Omnipotens

Pierwsze wydanie Poloneza op. 89 Ludwiga van Beethovena.

Der Ewigkeit saphirnes Haus zieht, Fürstin, deine heitern Blicke von unsrer Niedrigkeit zurücke

J.C. Gottsched / J.S. Bach: aria z BWV 198.

11 listopada to data prowokująca do poszukiwań. Głównie poszukiwań powodów dumy narodowej. Gdy na ulicach pojawiają się przemarsze, w muzyce na tapet wjeżdża zwykle Chopin i Moniuszko, a rodzimych autorów wcześniejszych usilnie przyrównuje się do pozycji ich sławniejszych europejskich rówieśników. W listopadowe święto Polski, od udziału w tej czy innej manifestacji (ulicznej czy werbalnej) zdecydowanie wolę zadumać się nad fenomenem, jakim był „styl polski” w muzyce przedchopinowskiej. I wciąż upieram się, iż jest to dużo większy powód do patriotycznej satysfakcji, niż wynajdowanie na siłę polskich Monteverdich, Bachów czy Mozartów. Możliwe nawet, iż zjawisko to jest donioślejsze niż rola wspomnianego Fryderyka i Stanisława. Gdyż my w tej dziedzinie dosłownie rządziliśmy, choć nie zawsze chcemy sobie z tego zdawać sprawę.

Oczywiście, żadna to wiedza tajemna. Polonez wypłynął na europejskie salony na początku 18 wieku lub nawet jeszcze wcześniej. Znamy wiele klawiszowych polonezów z okresu 1750-1800, znamy fragmenty większych form, opatrzone dopiskiem Polacca. Znamy Polonaise z 2 Suity orkiestrowej Bacha, znamy wspaniałe trzy polonezy Beethovena: fortepianowy op. 89, na trio smyczkowe z Serenady op. 8 oraz finał Koncertu potrójnego op. 56. Drugi Koncert klarnetowy Webera op. 74 kończy się pysznym Alla Polacca. Lecz czy to wystarczy, by mówić górnolotnie o jakiejś dominacji czy choćby znaczącym wpływie na ówczesną twórczość? Sęk w tym, że nie należy poprzestawać na specjalnie oznaczonych polonezach, a szukać ich przede wszystkim tam, gdzie dopisku Polacca nie było. Wówczas skala zjawiska może nas zadziwić. A następnie przepełnić dumą.

Jaka to skala? Zależy, jak szeroko zdefiniujemy idiom poloneza oraz czy dopuścimy do świadomości, że kompozytorzy lubili mieszać różne style i idiomy. Polonezowi względnie blisko było i do sarabandy, i do menueta, i fandango i hornpipe. Zdając sobie sprawę, iż wiele przypadków można uznać za sporne, warto zaliczyć do polonezów nawet takie właśnie, gdyż naprawdę wiele zależy wówczas od samego wykonania. A jeżeli jakiś prawie-menuet lub hornpipe nadaje się do wykonania w stylu polskim – tym lepiej dla nas! Czego nas uczy pobieżna nawet kwerenda teorytycznie dobrze znanych partytur? Na przykład w dwustu zachowanych dziś kantatach sakralnych Bacha znalazłem aż 85 fragmentów mniej lub bardziej zachowujących styl polski. Proponuję posłuchać pod tym kątem choćby arii tenorowej Der Ewigkeit z Trauer Ode BWV 198, altowej arii Ein ungefärbt Gemüte BWV 24, również altowej Ich sehe schon im Geist BWV 43, Sinfonii i chóru Die Himmel Erzählen BWV 76, duetu na sopran i alt Gottes Wort BWV 167 czy niepozornego fragmentu słynnej Jauchzet Gott BWV 51 – Sei Lob und Preiss. A gdy przyjrzymy się większym dziełom oratoryjnym JSB, znajdziemy fragmenty Polacca w obu pasjach, w Wielkiej mszy, w Weihnachts-Oratorium, w Magnificat… Czymże innym, jak nie polonezem jest początek motetu Singet dem Herrn BWV 225?

Warto przeanalizować właśnie dzieła wokalne osiemnastowiecznych kompozytorów, kolosalne źródło radości z odkrywania kolejnych ukrytych polonezów. Opery Haendla? Tylko trzy z nich NIE posiadają fragmentu w stylu polskim, a już dwie najpiękniejsze arie z tak monumentalnego zbioru haendlowskich polonezów – Se la mia vita z Ezio oraz Senza procelle ancora z Poro – wystarczą, byśmy zacmokali z podziwu. Muzyka sakralna Mozarta? W sumie sześćdziesiąt fragmentów, z takimi petardami, jak chór Credo z Wielkiej mszy c-moll K. 427 czy Recordare Jesu pie z Requiem K. 626 na czele. Coś Vivaldiego? Choćby Et in erra pax z Gloria RV 598 czy Gloria Patri z Nisi Dominus RV 608. Kto zresztą poznał również w dużej dawce twórczość pomniejszych kompozytorów mszy i motetów doby galant i klasycyzmu, ten wie, że nie mogły się one właściwie obyć bez chóru lub arii pomyślanej jako Polacca, Mozart, Haydn (Kyrie z Mszy nelsońskiej!) i Beethoven wpisywali się po prostu w powszechną modę. Czynił to jeszcze i Schubert, na przykład w dramatycznym fragmencie Domine Deus swojej Mszy Es-dur D. 950.

