Szara sukienka

Bartosz Bielenia jako ksiądz Tomek. Boże Ciało, 2019.

Gdzie mnie zawieje, tam zacumuję.

Daniel do Marty, Boże Ciało, 2019.

Miał być wpis zupełnie o czym innym, ale przeszedłem się w końcu na Boże Ciało. I zwątpiłem: co jest ze mną nie tak? Czy to już ten moment, w którym przestaję rozpoznawać wartościową artystyczną rzeczywistość kinową (o ile można o sobie nieskromnie powiedzieć, że się ją kiedykolwiek skutecznie rozpoznawało)? Czy to już pora pakować manatki i przenieść się z sektora „odbiorca wyczuwający dobry towar” do „zgred operujący starymi kliszami”? Czy to możliwe, że film, który rodzi we mnie praktycznie same pytania i wątpliwości, zbiera wśród poważnych recenzentów wyłącznie bezkrytyczne wyrazy uwielbienia? Czy to oznacza, że nie potrafię już odgadnąć talentu narratorskiego twórców nawet gdyby podszedł i kopnął mnie w tyłek (choć tu raczej: przydzwonił z byka)? Czy tylko ja mam wrażenie, że obejrzałem film, który mimo niewątpliwie wybitnej roboty reżyserskiej i aktorskiej nie dał żadnej ważnej odpowiedzi, nie uczynił nikogo lepszym, nie przeprowadził żadnej z obecnych w nim postaci z punktu A do punktu B, w dodatku zatoczył koło i wrócił nas na koniec dokładnie tam, skąd wyszliśmy, nie pozostawiając złudzeń, że warto cokolwiek zmieniać, że świat zmierza w jakimś choć w części pozytywnym kierunku? Że w ogóle zmierza w jakimś kierunku? Bo niechby nawet to był film opowiadający o triumfie zła, ale tak po całości, bez wątpliwości – ale nie: wszystkie praktycznie wątki pozostawione zostają otwarte i rozmyte wartościująco a widz pozostaje z uwierającym niedosytem przekazu. W sensie: ja pozostaję, gdyż zdaje się każdy inny recenzent jest zachwycony tym, co zobaczył. Szkopuł w tym, że to wcale nie jest łatwy przypadek nagiego króla, to jest przypadek króla odzianego w świetnej jakości, ponure, szare strzępki. Nie Boże Ciało, a Środa Popielcowa. Obejrzałem i trzepie mną. Jeżeli o to chodziło twórcom – gratuluję. Lecz co ja z tego wynoszę poza samym trzepaniem, nie mam bladego pojęcia.

Co jest ze mną nie tak, że nie rozumiem sensu pierwszej sceny, w której nasz bohater – Daniel vel ksiądz Tomek (świetna rola demonicznego Bartosza Bieleni) – jedyny raz w całym filmie jest trochę (no właśnie: trochę, bez przekonania) tym złym? Czy tylko ja chciałbym wiedzieć kim był, za co oberwał i co się później stało z postacią chłopca, którego katuje grupa, do której wówczas należy Daniel? Bo jeżeli miało to tylko stanowić klamrę do zakończenia filmu, ewentualnie ukazać jeszcze może kontrast między złymi zabawami chłopców z poprawczaka a ich potulnym udziałem we mszy, to jest to zdecydowanie za mało przekonujące nakreślenie tła i ramy.

Co jest ze mną nie tak, że świetny skądinąd pomysł, by oddelegowany do pracy w tartaku „bad boy” niby przypadkiem skorzystał z okazji, i zamiast przy obróbce desek zaczepić się na parafii miejscowego kościoła, uważam za ledwie draśnięty i niewykorzystany? Że nie odczuwam realnie tej interakcji ludzi i miejsc, tego zagrożenia, tej bliskości tartaku względem parafii, tego balansowania na granicy wpadki, nawet mimo wprowadzenia aż dwóch postaci zagrażających Danielowi w tym względzie? Czy tylko mi nie wystarcza, że miejscowy policjant najpierw sygnalizuje, że skądś zna księdza Tomka (gdyż rugał go służbowo za palenie w autobusie do docelowej miejscowości), nabiera podejrzeń, zleca research swej asystentce a następnie wątek nie jest w ogóle kontynuowany? Czy tylko mnie razi brutalność szantażu pracownika tartaku, kolegi Daniela z poprawczaka, który najpierw wytwarza ogromne zagrożenie, następnie je nienaturalnie łagodzi i wygasza by w końcu wrócić ze zdwojoną agresją zupełnie od czapy już w nowych-starych okolicznościach końcowych scen? Czy postać szantażysty nie mogła przejść jednak pełnej przemiany, wiem, zbyt oczywistej, ale jednak zasygnalizowanej przez samych realizatorów?

Co jest ze mną nie tak, że boleję nad niewykorzystaniem potencjału obu postaci charyzmatycznych księży – starego proboszcza (brawo Zdzisław Wardejn) oraz poprawczakowego kapelana (piekielnie niewykorzystany Łukasz Simlat)? Po jakie licho było ich przywracać na koniec filmu, robić z nich deus ex machina, jeżeli z ich powrotu nie wynika praktycznie nic poza irytującym „a teraz drogie dzieci koniec zabawy, będzie po staremu”? Czy artystyczna korona spadłaby realizatorom z głowy, gdyby właśnie za sprawą tych dwóch księży finał okazał się festiwalem triumfu dobra, prawdy, wybicia się ponad schemat i stereotypy? Innymi słowy: czy ci dwaj faceci nie mogli po prostu pomóc pozostać księdzu Tomkowi na tej parafii i rozprawić się z głupotą i podłością jej mieszkańców? Ja wiem, że prawdziwa historia, na której bazowali twórcy, była inna. Lecz jeżeli Quentinowi T. wolno było zmienić bieg kolosalnej i powszechnie znanej historii w jego ostatnim filmie, to Komasa i Pacewicz spokojnie mogli sobie pozwolić na wszelkie licencje w tym jakże anonimowym dla wszystkich temacie. Całkowicie bez obaw o pójście na łatwiznę. Po prostu dostałbym jakąś iskierkę nadziei, że warto w coś wierzyć. W cokolwiek.

