Outfits

Carrie Fisher jako Księżniczka Leia, Imperium kontratakuje, 1980.

Wciąż kazali mi zrzucać wagę. Chcieli zatrudnić tylko część mnie, jakieś 3/4.

Carrie Fisher o warunkach w umowach z Lucasfilm.

Pytacie, ile strojów mogła mieć Księżniczka Leia Organa łącznie we wszystkich epizodach Gwiezdnych wojen? Myślicie, że pamiętacie je wszystkie? Że było ich dosłownie kilka? Odpowiedź brzmi: piętnaście! I niektóre naprawdę warte są solidnej wzmianki.

Nowa nadzieja, kinowy początek Sagi z 1977 roku, to dość monotonny kostiumowo epizod. Nic dziwnego – George Lucas chciał wyraźnie zarysować postaci bohaterów, związać widownię emocjonalnie nie tylko z aktorami, ale i z ich strojami. Nikt się tu nie może mierzyć z Benem Kenobi czy Chewbakką, którzy paradują przez całą Trylogię w jednej wersji szat/futra. Również Darth Vader, Gubernator Tarkin oraz ich oficerowie trzymają się w Epizodzie 4 jednego fasonu. Han Solo ma dwie stylówki (oryginalną oraz przebranie szturmowca), Luke o dwie więcej (farmerską, szturmowcową, kombinezon pilota, odświętną na wręczenie medalu). Leia przez cały film nosi jedną tylko, zwiewną, białą szatę, której niewątpliwym dopełnieniem jest podwójny nausznik włosów – znak rozpoznawczy postaci na wieki wieków. Przebiera się tylko raz, na sam koniec, w szaty bardziej oficjalne, z fryzurą bardziej twarzową, by wręczyć medale Luke’owi i Hanowi (pomijając Chewbakkę, co zostanie naprawione dopiero w Epizodzie 9). Co ciekawe, Lucas upierał się, że w kosmosie nie ma bielizny, więc pod kostiumami nie znajdziemy biustonosza.

W Imperium kontratakuje poznajemy księżniczkę w biało-beżowym, pikowanym kombinezonie roboczym, przydatnym w bazie Rebeliantów na zimowej planecie Hoth. Długo nie doceniałem tego kostiumu, lecz z czasem wydaje mi się on jednym z bardziej interesujących i dobrze noszonych przez Carrie Fisher. Widzimy ją w nim jeszcze później na pokładzie Sokoła oraz podczas ucieczki z Miasta Chmur. W samym mieście dostaje ona od Lando Calrissiana zwiewne, orientalne szaty w kolorze bordo: sindbady, tunikę i płaszcz. Wygląda pięknie, acz skromnie. Siła tego epizodu polega jednak na tym, iż właściwie nie pamiętamy kostiumów Lei, bardziej wciąga nas akcja i relacje między bohaterami. Fakt pozostaje faktem – W Imperium kontratakuje Leia nosi wyłącznie spodnie.

Powrót Jedi przynosi największe zróżnicowanie kostiumów Lei. Zaczynamy od niespodzianki – księżniczka przybyła pod przebraniem do pałacu Jabby, by uwolnić ukochanego Hana. Przebraniem tym jest strój łowcy nagród, Boushha, przynętą jest Chewbacca, elementem perswazji zaś ręczny detonator. Plan upada podczas rozmrażania Hana z karbonitu, Leia zostaje zdemaskowana i pozbawiona kostiumu. Dosłownie. W następnych scenach widzimy ją bowiem w odzieniu, które wkrótce stało się kultowe, nie tylko dla wyznawców Star Wars. Księżniczka Organa staje się oto niewolnicą Jabby, trzymaną przez niego na łańcuchu uwiązanym do szyi, eksponującą ogromną większość niewyobrażalnie seksownego ciała, zakrytego jedynie tak zwanym „metalowym bikini„, z dwoma fragmentami materiału u pasa. To o tym stroju opowiadała Carrie Fisher gdy wspominała spotkanie z fanem: „powiedział mi: myślałem o Tobie każdego dnia odkąd miałem 12 lat do skończenia 25! Każdego? Tak, czasem nawet cztery razy!”. Sama aktorka miała stosowny dystans do przedmiotowego traktowania jej ciała w tym kostiumie; bardziej skupiała się na nienawidzeniu postaci Jabby, odczuwając nielichą satysfakcję podczas kręcenia sceny duszenia go łańcuchem. Po skutecznej ucieczce i powrocie do bazy Rebeliantów księżniczka szykuje się do akcji wyłączenia ochrony drugiej Gwiazdy Śmierci na księżycu Endor, co skutkuje założeniem skromnego, szarego kostiumu z kamuflującym ponczo w zielonych odcieniach moro. W nim też mogłaby zakończyć udział w tym filmie, całując się z oniemiałym Hanem po wygranej bitwie. Tymczasem jednak zostaje przechwycona przez wojownicze Ewoki jako ni to gość, ni bogini, ni więzień, w związku z czym otrzymujemy najsłabszą kreację w całej starej Trylogii – zarówno lniany przyodziew, jak i rozpuszczone, zbyt długie włosy, dodają lat i ujmują czaru jednej z najpiękniejszych kobiet w galaktyce. Mimo że następuje kolejny zwrot akcji i Leia wraca do kostiumu z ponczo, na sam koniec widzimy ją znowu w zgrzebnym worku, w scenie – o zgrozo – radosnej imprezy po zwycięstwie nad imperium.

