canossy – TEJ Canossy – (1046-1115) oraz… Maria Klementyna Sobieska (1701-1735), wnuczka Jana III i Marysieńki, żona Jakuba Stuarta.