Co jest ze mną nie tak, że widzę kolosalną niekonsekwencję w poprowadzeniu postaci Marty, dziewczyny, która przez cały film pomaga księdzu Tomkowi, która idzie z nim do łóżka, która staje w jego obronie przed swymi rówieśnikami i starszyzną z wioski, która wreszcie pokazuje mu jedyny dowód (nagranie telefoniczne), który przeciąłby wszelkie spekulacje związane z lokalnym konfliktem, a gdy dochodzi do konfrontacji z ludźmi, którzy ten konflikt podsycają, odmawia wsparcia? W imię czego? Fałszywie pojętej solidarności ze zmarłymi na własne życzenie rówieśnikami? W obronie ich dobrego imienia? Po co komu dobre imię, gdy buduje się je kosztem czyjegoś cierpienia? O ile zrozumiałem, na niewinnego człowieka rzucone zostały kalumnie odpowiedzialności za śmiertelny wypadek, w którym zginęli młodzi ludzie prowadzący pod wpływem alkoholu i narkotyków przeładowany samochód. Scena spotkania w domu wykluczonej społecznie żony rzekomego sprawcy wypadku (Barbara Kurzaj ucharakteryzowana na Dorotę Segdę) z agresorami w postaci wójta i kościelnej Lidii (Aleksandra Konieczna ucharakteryzowana na Joannę Szczepkowską) to jeden z najbardziej irytujących fragmentów filmu. Irytujących bezsilnością bohaterów, która jest po prostu irracjonalna – w innych sytuacjach nie wahają się rzucać oprawcom prosto w oczy co myślą.

Co jest ze mną nie tak, że wspomniany wójt – świetnie grany przez Leszka Lichotę szatan wcielony o niepohamowanym apetycie na władzę – jest nakreślony kilkoma zaledwie kreskami, szkicowo: niby zagrożenie, ale nie do końca, niby szantażysta, ale niegroźny, niby wcielone zło, ale ani triumfujące, ani ukarane.

Co jest ze mną nie tak, że czuję się zdezorientowany finałem filmu? A właściwie – jego brakiem. Że nic nie usprawiedliwia faktu, iż scenarzysta i reżyser pozwolili wrócić bohaterowi do punktu wyjścia, czyli do poprawczaka, że upodlili go tam i na koniec pozostawili bez jakichkolwiek wskazówek, co dalej. Mam rozumieć, że ten kawałeczek piękna, jaki powstał przez pojawienie się księdza Tomka w parafii, z góry był skazany na rychły koniec i że słońce świeci tylko przez chwilę, że musimy zaakceptować, że normą w życiu jest plucha i słota? Co z tego, że chłopak wygrał bójkę ze swoim katem, skoro prawdopodobnie popadł przez to tylko w jeszcze większe tarapaty, o których się już nie dowiemy, gdyż film się tu nagle i bez powodu urywa? Czy to by było aż tak niskie artystycznie, gdyby bohater – pokaleczony przecież wystarczająco do tej pory – znalazł na koniec ukojenie w tym, co go zdefiniowało: w niestandardowej, efektywnej pracy organicznej z ludźmi, u boku ukochanej dziewczyny? Zbyt szczęśliwe? Za mało polskie? No żeż…

Co jest ze mną nie tak, że nie czuję – w przeciwieństwie do właściwie wszystkich recenzentów – żadnego oczyszczenia po obejrzeniu tego filmu? Że czuję wyłącznie bezgraniczny dół psychiczny, poczucie beznadziei, ulotności ukazanego strzępka karnawału wobec wszechwładzy postu i pospolitości? Że z ogromną siłą wmawia mi się, że prawda nie wyzwala, że niebieskie ptaki nie istnieją, że szczęście jest nieosiągalne dla dosłownie nikogo? A już absurdalnym nadużyciem jest przypisywanie tej opowieści niestworzonych warstw metaforycznych – odniesień do sytuacji społeczno-politycznej w kraju itp. etc. W ten sposób nadpisywać możemy dowolny, wystarczająco niedopowiedziany i chaotyczny obraz, jako ekwiwalent rzeczywistego przesłania. I nie chodzi o otrzymanie kawa na ławę, łopatą, łatwego produktu myślowego wątpliwej jakości. Chodzi o cokolwiek, co pozwoli mi spiąć klamrą taką opowieść, dostrzec horyzont, a na nim pewną paletę interpretacji wizji reżysera i scenarzysty. Serio, już wolałbym, żeby bohater zginął, żeby stało się coś nieodwracalnego w imię wielkiej sprawy. Tutaj zaś hulaj dusza, możemy sobie wytworzyć dowolną ilość wynurzeń na temat „co autor chciał powiedzieć”. Bo jeżeli chodziło tylko o wylanie na mnie chaotycznego wiadra pomyj, do przemyślenia w kontekście ponurej rzeczywistości, o potrząśnięcie mną, to dziękuję, dostałem to w spektaklu teatralnym Klątwa i tam to było oczyszczające; tu nie jest.

A przecież włożyli bohaterowi w usta znamienne: „nieważne skąd jesteś, ważne dokąd zmierzasz”. Tymczasem on dotarł tam, skąd wyszedł, bez nadziei na poprawę tego stanu. To ogromnie przygnębiające. Mimo zastosowania wysokiej jakości środków realizacji dzieła. Mimo promyka nadziei, jakie dawała sugestia szantażysty i kapusia księdza Tomka – wspomnianego kolegi z poprawczaka, który zazdrościł mu treści w życiu.

W 2003 roku zrealizowany został film telewizyjny Biała sukienka (reżyseria Michał Kwieciński), z pierwszą dużą rolą Pawła Małaszyńskiego. Była to część fabularnego cyklu Święta polskie, ta akurat poświęcona właśnie Bożemu Ciału. Konwencja była wcale nie tak odmienna od filmu Komasy, scenariusz miejscami podobny, temat potraktowany lżej, ciężar gatunkowy mniejszy, lecz tam czułem się przeprowadzony przez logiczną historię. Przekonująco. Tu się miejscami nudziłem, miejscami gubiłem, artystycznie taplany w szarym brudzie i burej krwi.

Solidarnie życząc zasłużonego Oscara, ufam panu Komasie, że uwiedzie mnie kiedyś bardziej przekonującym dziełem.

Wayfinder

C-3PO to jedyna postać, która kreowana była przez tego samego aktora – Anthony’ego Danielsa – we wszystkich dziewięciu częściach Gwiezdnych wojen.

Control, control, you must learn control!

Yoda, podczas treningu Luke’a Skywalkera. Imperium kontratakuje, 1980.