Księżniczka Organa, już jako generał, wraca po latach w Przebudzeniu Mocy (2015), odziana w dwa kostiumy. Pierwszy, nazwany przez Carrie Fisher „pracownicą stacji benzynowej„, to szara koszula i spodnie oraz fioletowa kamizelka. Drugi to już gustowna, ciemna suknia z filcowym płaszczem, zwieńczona fryzurą, którą niezawodna odtwórczyni Lei nazwała z kolei „dupą pawiana”. W Ostatnim Jedi (2017) ubrano Leię w szaty zachwycające krojem i wzbudzające szacunek stonowaną kolorystyką. To dwa różne kostiumy, choć bardzo do siebie podobne. W jednym krząta się na mostku kapitańskim i odbywa niesławną wycieczkę w przestrzeń kosmiczną, w drugim prezentuje najpiękniejsze swoje ujęcie w całej Sadze – moment refleksji u wrót bazy Rebeliantów na Crait. Mało kto pamięta jednak o trzecim stroju Lei w tym epizodzie: zaistniał on na krótko w scenie, w której bunt Poe Damerona zostaje stłumiony poprzez strzał z ogłuszacza za sprawą Generał Organy w… sukni szpitalnej, po cudownym ocaleniu z kosmicznej próżni. Najnowszy, ostatni epizod Sagi Skywalker. Odrodzenie – przywrócił Carrie Fisher z martwych (odeszła w 2016 roku), używając archiwalnych zdjęć z Przebudzenia Mocy. Leia ma tu bordowo-grafitowy kostium, ostatni, w jakim ją zapamiętamy.

Wszystkie powyższe kreacje dają w sumie czternaście outfitów. Gdzie piętnasty, zapytacie? Ano w Epizodzie 3, Zemście Sithów – w ostatnich scenach nowo narodzona Leia mości się w gustownym beciku, na ręku przybranych rodziców, którzy dadzą jej przybrane nazwisko: Organa…

Firma Kenner wypuściła w latach 1977-1985 pięć różnych figurek księżniczki: klasyczną z Nowej nadziei, w stroju z Hoth, z Miasta Chmur, w przebraniu Boushh oraz tę w ponczo. Późniejsze figurki firmy Hasbro nadrobiły wszystkie pozostałe kreacje Lei, choć – jak u pozostałych postaci – zatraciły pierwotnego ducha zabawek Star Wars. Do dziś zapaleni kolekcjonerzy prześcigają się w rekonstrukcjach figurki Lei w metalowym bikini, takiej, jaka mogła się pojawić w serii Kennera w latach 80. Z kolei firmy Kotobukiya, Sideshow Collectibles oraz Gentle Giant prześcigają się w kolejnych hiperrealistycznych przedstawieniach Lei z poszczególnych filmów, znacznie większych rozmiarami od wspomnianych zabawek. Patrząc na twarz Carrie Fisher, oddaną w nich z ogromną pieczołowitością, można zrozumieć jej wypowiedź, sygnalizującą zarówno radość, jak i piętno: „księżniczka Leia to ja”.

Polskie podróbki figurek z lat 80 wzorowały się tylko na tej pierwszej kennerowskiej, za to w trzech różnych wersjach producenckich i wielu wariantach kolorystycznych.

Harvest

Carrie Fisher jako Leia Organa w Epizodzie 8: Ostatnim Jedi, 2017.

Let’s just do it, it’s only a movie.

George Lucas, podczas kręcenia Nowej nadziei (1977).

Tydzień. Tyle zostało do premiery 9 Epizodu Gwiezdnych wojen: Skywalker. Odrodzenie. Więcej filmów nie będzie, nie w głównej serii Sagi. Zamykamy temat nie tylko tej ostatniej trylogii, ale i wszystkich dziewięciu ogniw. Czego się może spodziewać fan, wierny królestwu Lucasa odkąd w 1983 roku zobaczył na wielkim ekranie Imperium kontratakuje? Czy można powtórnie stworzyć kulminację napięcia po tak wyrazistym finale, jaki miał miejsce w Powrocie Jedi? Czy dzieje dojrzałej Lei, Luke’a, Hana jako tła dla nowych młodych bohaterów mogą jeszcze kogoś fascynować? By na to rzeczowo odpowiedzieć, warto przyjrzeć się historii Gwiezdnych wojen od pierwszego okruszka, od ziarenka, z którego wszystko wykiełkowało. Od nakręconej ponad 40 lat temu Nowej nadziei.