Kolejne wybitne przykłady wymieniać można dziesiątkami: arie z oper Vinciego (na przykład Se soffia irato il vento z Ernelindy), Rameau (fantastyczna Un horizon serein z Boreades), Hassego (Se trova perdono z Cleofide) i Glucka (Chiamo il mio ben cosi z Orfeusza). Fandango z Wesela Figara Mozarta aż się prosi o dopisek Polacca. Zaś Kommt ein schlanker z Wolnego strzelca Webera to już jawna inspiracja modnego dziś Poloneza z Pana Tadeusza Wojciech Kilara. Na marginesie – Kilar skomponował jeszcze sławniejszego poloneza: czołówkę Dziennika Telewizyjnego emitowaną w latach 80. Lecz to dygresja, omawiamy wszak polonezy doby przedchopinowskiej.

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że idiom poloneza przeniknął do warsztatu kompozytorskiego całej barokowej i klasycznej Europy. Wyznacznikiem niech tu będzie, iż wspomniany Polonez op. 89 Ludwiga van Beethovena powstał jako jego odpowiedź na prośbę o dostarczenie muzyki na odbywający się właśnie Kongres Wiedeński. Taka była ranga tego stylu. Taki był rzeczywisty kontekst, z którego wyłoniły się arcydzieła romantyzmu, od polonezów Fryderyka Chopina poczynając.

Zatem – ruszajmy do nagrań i partytur, jest tyle gór do zdobycia! 🙂

Morituri

David Bailly: Vanitas (1650).

Do tego dochodzą jeszcze przychody z pogrzebów, ale powietrze ostatnio w Lipsku jest zdrowe i jestem już na tym stratny 100 talarów.

J. S. Bach w liście do Georga Erdmanna, 1730.

Większy czy mniejszy talent artystyczny potrafi może zagwarantować symboliczną nieśmiertelność we wdzięcznej pamięci potomnych, lecz z całą pewnością nie gwarantuje długiego i beztroskiego życia na tym łez padole. Wręcz przeciwnie – historia muzyki roi się od lamentów nad przedwcześnie zgasłymi geniuszami: 26-letnim Pergolesim, 31-letnim Schubertem, 35-letnim Mozartem, 36-letnim Purcellem, 38-letnim Mendelssohnem, 39-letnim Chopinem, a i 46-letni Schumann, 51-letni Mahler, 53-letni Czajkowski czy 57-letni Beethoven do staruszków w dniu śmierci nie należeli. Do szczęściarzy wiodących długi żywot zaliczyć z kolei możemy innych kolosów: Franza Liszta (75), Guillaume’a de Machaut (77), Claudio Monteverdiego (77), Hildegardę z Bingen (81), Jean-Philippe’a Rameau (81), Johanna Adolfa Hassego (84), Georga Philippa Telemanna (86), Heinricha Schütza (87), Giuseppe Verdiego (87) Igora Strawińskiego (88) czy François-Josepha Gosseca (95). Jak widać – nie ma zasady ani hierarchii artystycznej wobec nieuchronności śmierci w konkretnym momencie.

Przyczyną zejścia przedwcześnie umarłych kompozytorów były głównie wszelkiego rodzaju paskudne, przewlekłe choroby oraz podejrzane sposoby ich leczenia. Napisano o tym tomy analiz i antologii. Mniej znane, choć medialnie znacznie ciekawsze są przypadki zejść nagłych, spowodowane własną ręką lub też z udziałem osób trzecich. Niektóre, trzeba przyznać, szokujące. Poniżej przytaczam sześć przykładów barokowych śmierci muzycznych w nietypowych okolicznościach.