Wciąż jest za wcześnie, by pisać uczone elaboraty na temat wartości zarówno Skywalker. Odrodzenie, jak i całej nowej trylogii Gwiezdnych wojen. Dzisiejsza premiera ostatniego, dziewiątego rozdziału tej epopei, kończy erę rozpoczętą w 1977 roku pojawieniem się Nowej nadziei. Trzy trylogie, kręcone bez chronologicznej kolejności, wydają się stanowić mimo wszystko bardzo wyraziste, osobne historie, tak w warstwie scenariusza, jak przede wszystkim – realizacji. Jako dozgonny fan Oryginalnej Trylogii oraz bezwzględny prequelosceptyk, stworzone przez Disneya trzy ostatnie filmy przyjąłem z ulgą ale i rezerwą. Z ulgą, gdyż trzymają poziom. Z rezerwą, gdyż nie jestem pewien ani intencji autorów, ani kierunku, w jakim zmierzają losy przedstawionych w nich postaci. Z tej właśnie perspektywy mogę na gorąco ocenić całą już nowa trylogię, z zastrzeżeniem, że ocena ta może się przecież zmienić z czasem. Podejdę zaś do tego ostrożnie i bezpiecznie, od strony drogi, jaką przebyli bohaterowie epizodów 7-9. Znamy bowiem dobrze losy Luke’a, Hana, Lei, Obi-Wana i Dartha Vadera z epizodów 4-6, wiemy co nimi powodowało, do czego dążyli, co osiągnęli i – przede wszystkim – co stało w kulturowym tle tej opowieści. Wyjątkowo czytelny, acz wykonany w nieakceptowalnej konwencji, jest również przekaz George’a Lucasa w historii, jaką opowiedział nam w rozdziałach 1-3. Tymczasem mam problem, jeżeli chodzi o kierunek, w jakim zmierza scenariusz ostatniej trylogii, mimo świetnej strony wizualnej mającej pewien problem ze swoimi rozedrganymi emocjonalnie bohaterami.

Zacznijmy od Finna. Jego przemiana z wątpiącego szturmowca w uciekiniera, który dołącza do Rebelii w Przebudzeniu Mocy robi początkowo wrażenie. Następnie, jeszcze w tym samym filmie, staje i tak sobie stoi już do końca. Nie pomaga ani danie mu na chwilę do ręki miecza świetlnego, ani próba obdarzenia go głębszymi rozterkami – czy aby na pewno warto ryzykować wszystko dla walki z Imperium, ani przypięcie do kożucha jego postaci kwiatka żenady, czyli Rose Tico. Nawet tak wyczekiwany przez niektórych romans, lub przynajmniej bromance z Poe nie dochodzi do skutku. Do końca nie dowiemy się, dokąd przemieniony Finn zmierza. Wiemy, że troszczy się wciąż o Rey oraz że na koniec gania za nią, by jej coś ważnego powiedzieć, lecz nikt się nie dowie co to jest.

Poe Dameron miał zadatki na głównego rozrabiakę trylogii, autora najdowcipniejszych ripost, może zbyt prędkiego w czynie, za to z ogromnym serduchem dla sprawy, o którą walczy. Niestety, realizatorzy chyba sami przestraszyli się potencjału, jaki daje taka postać w zestawieniu z grającym ją Oscarem Isaakiem, więc ze sceny na scenę, z epizodu na epizod, nastąpiło wygaszanie jego roli, aż do zupełnego sflaczenia akurat w momencie, gdy został dowódcą całego Ruchu Oporu.

Rey poznajemy jako miotającą się w poczuciu osamotnienia, obdarzoną niepospolitymi zdolnościami lecz kompletnie niewiedzącą czemu miałyby służyć dziewczynę ze strefy biedy prowincjonalnej planety. Miała przejść drogę podobną do Luke’a w starej trylogii, lecz scenarzyści obdarzyli ją o wiele większymi rozterkami, i ostatecznie główną walkę musi stoczyć sama ze sobą, rozwalając Imperium niejako przy okazji. Choć napisana historia sugeruje inaczej, jako postać Rey nie przechodzi żadnej przemiany. Stale się uczy, stale potyka, stale wątpi, w to wszystko wplatając niejasną relację z rywalem, Kylo Renem. Zakończenie tej relacji wywołało salwę śmiechu na widowni, poprzedzoną niedowierzaniem w scenie tuż przed tym. Pokonania odradzającego się Zła dokonuje zaś w sposób mało wiarygodny, bez należytego spiętrzenia napięcia i bez uczucia triumfalnej ulgi u oglądających gdy do owego zwycięstwa dochodzi. Ot, przypomniała sobie, że w sumie po to nakręcono tę trylogię, zrobiła więc co do niej należało i wróciła do swoich spraw. W tych okolicznościach dowiedzenie się szokujących informacji o swoim pochodzeniu nie ma żadnej, ale to żadnej siły rażenia (w porównaniu z kultowym odpowiednikiem w Imperium kontratakuje).

Kylo Ren zanosił się na główną mroczną postać nowych filmów, lecz do końca pozostał jak jego miecz: chropawy, dziwaczny i niedokończony. Obdarzony wyjątkową zdolnością do panowania nad Mocą miewa co chwila momenty dziecinnej wręcz słabości. Aspirujący do przywództwa, wciąż popełnia kardynalne błędy. Wiemy na pewno tylko jedno: dąży do zniszczenia wszystkiego – łącznie z tymi, których kocha – co stanie mu na drodze do zdobycia władzy nad Galaktyką. Nowym elementem jest zaś, iż właściwie otwarcie deklaruje zniszczenie również swoich protektorów i przyjaciół, a ewentualne ukrywanie tego przed nimi trwa raczej krótko – kolejno zabija własnego ojca, Snoke’a, jego gwardzistów, członków założonego przez siebie zakonu Ren oraz próbuje unicestwić niespodziewanie powróconego z martwych Palpatine’a. Co dziwne, to Kylo przechodzi największą przemianę w całej nowej trylogii, lecz czyni to mozolnie i niekonsekwentnie, a gdy to już następuje – nobody cares.