Był rok 1977, po dwóch latach mozolnych i pełnych przeszkód prac produkcyjnych, na ekrany wybranych amerykańskich kin wszedł obraz, który na zawsze miał zmienić oblicze przemysłu filmowego. Od strony technicznej i aspiracji artystycznych wszystko w nim było nowe względem tytułów klasy B i C, dominujących kinie sci-fi. Od strony scenariusza – wszystko w nim było stare i skądś znajome, choć z początku niewiele osób zdawało sobie sprawę, jak bardzo eklektyczny – w najlepszym możliwym znaczeniu – był to film. Od strony aktorskiej była to eksplozja atomowa z udziałem głównie nowych twarzy, idealnie dobranych do ról kosmicznych bohaterów. Najlepsze w tym wszystkim było zaś to, że efekt końcowy przez cały czas kręcenia Gwiezdnych wojen tkwił wyłącznie w głowie George’a Lucasa, którego główne studia filmowe odprawiały z kwitkiem, gdy próbował namówić je do ekranizacji swego dziwacznego scenariusza. Efekt ten zaś powalił wszystkich – kolejni widzowie histerycznie rzucali się do kin, realizatorzy zdawali sobie w końcu sprawę, co stworzyli, recenzenci garnęli się do analizy fenomenu, który się właśnie narodził.

Co bowiem dał nam Lucas w 1977 roku? Dał „operę kosmiczną” z elementami westernu i kina wojennego, obficie czerpiącą ze światowej kinematografii, od kina niemego począwszy. Dał opowieść zainspirowaną lekturą Bohatera o tysiącu twarzy (1949/1968) Josepha Campbella, dał przekonujący wszechświat idei, postaci i scenografii. Dał idoli do podziwiania i wyrazistą walkę ciemnej i jasnej strony Mocy, dał radość i humor, strach i nadzieję; dał w końcu zjawiskową ścieżkę muzyczną Johna Williamsa – coś niespotykanego w innych obrazach fantastycznych. Dzięki zaś wbijającym w fotel efektom specjalnym (dziełu powstałej w tym celu firmy Industrial Light and Magic, pierwsze w filmie ujęcie lecącego gwiezdnego niszczyciela do dziś robi wrażenie) z łatwością ukrył fakt, iż wszystko to już kiedyś było, w innych książkach, w innych filmach, w innej galaktyce. Muzyka Williamsa to przecież żywcem przeniesiona z wagnerowskiego teatru operowego idea leitmotivów, podrasowana brzmieniem Planet Gustava Holsta. Losy bohaterów to fantazja na odwieczne tematy mitologiczne, elementy kostiumów (autorstwa Ralpha McQuarrie’a, współodpowiedzialnego za całą wizualną warstwę GW) inspirują się czasem estetyką samurajską (Vader), czasem Metropolis Fritza Langa z 1927 roku (C-3PO). Sceny walk w kosmosie były wiernym przeniesieniem podobnych scen z udziałem samolotów w filmach o drugiej wojnie światowej. Wszystkie te zapożyczenia niczego nie ujmują wyobraźni Lucasa, który posklejał je w tak niewyobrażalnie przekonujące uniwersum jak nikt przed nim ani po nim.

W ten wszechświat scenerii i postaci – wszechświat posępnego panowania złowieszczego imperium – rzuceni są główni bohaterowie, odtwarzani przez nieznanych wówczas Marka Hamilla (prostolinijny Luke) i Carrie Fisher (charyzmatyczna Księżniczka Leia) oraz nieco bardziej znanego Harrisona Forda (łobuzerski Han Solo,). Towarzyszą im kolejni, w tym takie tuzy, jak Alec Guiness (melancholijny Obi-Wan) czy Peter Cushing (demoniczny Gubernator Tarkin) oraz James Earl-Jones (porażający głos Dartha Vadera), Anthony Daniels (unikalny głos i ciało C-3PO) i Peter Mayhew (urodzony gigantyczny Chewbacca). Każda postać napisana jest bezbłędnie, nie czujemy cienia fałszu, aktorzy zachowują się w sposób perfekcyjnie naturalny. Autentyczność podkręcona jest jeszcze dominującą estetyką schyłkowości – poruszamy się po świecie mocno sfatygowanych pozostałości po lepszych, minionych czasach. Niby odległa galaktyka, a jednak swojsko. Widzowie mieli za co film pokochać.