Charles Fleury, Sieur de Blancrocher był paryskim lutnistą jakich wielu, o którym nikt by raczej dziś nie pamiętał, gdyby nie nadzwyczajny zbieg okoliczności związany z jego zgonem. Otóż poczciwina ów spadł był ze schodów tawerny, w której wcześniej pił na – nomen omen – umór z nie kim innym jak Johannem Jakobem Frobergerem, znakomitym klawesynistą i kompozytorem niemieckim, przebywającym akurat w Paryżu, a w którego ramionach dosłownie oddał ducha. Było to w listopadzie 1652 roku, a denat miał wówczas 47 lat. Frobergerem (lat 36) tak to wstrząsnęło, że napisał muzyczny „nagrobek” – Tombeau c-moll, fait à Paris sur la mort de Monsieur Blancrocher. Wydarzenie stało się powszechnie znaną historią, do tego stopnia, że jeszcze trzech innych kompozytorów unieśmiertelniło postać Blancrochera w dźwiękowych nagrobkach: lutniowych – François Dufaut i Denis Gaultier oraz klawesynowym Louis Couperin.

Włoski celebryta operowy Alessandro Stradella, autor wspaniałych, choć rzadko dziś granych dzieł, bon vivant i aferzysta, słynął z wdawania się w romanse z kobietami zamężnymi, co było przyczyną wielu kłopotów, procesów, wymuszonych ślubów i ucieczek z miast. Rzym opuścił udając się do Wenecji, stamtąd uciekał do Turynu, otarłszy się o śmierć z ręki płatnych zabójców przeniósł się do Genui, gdzie został ostatecznie zasztyletowany w 1682 roku przez braci dziewczyny, którą uwiódł. Nie dożył 43 urodzin.

Pięć lat później świat obiegła wieść o śmierci nadwornego monopolisty muzycznego Króla-Słońce, pupilka systemu i jednocześnie genialnego kompozytora, Jean-Baptiste Lully’ego – Włocha, który porzucił ojczyznę dla kariery w Paryżu i Wersalu. Był postacią kontrowersyjną, skandalistą, a łaski króla utracił, gdy na jaw wyszedł jego romans z królewskim paziem. W styczniu 1687 roku, podczas dyrygowania Te Deum na cześć króla, 54-letni kapelmistrz uderzył się ostro zakończoną laską dyrygencką w stopę. Gangrena zakończyła jego żywot w ciągu kilku tygodni. Lully jest bohaterem pięknego francuskiego filmu Król tańczy z 2000 roku.

Przypadek Lully’ego można by nazwać umownie niezamierzonym samobójstwem. Znany jest jednakowoż przypadek śmierci jak najbardziej zamierzonej, i to podszytej barwną anegdotą. Dotyczy on 33-letniego Jeremiasza Clarke’a, prominentnego kompozytora angielskiego epoki między Purcellem i Haendlem. W 1707 roku zakochał się on w swojej uczennicy, która z racji wysokiego stanu znajdowała się poza zasięgiem jego amorów. W porywie rozpaczy udał się nad porośnięty drzewami brzeg stawu i postanowił rzucić monetą, by zadecydować, czy lepiej się powiesić czy utopić. Moneta, rzucona do wody, utknęła w mule pionowo, zatem nieszczęśnik wrócił do domu i się po prostu zastrzelił.

Czterdziestu (według niektórych – trzydziestu czterech) lat dożył Leonardo Vinci, inny genialny twórca operowy z Włoch, związany ze słynnym ośrodkiem neapolitańskim, gdzie postrzegany był jako postać absolutnie czołowa. Mimo że działał też aktywnie w miejscowym bractwie różańcowym, nie opierał się życiowym pokusom, co zakończyło się przedwczesną śmiercią, najprawdopodobniej przez otrucie, z ręki zazdrosnego męża uwiedzionej obywatelki. Dziś obserwujemy prawdziwy renesans popularności oper Vinciego, jednakowoż po jego śmierci w 1730 roku szybko odszedł w zapomnienie.

Najdłużej ze wspomnianych tu pechowców żył Jean-Marie Leclair, zmarły w wieku 67 lat. Rocznik 1697, bóg francuskiej szkoły skrzypcowej, wybitny wirtuoz i kompozytor, autor dzieł na smyczki, ale i opery Scylla et Glaucus, wiódł żywot spokojny i tradycyjny aż do 1758 roku, kiedy to nabrał niechęci do świata i ludzi, odszedł od żony i zaszył się samotnie w domu nabytym w niezbyt bezpiecznej dzielnicy Paryża. Tam też, sześć lat później, został śmiertelnie ugodzony nożem, z przyczyn do dziś nieznanych oraz ręki niewiadomej. Ostatnie dwie kompozycje zostały wydane już po jego śmierci, w 1766 i 1767 roku.

To tylko wycinek kryminalnej kroniki artystycznej baroku, raczej ciekawostka niż seriozne memento mori. Uznałem, że to najlepsze, czym mogę uczcić w tegoroczne dziady. Wniosków końcowych nie będzie, może tylko życzenie, byśmy wszyscy dożyli późnej starości, unikając sztyletów, trucizn, niekontrolowanego pijaństwa oraz niezdrowych romansów. 🙂