Starzy bohaterowie padają ofiarami swojej roli – są starzy. Starsi, niż aktorzy, którzy wrócili, by ich zagrać. Czy naprawdę konieczne było aż tak spowolnić ich czas reakcji, ruchy, sposób mówienia względem tego, w czym brylowali u Lucasa – karabinowego wręcz tempa, za którym aż chciało się nadążać, na granicy zadyszki? Czy potrzebny był teraz aż taki kontrast między nimi a nowym pokoleniem? Nie ma nic smutniejszego, niż widok zramolałego Hana Solo, zdziwaczałego lumpen-Luke’a, dojącego krowy morskie, czy dostojnej pensjonariuszki galaktycznego domu spokojnej starości, Generał Lei Organy – tej samej, która 20 lat wcześniej, paradując w szpanerskim metalowym bikini, gołymi rękami udusiła piętnastokrotnie od niej większego spasionego gangstera? Z tej trójki przynajmniej Markowi Hamillowi pozwolono wykazać się, gdy na chwilę ster opowieści powierzono lekkomyślnemu Rianowi Johnsonowi – jednak scena walki hologramicznego Luke’a z realnym Kylo Renem w Ostatnim Jedi wzbudza tyleż opinii entuzjastycznych co krytykujących tak nietypowy zamysł. O pomyśle, by w tym samym filmie Leia polatała sobie w kosmosie, łaskawie zmilczę. Jej rola zza grobu w Skywalker. Odrodzenie została sklecona w miarę zgrabnie jak na materiał, którym dysponowali realizatorzy. A i udział Hana Solo w ostatnim epizodzie nie drażnił tak, jak by mógł. Warto wspomnieć o powrocie Lando Calrissiana – Billy Dee Williams grając go tutaj miał więcej lat niż Sebastian Shaw w Powrocie Jedi (Vader po zdjęciu maski) czy Christopher Lee w trylogii prequeli – i wypada naprawdę korzystnie w tych okolicznościach. No i, last but not least, wzruszający jest powrót ducha Yody (niekomputerowego, lalkowego) w Ostatnim Jedi. Wnosi niewiele, a cieszy.

Stara gwardia drugiego planu: C-3PO, R2-D2 oraz Chewbacca mają do odegrania role marginalne. Najwięcej udziela się Chewie, choć jest to Wookie grubiej ciosany i mniej interesujący, niż ten z Oryginalnej Trylogii. C-3PO w pierwszych dwóch częściach jest skandalicznie sprowadzony do kompletnego tła, jeszcze mniej do powiedzenia ma tylko R2-D2. Przypomnijmy – epizody 4-6 były opowiedziane w pewnym sensie z perspektywy tych dwóch postaci, a ich barwne komentarze i udział w akcjach stanowiły istotną część atmosfery starych, dobrych Gwiezdnych wojen. Skywalker. Odrodzenie przyniósł rehabilitację roli C-3PO, o pięć epizodów za późno (spłycenie tej postaci w prequelach to osobna, smutna historia). Dodano za to legion nowych postaci drugoplanowych, ludzi, stworów i robotów, jakby miało to mieć jakieś znaczenie dla pozytywnego odbioru filmów przez nową generację fanów. Droidy BB-8 i D-O, sympatyczna lecz bezproduktywna Maz Kanata, kompletnie pozbawione znaczenia Rose, Jannah czy Zori gmatwają i tak już poplątany scenariusz, a ich wątki prowadzą donikąd.

Zadziwiająco spójnie trzyma się za to strona Najwyższego Porządku, lecz i tu losy postaci kończą się w groteskowo nieracjonalny sposób. Kapitan Phasma (epizody 7 i 8) miałaby pewien potencjał, gdyby dla Finna przeszła na Jasną Stronę zamiast ścigać go z uporem godnym lepszej sprawy. Kapitan Canady (epizod 8) to rewelacyjny wulkan „złej” energii; niestety ginie w tej samej scenie, w której go poznajemy. Generał Hux, świetnie zagrany, mógłby być najbardziej tragiczną postacią całej trylogii, dożywa nawet ostatniego epizodu, dostaje bardzo ciekawy plot twist, po czym kończy jak ostatni pętak, zupełnie bez sensu. Wybitny potencjał ma postać Snoke’a, jako wielkiego manipulatora i bezwzględnego, zdemoralizowanego przywódcy. Zabicie go przez Riana Johnsona w scenariuszu Ostatniego Jedi – swoją drogą jest to świetnie nakręcona scena – spowodowało chaos i niedowierzanie w całej opowieści. Wszystko trzeba było zacząć od nowa, czyli sięgnąć po rzekomego pewniaka: powróconego z martwych Imperatora. Ian McDiarmid, uwolniony z niezgrabnych rąk Lucasa, mógł zrobić tylko jedno – sprostać roli. Sceny z jego udziałem są mroczne i przekonujące, czy wystarczyło to jednak, by zrównoważyć niepozostawiające wątpliwości, mistrzowskie zakończenie Powrotu Jedi – śmiem wątpić.

Brak przekonującego scenariusza jest zdecydowanie największym minusem nowej trylogii. Świetna przeważnie reżyserska i wizualna realizacja oraz miłość całej ekipy do świata Star Wars – największym plusem. Owszem, wyciąłbym ten czy ów plener, usunął wiele postaci (nie, nie gości kasyna Canto Bight z Ostatniego Jedi – raczej tamtejsze koniowate stwory i poświęcony im zmarnowany czas, jak również dziwne plemię świętujące sobie na środku pustyni w ostatnim filmie), jednak w zakresie realizacji – nie ma porównania do przesłodzonej bajki epizodów 1-3. Nie zawodzi oczywiście muzyka (a John Williams ma w Epizodzie 9 w końcu swoje cameo!), podoba się dźwięk (niepokoi tylko moda na obniżanie i zwiększanie wolumenu głosom „groźnym” – Palpatine jest tu już wręcz drażniący a gwiezdne niszczyciele buczą jak szalone). Mamy również szereg wzruszających nawiązań do starej trylogii: od powiedzonek („I have bad feeling about this”, „I love you – I know”) po symboliczne artefakty (kostki z kokpitu Sokoła Millenium, order dla Chewbakki, którego nie dostał w Epizodzie 4). Mamy w ostatnim epizodzie olśniewającą, krótką retrospekcję Lei szkolonej w sztuce Jedi przez Luke’a (o ile pamiętam, nastroje i oczekiwania w latach 80 były takie, że trylogia sequeli skupi się właśnie na tej historii). Mamy rozsądną proporcję efektów komputerowych do tych z udziałem modeli i prawdziwych dekoracji. Mamy plejadę świetnych aktorów w dobrych reżyserskich rękach. Mamy dużo dobrych dialogów, sporo humoru. Jeżeli machniemy więc ręką na brak ciężaru gatunkowego idei spajającej trzy nowe filmy, jeżeli przymkniemy oko na geriatryczną grę starszyzny, jeżeli przyjmiemy jako zło konieczne kilka drugoplanowych postaci, mamy szansę wynieść z kina sporo frajdy. Powrotu do fenomenu z lat 1977-1983 nie ma i nie będzie. Nie w tej galaktyce. I nie jest to wina Disneya, że odgrzewa nam tego kotleta. Dobrze wiemy, że pragnęliśmy tego odgrzania, żeby sobie ponarzekać i przełknąć co podają. Ambitne, wielowarstwowe kino komercyjne kręci się dzisiaj pod innymi szyldami. Rozstańmy się z bohaterami odległej galaktyki bez gniewu i pretensji. George Lucas już w poprzedniej trylogii zasugerował nam, że tak bogatego podłoża kulturowego jak w oryginalnych Gwiezdnych wojnach nie ma co oczekiwać.