Na tym etapie Lucas nie mówił jeszcze głośno o kontynuacji, a w szczególności o dziewięciu epizodach. Decyzja nakręcenia dwóch kolejnych części zapadła jednak szybko, jako konsekwencja oszałamiającego sukcesu kasowego. Do filmu z 1977 roku dodano więc podtytuł Nowa nadzieja oraz numer epizodu: 4. Od tej chwili oficjalnie zaczęło się mówić o dwóch, a z czasem i o trzech trylogiach. Lucas zaś plątał się w zeznaniach – raz mówił, że od zawsze planował trzy trylogie i zaczął kręcenie od środkowej, kiedy indziej zaś, że wystarczą dwie, i że nakręcenie tej sprzed czasów Luke’a i Lei (numery 1-3) odkłada na dużo później.

Tymczasem nadszedł rok 1980 i przyniósł coś spektakularnego: sequel, który okazał się wybitniejszy od oryginału. Jeżeli ktoś dostrzegał w Nowej nadziei pewne uchybienia, zwłaszcza w postaci infantylnie prowadzonej narracji, Epizod 5Imperium kontratakuje – to był potężny zastrzyk mroku i głębi. Niemała w tym zasługa odważnej decyzji Lucasa, który zdecydował się powierzyć reżyserię swemu byłemu nauczycielowi, Irvinowi Kershnerowi. Wszystko jest w tym filmie omal idealne – dialogi, gra aktorska, scenariusz, zdjęcia, reżyseria, scenografia, oczywiście muzyka. Wprowadzono nową postać – mistrza Yodę – który nie dość, że udowodnił, iż ręcznie sterowana kukiełka może zagrać wybitną rolę filmową, to jeszcze skutecznie wprowadził Luke’a – i nas – w tajniki pogłębionej duchowości (metafizyczna scena w jaskini ciemnej strony Mocy!). Innym nowym bohaterem jest Lando Calrissian, grany przekonująco przez Billy’ego Dee Williamsa, odtąd bożyszcze wielu fanek SW. Finał epizodu przyniósł zaś jeden z najbardziej znanych zwrotów akcji w historii kina: „I am your father” brzmiało tak złowieszczo i niespodziewanie, że było o czym dyskutować po seansie. Fisher, Ford i Hamill grają tym razem jakby bardziej serio, po sukcesie Nowej nadziei już świadomi, w czym biorą udział. Po latach Imperium kontratakuje uznane zostanie za najlepszy obok Ojca chrzestnego 2 sequel w historii kina.

Histeria związana z oczekiwaniem na Epizod 6 zmusiła twórców do kręcenia go w ukryciu, pod zwodniczym tytułem Blue harvest. Ostateczny tytuł zmieniał się jeszcze dosłownie w ostatniej chwili, film był zapowiadany w reklamach i seriach zabawek jako Revenge of the Jedi, by stać się ostatecznie Powrotem Jedi. Reżyserię tym razem powierzono Richardowi Marquandowi, twórcy bez większego dorobku choć nie bez talentu. Obraz olśniewał rozmachem – cały pierwszy akt, dziejący się w pałacu bezwzględnego gangstera Jabby, to popis możliwości twórców stworów i potworów oraz efektów specjalnych, jak również okazja do wprowadzenia kultowego kostiumu metalowego bikini Lei jako niewolnicy Jabby. Aktorzy znów nie zawiedli, scenariusz był ponownie spójny, choć wprowadzenie w kluczowym momencie akcji filmu irytujących dla fanów Sagi Ewoków spowodowało pewien niesmak. Jeżeli uznać to za skazę, to rekompensuje ją całkowicie scena konfrontacji Luke’a i Imperatora, majstersztyk kina mroku i festiwal gry aktorskiej Iana McDiarmida. Film zawiera też jedną z bardziej ikonicznych scen otwierających – przybycie Vadera na drugą Gwiazdę Śmierci (muzyka! zdjęcia! dialogi!). Element zaskoczenia jest tym razem niższej rangi niż ten w Imperium – Leia okazuje się być siostrą Luke’a. Natomiast samo zakończenie to prawdziwe non plus ultra – wszystkie wątki zostają zamknięte, zło ostatecznie pokonane, losy bohaterów wyjaśnione, rozliczenia dokonane. I tak jak świat zaczął od tej chwili czekać na trylogię prequeli, tak nie sposób było wyobrazić sobie, czym można przykuć uwagę widza w wydarzeniach rozpisanych PO takim finale.

Pierwsza trylogia miała wszystkie dane, by stać się powszechnie rozpoznawalnym fenomenem i źródłem fanatycznego uwielbienia milionów fanów na całym świecie. Można było nie oglądać Gwiezdnych wojen, ale nie można było nie otrzeć się o ich elementy obecne w debacie publicznej, przemyśle zabawkarskim czy odniesieniach w popkulturze. Główni aktorzy stali się niekwestionowanymi idolami, powstała międzynarodowa siatka fandomów, zwielokrotniona w momencie pojawienia się internetu. George Lucas stworzył zjawisko nieporównywalne do niczego innego w historii kultury masowej. Uczynił to łącząc ze sobą elementy pozornie niepasujące, lepiąc opowieść, która mistrzowsko wprowadza nas w uniwersum postaci, idei i miejsc. Wszystko trzyma się kupy, a nawet jeżeli się nie trzyma (fizycy mieli niezły ubaw wobec niektórych zjawisk pokazanych na ekranie), dajemy się z łatwością uwieść tej historii. Niestety, nie powtórzyło się to w kolejnych filmach.