Co znamienne – tego samego dnia, co u nas Epizod 9, miał światową premierę siódmy odcinek Mandalorianina – serialu aktorskiego z uniwersum Gwiezdnych wojen. Po kilku słabszych częściach wraca on do początkowego, świetnego poziomu. I chyba zaczyna tam świtać jakaś ciekawa droga do przebycia. This is the way. I have spoken.

A emocji związanych z oglądaniem Sagi w latach 80 nikt mi przecież nie odbierze. 🙂

Wiarusy

Julian Glover jako Generał Veers w Imperium kontratakuje, 1980.

I find your lack of faith disturbing.

Darth Vader do Admirała Mottiego, Nowa nadzieja, 1977.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce… była sobie opowieść, która zmieniła oblicze kina. Rozpisana na dziewięć rozdziałów, zawładnęła wyobraźnią miliardów ludzi na planecie Ziemia, powodując globalne uwielbienie dla wszystkich występujących w niej postaci. Wszystkich? Nie! Istnieje pewna nieliczna grupka zawodowa, która może poszczycić się mianem najsłabiej zauważalnych, najmniej lubianych i najbardziej poturbowanych – ku uciesze widzów – postaci w całej galaktyce. Tą grupką są imperialni oficerowie, dumni nosiciele białych, szarych i czarnych mundurów, marionetki w ręku Imperatora i jego pupilka Vadera, ofiary huśtawek nastrojów tego ostatniego oraz jego następców: Naczelnego Wodza Snoke’a i rozchwianego psychicznie Kylo Rena. Uczcijmy ich pamięć, wymieniając poniżej tych, którzy wystąpili w poszczególnych filmach głównej Sagi (pomijam seriale i spin-offy, by nie mnożyć bytów w nieskończoność). Gdyż ich imiona (czasem tylko funkcje) wylatywały z pamięci fanów z prędkością nadświetlną, ustępując miejsca zarówno głównym bohaterom, jak i najpodrzędniejszym nawet stworom z kantyny Mos Eisley czy pałacu Jabby. A przecież ci biedacy mieli jakieś rodziny, może nawet dzieci…

Oficerowie imperialni pojawiają się już w pierwszych ujęciach Nowej nadziei (1977). Podczas akcji przejęcia Tantive IV i aresztowania Lei, pojawiają się bezimienni: Pierwszy Pilot i Kapitan (zauważający wylot kapsuły ratunkowej) oraz Imperialny Dowódca i Drugi Oficer, w krótkiej scenie z rozmowy Vaderem. Wszyscy oni popadli w niepamięć, lecz zatriumfowali w przemyśle zabawkarskim lat 80: w przeciwieństwie do większych od siebie szych wyróżnieni zostali piękną figurką firmy Kenner, tak zwanego Imperial Commander, odzianego w czarny mundur, z rogatywką na głowie. Podobizn takich nie doczekał na przykład nikt z obsady biorącej udział w naradzie na Gwieździe Śmierci, kilka scen później. Ta scena to pierwsza okazja do poznania charyzmatycznego Gubernatora Wilhuffa Tarkina oraz jedyna szansa zobaczenia pozostałych: Generała Cassio Tagge’a, Admirała Conana Antonio Mottiego (pierwsza ofiara sadystycznych sztuczek z Mocą Vadera), Pułkownika Wullfa Yularena, Generała Hursta Romodiego, Generała Trecha Molocka, Majora Siwarda Cassa (OK, ten jeszcze potem raz się pojawi) oraz Generała Moradmina Basta. Do końca filmu ujrzymy także kilku bezimiennych oficerów meldujących to i owo lub przyjmujących rozkazy Vadera i Tarkina. Wszyscy oni zginą wraz z całą wielotysięczną załogą podczas eksplozji Gwiazdy Śmierci za sprawą celnego strzału w czuły punkt tej stacji bojowej dokonanego przez pewnego wiejskiego chłopaka, co to mu się zamarzyła walka z całym Imperium. Nie mamy danych, czy rodziny poległych otoczone zostały stosowną opieką.

Imperium kontratakuje (1980) wprowadziło nowe postaci oficerów imperialnych. Jako pierwszych poznajemy Admirała Kendala Ozzela oraz Admirała Firmusa Pietta, z załogi wypasionego statku Lorda Vadera o nazwie Executor. Ozzel zostaje powalony Mocą przez Vadera za zignorowanie sygnału z robota szpiegującego, za to Piett jako jeden z nielicznych dożywa aż do kolejnego epizodu, wciąż na Egzekutorze. Tymczasem swoje chwile chwały ma Generał Maximilian Veers (czy tylko mi kojarzy się to nazwisko z poczciwym polskim wiarusem?), najpierw meldujący odkrycie bazy rebeliantów znajdującemu się w kapsule regeneracyjnej Vaderowi, następnie dowodzący bezlitosnym atakiem maszyn kroczących AT-AT na planecie Hoth. Nie pojawi się więcej w Sadze, lecz z opowieści uzupełniających wiemy, że we wspomnianej bitwie stracił obie nogi, resztę życia spędzając na wózku, przeżywając Vadera i upadek Imperium. Veers dostał swoją figurkę od Kennera, nazwaną AT-AT Commander. Szczęścia tego nie doczekał Kapitan Lorth Needa, który w dodatku miał pecha meldować Vaderowi zgubienie Sokoła Millenium, co przypłacił natychmiastową egzekucją z ręki (choć bezkontaktowo) swego chlebodawcy.