Trylogia prequeli, epizody 1-3, miała nam ukazać kulisy przejścia Anakina Skywalkera na ciemną stronę Mocy. Miała być analizą rodzenia się zła, mrocznym konterfektem duszy targanej pokusami łatwiejszego osiągania celów. Przyzwyczajeni do sfatygowanego świata epizodów 4-6, oczekiwaliśmy genezy jego powstania, otrzymaliśmy zaś nieoczekiwanie cukierkowy obraz republiki w czasach jej największej świetności, z zastępami Jedi, biurokratycznym senatem, milionami układów słonecznych, lśniącymi strojami i pojazdami, wszystko zaś w robiącej wrażenie, ale na dłuższą metę męczącej widzów i aktorów technice greenscreen’u. To wszakże tylko powierzchnia, technikalia, narzędzia, za pomocą których można jeszcze było od biedy przeprowadzić składną intrygę, podpierając się dobrym scenariuszem, świetną reżyserią i błyskotliwą grę aktorską. Tak się jednak składa, iż owa powierzchnia stanowi bodaj najbardziej – obok muzyki – wartościowy element nowej trylogii. Ku rozpaczy fanów.

Katastrofę zwiastowała już deklaracja, iż Lucas wraca za kamerę, reżyserując wszystkie trzy filmy nowej trylogii. Napisał też nudny, trywialny, infantylny i dający się zmieścić w jednym filmie scenariusz, pełen sztywnych dialogów, nieśmiesznych żartów i karykaturalnych teorii (midichloriany, odpowiedzialne za Moc oraz za pojawienie się na świecie Anakina). Przede wszystkim zaś, z kosmicznego westernu, z brawurowej space opera, Gwiezdne wojny zredukowane zostały do kina familijnego klasy B, do Domku na prerii, przeznaczonego dla odbiorców wczesnego wieku szkolnego. Symbolem tego nieporozumienia pozostanie po wiek wieków niewybaczalnie prymitywna postać Jar Jar Binksa.

Nie wchodząc w szczegóły – w pierwszym filmie, Mrocznym widmie, widzimy dzieciństwo Anakina, w drugim, Ataku klonów – jego młodość, trening Jedi i relację z królową Amidalą. Wszystko to z rodzącym się wielkim politycznym konfliktem w tle, który ma doprowadzić do wojen klonów, upadku republiki i powstania imperium. To wszystko następuje w epizodzie trzecim, Zemście sithów, gdzie dodatkowo obserwujemy przejście Anakina na ciemną stronę Mocy i triumf Imperatora. Ta część – której treść w nadziei fanów miała stanowić scenariusz całej trylogii – mogłaby w rękach jakiegoś bardziej zdolnego reżysera uratować przynajmniej najbardziej interesujące wątki. Niestety, Ian McDiarmid jest o całe parseki odległy od swej kreacji z Powrotu Jedi, a jego operowanie mieczem świetlnym po prostu marne. O charyzmie aktorów odtwarzających role Amidali (Portman), Anakina (Christensen) czy Obi-Wana (Mcgregor) można powiedzieć tyle, że tak gra się na pierwszym roku szkoły aktorskiej lub w ekranizacji Wiedźmina z 2001 roku. Nawet Yoda razi swoją komputerowo wygenerowaną postacią. Wszystko zresztą jest tanie, plastikowe, efekciarskie i odpustowe. Wszystko poza muzyką – Williams dokonał cudu i niektóre fragmenty ścieżki dźwiękowej (Duel of the Fates) stały się prawdziwymi przebojami. Lucas wszelako do dziś zarzeka się, iż zrealizował 100% swoich oczekiwań względem prequeli. Po czym zabrał się za ulepszanie starej trylogii, w większości wzbudzając niesmak fanów. Jedyną tego korzyścią było ukazanie się w końcu oficjalnych wydań DVD starych filmów, w tym poprawionych jakościowo wersji bez zmienionych scen.

Mijały lata, media w końcu podjęły temat ostatniej trylogii. Lucas przyjął strategię zaprzeczania, by kiedykolwiek taką planował. Miał się czego bać – reakcja na prequele była co najmniej chłodna, zaś zakończenie Powrotu Jedi tak zdecydowane, że kontynuacja serii rodziła już tylko eskalację ryzyka. Wybrał w końcu rozwiązanie iście salomonowe – sprzedał firmę i wszystkie prawa do franczyzy Disneyowi, który natychmiast ogłosił plan nakręcenia ostatnich trzech epizodów (oraz wielu innych filmów z uniwersum, lecz nie o tym tutaj). Świat zamarł. Gorzej być nie mogło: wytwórnia specjalizująca się w płytkiej komercji położyła rękę na ostatnim bastionie wysokobudżetowego kina niezależnego. Na obiekcie kultu miliardów fanów na całym świecie.

W 2015 roku światło dzienne (lub raczej: mrok sali kinowej) ujrzało Przebudzenie Mocy. Za kamerą – J.J. Abrams. I czego by nie mówić – zapanowała ogromna ulga. Po pierwsze, to nie była estetyka Disneya. Po drugie, to nie była estetyka i jakość prequeli. Po trzecie, dostaliśmy aktorów starej trylogii: Fisher, Hamilla, Forda. Po czwarte, twórcom zależało na odniesieniach do wielu elementów filmów z lat 1977-1985. Może zbyt wielu. Zachowali bowiem przy tym tak daleko idącą ostrożność, że nie dodali praktycznie niczego od siebie – jeżeli nie liczyć wątłej nowej historii z nowymi bohaterami. Humor – jest, charyzma aktorów – przeważnie jest, zdjęcia i reżyseria – miód, efekty – wow, muzyka – jak zawsze. Historia jednak, co było do przewidzenia, mimo nowych postaci, odznacza się daleko idącą wtórnością. To samo dotyczyło Ostatniego Jedi, Epizodu 8, dzieła Riana Johnsona – nadgorliwego reżysera i scenarzysty, który postanowił pójść swoją drogą i wątłą intrygę tylko jeszcze pogmatwał. Mitu raz zwieńczonego wskrzesić się nie da, a wejście w stare kalosze typu: znów rządzi imperium, znów bijemy rebelię, znów Jedi są zagrożeni wywołuje raczej uczucie politowania niż ekscytacji. Fisher, Hamill i Ford nie są w stanie wiele pomóc, są cieniami samych siebie. W dodatku przed premierą Epizodu 8 nastąpił cios straszliwy: Carrie Fisher opuściła nas na zawsze. Leia, po Hanie w Przebudzeniu i Luke’u w Ostatnim Jedi, miała być główną „starą” postacią finałowego epizodu. To już nie nastąpi, zwłaszcza że realizatorzy uparli się nie wskrzeszać jej komputerowo ani werbować dublerki (choć były – słuszne moim zdaniem – petycje w sprawie udziału Stevie Nicks, liderki zespołu Fleetwood Mac). Pozostaje napawać się najpiękniejszym ujęciem Lei z wszystkich epizodów: stojącej w płaszczu z kołnierzem u wrót bazy rebeliantów na planecie Crait. Tymczasem w produkcji mamy impas, za kwadrans dwunasta, tuż przed najbardziej oczekiwanym finałem wszystkich sag świata.

Co wiemy? Będzie ponownie J.J. Abrams. Będzie Lando Calrissian – wraca Billy Dee Williams. Będzie większy i mroczniejszy udział C-3PO, ignorowanego konsekwentnie przez wszystkie epizody z lat 1999-2017, a kluczowego dla narracji filmów starej trylogii. Będzie powrót z martwych Imperatora z Ianem McDiarmidem. Mimo uwielbienia dla tej postaci, jej wskrzeszenie obniża znacznie wiarygodność scenariusza. Jeżeli ma być pokryciem niezręczności uśmiercenia Snoke’a – głównego źródła zła – już w poprzednim filmie, nie tędy droga, państwo Disneyowie. Będzie Leia posklejana z niewykorzystanych ujęć do Przebudzenia Mocy. No i będzie z pewnością zamknięcie wątków Rey i Kylo Rena – niestety dotąd widzowie zdążyli już przestać się interesować ich losami, tak bardzo nie wiadomo, o co im naprawdę chodzi. Także Rey – obok C-3PO – ma pokazać ciemną stronę: wybornie, tego jeszcze brakowało. Poe i Finn, świetnie grani, są postaciami napisanymi co najmniej chaotycznie, zmierzającymi donikąd. R2-D2 już od dawna nie gra żadnej roli, Chewbacca podobnie (w kwietniu żegnaliśmy Petera Mayhew, pierwszego, kultowego odtwórcę tej roli). Niepokoi wprowadzanie nowych postaci – dwóch żeńskich i jednego robota. Już Rose i DJ z Ostatniego Jedi razili epizodycznością, bez jakiejkolwiek korzyści dla akcji filmu. Zwiastuny zaś nie napawają optymizmem, racząc nas ujęciami żywcem z Opowieści z Narni. George Lucas w ogóle przestał się wypowiadać na temat filmu, odsunięty przez Disneya na boczny tor.