Oprócz żwawego Admirała Pietta, w Powrocie Jedi (1983) pojawiają się kolejni oficerowie. W pierwszej scenie mamy anonimowego dowodzącego, w uroczy sposób wypowiadającego pamiętne słowa: „inform the commander that Lord Vader’s shuttle has arrived”. Po czym następuje wyborna scena rozmowy Vadera z przerażonym głównodowodzącym nowej Gwiazdy Śmierci, Tiaanem Jerjerrodem. Na poznanie kolejnego – anonimowego – dowódcy musimy poczekać aż do sceny, w której Luke oddaje się dobrowolnie w ręce Vadera. Dwóch dalszych anonimów widzimy w scenie wdarcia się rebeliantów do bazy imperialnej na Endorze: pierwszy krzyczy „freeze!” i obrywa od Hana Solo, drugi przybywa natychmiast z odsieczą i mierząc z blastera wypowiada kultowe dla fanów słowa „you rebel scum!”. Obaj strojami nawiązują do „czarnych” oficerów w rogatywkach z Nowej nadziei. Mamy jeszcze później jednego dowódcę w dialogu z Admirałem Piettem, lecz to wyczerpuje listę oficerów tego epizodu. Żaden z nich nie doczekał się figurki Kennera.

Trylogia prequeli (1999-2005), z uwagi na brak Imperium, nie może poszczycić się żadną postacią oficera (w ostatnich ujęciach Zemsty Sithów widzimy tylko młodego Tarkina i krzątających się po niszczycielu kilku anonimów). I dobrze – filmy te są ewidentnym wypadkiem przy pracy i ominięcie ich w jakimkolwiek zestawieniu powoduje wyłącznie ulgę prawdziwego fana Gwiezdnych wojen. Za to sequele (2015-2019) obdarzyły nas nielicznymi, acz prawdziwie krwistymi postaciami kadry mundurowej Najwyższego Porządku – następcy Imperium. W Przebudzeniu Mocy (2015) poznajemy żądnego władzy i zaszczytów Generała Armitage Huxa, rywala Kylo Rena jeśli chodzi o względy ich guru, złowieszczego Snoke’a. W Ostatnim Jedi (2017) Hux jest wyjątkowo mocno obijany (tradycyjnie bezdotykowo) zarówno przez pryncypała, jak i rywala, ale dożywa kolejnego epizodu. W początkowych scenach filmu pojawia się za to mój faworyt: Kapitan Moden Canady, dowodzący – w otoczeniu anonimowych oficerów, w tym jedynej jak dotąd kobiety! – pancernikiem Fulminatrix podczas ataku na bazę rebeliantów na D’Qar. Świetnie zagrana, zapadająca w pamięć rola, mimo, że Canady ginie wraz z całą załogą pancernika po skutecznym zrzuceniu na niego bomb przez dzielną Paige Tico (siostrę zupełnie niepotrzebnej postaci Rose Tico). W filmie zobaczyć jeszcze możemy Kapitana Edrisona Peavy, dowódcę z niszczyciela Finalizer – to on z trudem powstrzymuje uśmieszek podczas kpiarskiej rozmowy przez komunikator między Poe Dameronem a Huxem. Epizod Dziewiąty: Skywalker. Odrodzenie, którego premiera odbędzie się dzisiaj, wprowadza ostatnią postać naszej listy, Generała Pryde’a. Jego rolę powierzono charyzmatycznemu Richardowi E. Grantowi, możemy się zatem spodziewać ciekawego last but not least. Podziwiając jego wyczyny, wspomnijmy przy okazji wszystkich jego poprzedników z pozostałych filmów, tę najmniej docenioną zgraję starwarsowych zabłąkanych duszyczek, na usługach ciemnej strony Mocy.

Polscy producenci podróbek figurek firmy Kenner z lat 80 sięgnęli, i to dwukrotnie, po tę poświęconą Generałowi Veersowi. Uczynili to najpierw twórcy serii nieruchomej, wypuszczając na rynek dokładną, zastygłą kopię ruchomego oryginału. Była to jedna z najpopularniejszych figurek polskich w ogóle, liczebnie porównywalna z Chewbakką, Vaderem i szturmowcami. W większości zachowywała szary kolor pierwowzoru, lecz zdarzały się wersje czarne, niebieskie, zielone, brązowe, a nawet żółte i różowe. Inny polski Veers stał się częścią kultowej serii ruchomych figurek z Gdańska. Seria ta charakteryzowała się dodawaniem tylko trzech rodzajów kończyn do dwudziestu różnych korpusów – Veers został obdarzony rękami i nogami kennerowskiego Biker Scouta, przez co zatracił zupełnie podobieństwo do amerykańskiego oryginału. Początkowo produkowano go z jasnoszarej gumy, później kolor zmienił się na ciemnoszary.

Polskiego, nieruchomego, szarego wiarusa Veersa, kupionego w 1984 roku – jedną z moich ulubionych figurek z Gwiezdnych wojen tego czasu – posiadam do tej pory. 🙂

Mynocycki

Snowtrooper, polska podróbka, ca. 1986. Oryginał firmy Kenner był koloru białego.

Żują kable mocy. Te mynocycki?

Chałupnicza lista dialogowa czytana przez lektora na kasecie VHS z Imperium kontratakuje, późne lata 80.

Zima, początek roku, 1983. Stan wojenny, Górny Śląsk, Zabrze, kino Roma. Wystarczyło wyjść z mieszkania, z podwórka, z bramy, przejść przez ulicę, wydać 8 złotych i znaleźć się w innym, lepszym świecie. Tego dnia świat ten okazał się całą galaktyką, a siedmioletni urwis siedział z rozdziawioną z zachwytu szczęką, patrząc na migające mu przed oczami statki kosmiczne, roboty, potwory i stwory, planety, bohaterów w kostiumach, z bronią laserową i mieczami świetlnymi. Wyświetlano właśnie Imperium kontratakuje, a dzień ten odnotować muszę jako początek wielkiej, osobistej przygody z uniwersum Gwiezdnych Wojen. Przygody siłą rzeczy wybiórczej, lecz wciąż: fascynującej.