Czy stanie się cud i duch Gwiezdnych wojen ożyje? Czy realizatorom uda się z sukcesem zamknąć choćby wątki tej aktualnej trylogii, o ukoronowaniu całej sagi nie wspominając? Czy pozostaniemy z niesmakiem, że oto wyciągnięto nam z kieszeni kolejne pieniądze, obiecując wskrzeszenie emocji sprzed 40-35 lat? Rokowania są słabe. Wprawdzie wciąż o niebo lepsze od epizodów 1-3, lecz nadal słabe, jeżeli mówimy o TYM duchu i TYM kulcie. Może więc warto jeszcze przed pójściem do kina ostatecznie pogodzić się z faktem, iż powtórki z rozrywki po prostu nie będzie. Bo nigdy nie miało być. Bo do tej samej rzeki nie wstępujemy dwa razy przede wszystkim dlatego, że rzeka nigdy nie jest ta sama. A my chcielibyśmy wciąż i wciąż na nowo przeżywać te same emocje w kolejnych filmach, tak jakby dało się wskrzesić również okoliczności lat 80, na przykład polski przemysł produkcji szkaradnych, gumowych podróbek figurek z Gwiezdnych wojen… Pójdę więc do kina po prostu w nadziei na świetne kino sci-fi, z elementami tej magii, która miała miejsce tylko i wyłącznie w latach 1977-1983. Musi mi to wystarczyć. Akceptujmy rzeczywistość. Jeżeli tak ma wyglądać koniec pewnej epoki, przynajmniej nie stanie się to w obecności Jar Jara.

A po powrocie z seansu zawsze mogę wrócić do swojej kolekcji polskich bootlegów, prywatnego wentyla bezpieczeństwa w razie fiaska reaktywacji mitu. 🙂

Junoesque

Oola i Yarna, tancerki pałacu Jabby. Powrót Jedi, 1983.

What I’m suggesting is that this place is the crummiest, shoddiest, worst-run hotel in the whole of Western Europe.

Mr. Hamilton do Basila Fawlty, Hotel Zacisze, 1979.

Względnie łatwo jest deklarować przynależność do świata niedzielnych fanów tematyki Star Wars. Wyjątkowo trudno jest dotrzymać kroku najwytrwalszym wielbicielom, wyspecjalizowanym w węższych czy szerszych niszach związanych z uniwersum Gwiezdnych Wojen. Zakładając, iż rozmawiamy w gronie osób, które choć raz w życiu obejrzały losy Luke’a i Anakina, powierzchowna dyskusja dotycząca dziewięciu głównych filmów w trzech trylogiach nie wymaga wiele wysiłku i sprowadza się zwykle do tworzenia osobistego, emocjonalnego rankingu wartości każdego z nich. Dalej jest już tylko gorzej. Mamy zagorzałych wielbicieli starej trylogii (epizody 4-6), odmawiających jakiejkolwiek wartości filmom późniejszym, często odrzucających nawet poprawki wprowadzone do starych filmów w 1997 i 2004 roku. Mamy hejterów epizodów 1-3, obwiniających Lucasa za sprowadzenie „kosmicznej opery”, podszytej Frankiem Herbertem, Asimovem, Kurosawą, niezłym humorem, świetnym aktorstwem oraz mitologią rodem z książek Josepha Campbella do poziomu dziecinnego kina familijnego dla średnio rozgarniętych odbiorców. Mamy i tych, co żywią pretensję do twórcy franczyzy o jej sprzedaż koncernowi Disneya, który uczynił z niej maszynkę do robienia pieniędzy, wypuszczając kolejne produkcje zbyt często, zbyt uniwersalne i zbyt rynkowo ostrożne. W następnej kolejności mamy zwolenników trzymania się głównej serii w przeciwieństwie do fanów rozszerzonego uniwersum – powstałych przez lata kilku seriali i filmów animowanych (Droids, Clone Wars, Rebels, Lego Star Wars, Solo, Rogue One) i powstałego właśnie serialu „realnego” (Mandalorian), setek książek, komiksów oraz całego podziemia fan-artów, już niefirmowanych przez Lucasfilm. Są tacy, których nie interesują przygody trzecioplanowych postaci czy też losy Hana Solo i Chewbakki pomiędzy głównymi epizodami, ani nawet to, w jaki sposób rebelianci weszli w posiadanie planów Gwiazdy Śmierci, a są i ci, których takie właśnie historie pociągają najbardziej i – proszę uwierzyć – potrafią wyliczyć biografie, powiązania i losy tak wielu postaci, że nasza popisowa wiedza o imieniu wielkiego moffa Tarkina wywołuje u nich co najwyżej uśmieszek politowania.