Epizod V: Imperium kontratakuje był pierwszym filmem serii, jaki zobaczyłem w kinie. Wcześniejszy Epizod IV: Nowa nadzieja znałem wyłączenie z opowieści starszej kuzynki, obejrzawszy go ostatecznie dopiero w 1989 roku w TVP – jednak żadna opowieść nie mogła oddać tego, co zobaczyłem w 1983 na ekranie. A zobaczyłem świat wiarygodny, wciągający, kuszący i egzotyczny. Poznałem dzielnego Luke’a, zawadiackiego Hana, charyzmatyczną Leię, budzącego grozę Vadera, antypatycznych szturmowców, włochatego Chewbaccę, eleganckiego Lando, nieporadnego C-3PO, zaczepnego R2D2, wiekowego Yodę, pozagrobowego Obi-Wana i tajemniczego Bobę Fetta. Po wyjściu z kolejnych seansów (gdyż wracałem do Imperium jeszcze kilka razy), szukaliśmy z kolegą przepalonych świetlówek na podwórkowym śmietniku i odtwarzaliśmy przy ich pomocy sceny walki na miecze świetlne. A gdy jeden z nas wyciągał teatralnym gestem dłoń w kierunku drugiego, obowiązkiem jego było udawanie duszenia się, jak po uderzeniu dawką Mocy. Po czym wracało się do domów, do szarej rzeczywistości. Tam zaś ani internetu, ani prasy kolorowej z artykułami o Sadze, ani zabawek z nią związanych. PRL, żelazna kurtyna, Miś Uszatek i Reksio. Do czasu.

Legendarne figurki firmy Kenner, przedstawiające postaci z Gwiezdnych Wojen, produkowane w latach 1977-1985, nie były dostępne w Polsce aż do roku 1989. Podczas gdy dzieci z krajów Zachodu pławiły się w kolorowym oceanie plastikowego szczęścia, nasi mali obywatele przeważnie nie mieli nawet pojęcia, że takie szczęście istnieje. Czasami ktoś komuś coś opowiedział, że rodzice przywieźli dziecku ludzika Star Wars z kontraktu zagranicznego, z wycieczki, z wyjazdu. Czasem ktoś cudem zdobył, metodą handlu wymiennego, od syna lub córki takiego rodzica, niezwykłej urody cacko, bijące na głowę jakością wszystko, co dostępne było na rodzimym rynku zabawkarskim. Polska natura nie znosi jednak próżni i w końcu szansę swoją odkryli nasi prywatni producenci (oficjalnie… nieistniejący, zrzeszeni w fasadowych spółdzielniach rzemieślniczych), którym w ręce wpadło nieco figurek Kennera. To, co nastąpiło później, było bezprecedensowym fenomenem, owocem połączenia polskiej myśli technologicznej, rynkowej przedsiębiorczości w realiach gospodarki socjalistycznej oraz kolosalnego popytu na produkty związane z popularnymi filmami.

Wkrótce po moim odkryciu Imperium kontratakuje w domu pojawiły się dwie ruchome, polskie figurki z Gwiezdnych Wojen: księżniczka Leia oraz pomarańczowy Człowiek pustyni. Nie znając Nowej nadziei, miałem problem z identyfikacją tej drugiej figurki – w końcu uznałem ją za Dartha Vadera bez hełmu. Około 1984 roku w sklepie zabawkowym Lalka zaczęły się pojawiać kolejne ludziki, w całkiem sporej ilości. To był przełom dla dziecka spragnionego gadżetów gwiezdnowojennych jak sucha roślinka deszczu. Oto w końcu można było obcować z wymienionymi wyżej bohaterami nie tylko podczas seansu w kinie, ale także w domu i na podwórku, bez ograniczeń, namacalnie. Z tą radością przyszło również rozczarowanie – to nie były figurki dobrze wykonane, przynajmniej nie wszystkie. Najpierw była seria nieruchoma, niezdatna do wykonywania jakichkolwiek czynności za pomocą kończyn oraz często wykonana w kolorach zupełnie nieprzypominających postaci z filmu. Szturmowcy byli wyłącznie srebrni lub złoci, Obi-Wan najczęściej zielony lub niebieski, zaś Luke, Han Solo i Leia bywali produkowani w różnych dziwnych barwach (na przykład „disco” Han w srebrnych portkach i kamizelce oraz błękitnej koszuli). Trzeba się było jednak cieszyć z tego co było i polować w sklepie na takie warianty, które chociaż zbliżały się do oryginału. Tymczasem na ekrany wchodził już Epizod VI: Powrót Jedi i figurkowy szał sięgnął zenitu. Był rok 1985.

Firma Elektrospółdzielnia z Gdyni wypuściła serię dwudziestu postaci, z ruchomymi rękami i nogami, zapakowanych w plastikowe bąble przypięte do kart z polskimi tytułami wszystkich trzech filmów. Pojawiały się w sklepie zabawkowym nieregularnie i praktycznie natychmiast znikały. Trzeba było zawsze najpierw uprosić mamę o fundusze na jedną lub dwie i prędko ruszać na łowy, by zdobyć jakiś wyględniejszy egzemplarz. Gdyż również ta seria potrafiła zaskoczyć kolorystyką. Do tego tym dwudziestu postaciom firma zdecydowała się doczepić tylko trzy rodzaje rąk i nóg, więc nie było mowy o zbytnim podobieństwie do oryginałów Kennera – na szczęście nie mieliśmy wówczas pełnego porównania. I na dobitkę kończyny te nader często odpadały i się gubiły, ale wciąż – figurki były ruchome. W połączeniu z serią nieruchomą – z którą dublowało się kilka postaci – można było zgromadzić zestaw co ważniejszych bohaterów filmu i odgrywać sporo interesujących scenek. Ci bardziej zdeterminowani odcinali nieruchomym ludzikom ręce, przypinając je potem szpilkami oraz przemalowywali szturmowców na biało farbkami plakatowymi lub olejnymi. Ale byli i tacy, jak mój kolega z podwórka, jakiś dziwny, bo z niczego tak się nie cieszył, jak ze swojego disco Hana. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, iż antycypował zjawisko, które opanowało świat kolekcjonerski kilkadziesiąt lat później.

Ostatnią zauważalną serią polskich figurek (od około 1986, później nazwaną deluxe) były cztery postaci wykonane dość solidnie i ruchomo, produkowane w Łodzi: Yoda, At-At driver, Strażnik gamorreański oraz Ree-Yees. Yody potrzebowałem jak powietrza, więc machnąłem nawet ręką na dziwną kolorystykę (zielony z czerwonymi rękami i akcesoriami) oraz brak szaty. Strażnikiem gamorreańskim wzgardziłem, gdyż miałem już oryginalnego, kennerowskiego, wyhandlowanego od innego kolegi z podwórka razem z Bobą Fettem i pilotem TIE fightera. Te trzy arcydziełka zachodniego przemysłu zabawkarskiego powodowały we mnie zrozumiałe rozżalenie, iż reszta, made in Poland, była co najwyżej wyrobem figurkopodobnym. Wkrótce zresztą zainteresowanie Gwiezdnymi Wojnami oraz figurkami we mnie mocno wygasło, a lata później, po studiach, do Warszawy przenosiłem się zabierając ze sobą wyłącznie kennerowskiego strażnika gamorreańskiego, na zasadzie sentymentu.

Przez jakieś dwie dekady, od 1987 roku, nie zdawałem sobie sprawy ani z rzeczywistej skali produkcji polskich podróbek Star Wars (części ich serii i postaci nigdy nie było mi dane zobaczyć w dzieciństwie), ani z ich wyjątkowości na tle innych krajów produkujących podróbki (równać się z nami mogą tylko Turcja, Węgry, Brazylia i Meksyk), ani z rosnącego od końca lat 90 zainteresowania tymi wyrobami światowych kolekcjonerów, zwłaszcza zaś tymi najdziwniej pokolorowanymi. Sentyment wrócił w roku 2007, i to początkowo wyłącznie w stosunku do ludzików Kennera, które postanowiłem skompletować na zasadzie rekompensaty za ich brak w młodości. Szukając sposobów na ich zdobycie, natykałem się na opisy polskich serii z lat 80 i oniemiałem wobec ogromu zjawiska. Głupio się przyznać, lecz mało kiedy nachodziły mnie tak patriotyczne uczucia, jak podczas uświadomienia sobie, jaką podróbkową potęgą był mój kraj w tak trudnym dla przemysłu zabawkarskiego czasie. Czyniąc długą historię krótką: nie spocząłem, nim nie skompletowałem wszystkich wzorów (ważne słowo, gdyż skompletowanie wszystkich kolorystycznych wariantów jest po prostu niemożliwe), co zajęło mi kilka lat mozolnych, wytrwałych łowów oraz uczyniło jednym z trzech na świecie posiadaczy takiej kompletnej kolekcji i autorem pierwszego w historii książkowego przewodnika po tych figurkach.

Wielką pomocą i przewodnikiem w pierwszych miesiącach tych łowów była dla mnie strona internetowa Jakuba Turkiewicza, człowieka nie tylko bezgranicznie oddanego sprawie, nie tylko chodzącej encyklopedii w temacie, ale i obdarzonego wysokiej próby poczuciem humoru, korespondującym z takim, jakie pamiętałem z Imperium kontratakuje czy Powrotu Jedi, przefiltrowanym przez swoistą, polską ironię. Tym bardziej więc wzruszyłem się, gdy Jakub skontaktował się ze mną ponad dwa lata temu informując, że wraz z Radosławem Salamończykiem kręcą pełnometrażowy dokument o percepcji Gwiezdnych Wojen w realiach PRL, i że jego część poświęconą figurkom chcą nakręcić między innymi z moim udziałem. Jak powiedzieli, tak uczynili, pojawili się, sfilmowali kolekcję i moje wypowiedzi i zniknęli. Film pod tytułem Wojna Gwiazd został zakończony latem 2018 roku i od tej pory prezentowany jest na festiwalach o tematyce fantastycznej oraz na pokazach specjalnych w różnych miastach Polski. Do Warszawy dotarł dopiero w tym tygodniu, z okazji cyklu Praga Gada i w końcu miałem okazję obejrzeć to 90-minutowe, sentymentalne arcydzieło.

Gdyż jest to coś więcej niż dokument. Coś więcej niż kolejny film o Gwiezdnych Wojnach. To podparta rzetelnymi, kompetentnymi badaniami (gwarantowanymi przez doświadczenie Jakuba), zmyślnie skonstruowana podróż do świata już nieistniejącego, do ludzi tworzących alternatywną rzeczywistość w latach 80, do realiów odbioru fenomenu, którego pojawienia się w Polsce nikt nie mógł przewidzieć, a który zawładnął wyobraźnią Polaków mimo odcięcia od właściwie wszystkiego z nim związanego poza samymi trzema filmami w kinach. Mamy więc opowieść o przedsiębiorczości, o samoorganizowaniu się młodych ludzi w fankluby, o zdobywaniu strzępków informacji, wycinków prasowych i gadżetów zza żelaznej kurtyny, o wędrowaniu po kraju razem z kopiami filmu, o pierwszych doświadczeniach z chałupniczo wytwarzanymi kasetami VHS i jeszcze bardziej chałupniczo drukowanymi wydawnictwami drukowanymi. Autorzy filmu dotarli do fascynująco interesujących postaci z całego kraju, postaci z krwi i kości, których młodość związana była ze zorganizowanym uwielbieniem dla Gwiezdnych Wojen, do twórców fanklubów, do właścicieli sentymentalnych kolekcji VHS czy muzeum zabawek. Fragment poświęcony figurkom jest tylko częścią tej historii, istotną, acz ustępującą w kwestii emocjonalnej zwierzeniom tych właśnie oddanych pionierów polskiego ruchu fanowskiego Star Wars. To film zdecydowanie należący do gatunku tych, których doniosłość i potrzebę powstania docenia się dopiero po jego obejrzeniu – on rejestruje coś, o czym niedługo nikt nie będzie pamiętać. Powstał właściwie w ostatniej chwili. Mimo jego istnienia od półtora roku, nie chciałbym jeszcze, by trafił do sieci. Naprawdę warto zadać sobie trud odszukania okolicznościowych pokazów w różnych miejscach w kraju, odczuć tę magię w sali kinowej, porozmawiać po seansie z twórcami, może przywołać własne wspomnienia z lat 80.

Jakub Turkiewicz napisał także książkę, pod tym samym tytułem: Wojna Gwiazd, opisując wspomniane zjawisko w sposób znacznie bardziej metodyczny i dogłębny. Trzymam kciuki, by krajowym wydawcom wystarczyło wyobraźni, by dostrzec potencjał takiej pozycji na rynku. Tu nie idzie o same Gwiezdne Wojny. Tu rzecz jest o narodowym zrywie, którego częścią dane mi było być w małej, zabawkarskiej odsłonie, a który może być tylko powodem do dobrze pojętej dumy.

A po latach okazało się, że przygodę z Gwiezdnymi Wojnami zaczynałem od epizodu uznanego za jeden z dwóch najwybitniejszych sequeli w historii kina, obok Ojca chrzestnego 2. 🙂