Czy istnieje choć jeden element łączący wszystkich dyskutantów? Wydaje się, że znalazłyby się nawet trzy takie punkty styczne. Jest nim z pewnością powszechne docenienie drugiego filmu serii – Imperium kontratakuje z roku 1980 – uznawanego jednogłośnie za najlepszy z całej dziewiątki (lub jedenastki, jeżeli dodać powstałe niedawno spin-offy), często zaś wymienianego w rankingach jako najlepszy sequel w historii kina w ogóle (choć walczy tu dzielnie z Ojcem Chrzestnym). Gdyby poszukać głębiej, skłóconych fanów Gwiezdnych Wojen (i to łącznie z George’em Lucasem) pogodzić mogłaby również niechęć (delikatnie mówiąc) do telewizyjnego potworka, jakiego stworzono na fali sukcesu pierwszego filmu: Star Wars Holiday Special – ten dziwoląg z roku 1978 nie istnieje w oficjalnym obiegu, lecz co chwila pojawia się na serwisach publikujących filmy, gdzie można napawać się do woli uczuciem niebotycznego zażenowania podczas obcowania z Epizodem, Którego Nie Było. Gdyby te dwa elementy godzące zawiodły, pozostaje trzeci, pewniak: rewelacyjna muzyka autorstwa Johna Williamsa. Można śmiało powiedzieć, iż stanowi ona przynajmniej połowę sukcesu całej serii, a im słabszej jakości epizod, tym współczynnik ten wzrasta. Nie miejsce tu, by szczegółowo zanalizować tę inspirowaną Holstem i Wagnerem, wybitnie „inteligentną” ścieżkę dźwiękową – dość wspomnieć, że co do jej wagi zgadzają się właściwie wszyscy. Szczęśliwie Williams żyje wystarczająco długo, by mieć pieczę nad muzyką do wszystkich dziewięciu głównych części.

W całym powyższym kontekście, jako wiernemu fanowi starej trylogii, epizody 1-3 uznającemu za zło konieczne i zmarnowany potencjał, epizodom 7-9 przyglądającemu się z sentymentalną sympatią i akceptacją, zdarza mi się wyszukiwanie ciekawostek związanych z tymi najstarszymi filmami, w tym z losami zaangażowanych do nich aktorów innych niż pierwszoplanowi. Wciąż uczę się nowych rzeczy, imion postaci, nazwisk odtwórców, okoliczności ich werbowania czy też karier, jakie były ich udziałem poza światem SW. Niedawno natknąłem się na upamiętnienia dwojga aktorów, którzy odegrali epizodyczne, choć zauważalne role w Gwiezdnych Wojnach, a których wspólną cechą jest gościnny udział w innym kultowym zjawisku medialnej pop kultury: telewizyjnej serii komediowej z lat 70, Fawlty Towers, znanej u nas jako Hotel Zacisze (dwie serie, 1975 i 1979). Czy można sobie wyobrazić dwa bardziej rozdzielne światy? Oraz czyż nie jest miłym uczucie zaskoczenia, gdy dotrze do nas, że to ONA/ON grała/grał i tu i tu? Muszę przyznać, że dostarczyło mi to pewnej ekscytacji, powodującej potrzebę przeszukania obsad obu serii celem odnalezienia kolejnych podobnych przypadków. Niestety, to jedyni aktorzy mogący wykazać się takim osiągnięciem. Zatem – do rzeczy.

Jednym z wątków pamiętnego odcinka Hotelu Zacisze – The Germans była scena próbnego alarmu pożarowego. We właściwym sobie stylu, Basil Fawlty (John Cleese) najpierw terroryzuje hotelowych gości obowiązkiem uczestnictwa w próbie, następnie uznaje wszystkich poza sobą za kretynów, by w końcu nie zauważyć, że (niezawodny) Manuel zaprószył w kuchni rzeczywisty ogień omal przy tym nie ginąc. W grupce biorącej udział w próbnym alarmie uwagę zwraca zwłaszcza Miss Wilson, tęgawa blond jejmość, w szarym płaszczu i różowych rękawiczkach. Zagrała ją Claire Davenport (1933-2002), aktorka charakterystyczna, określana eufemistycznym przymiotnikiem „junoesque”. Wystąpiła między innymi w dwóch filmach z serii o Różowej Panterze, w biograficznym obrazie o zespole The Beatles, w adaptacji Burzy Szekspira w reżyserii Dereka Jarmana czy słynnym Człowieku słoniu Davida Lyncha. Bardzo rozbawiło mnie, iż to właśnie ona zagrała… pulchną tancerkę z pałacu Jabby w 6 epizodzie Gwiezdnych Wojen (Powrót Jedi, 1983). Uczyniła to na tyle wyraziście, iż każdy, kto oglądał ten film, zapamiętał jej charyzmę oraz potrójny (!) biust. To ostatnie stało się przyczyną braku jej figurki w legendarnej, pierwszej serii zabawek firmy Kenner – miała być ona zbyt kontrowersyjna dla młodego odbiorcy. W napisach końcowych zaś wymieniona jest po prostu jako „Fat Dancer”. Rehabilitację przyniosła jej późniejsza figurka firmy Hasbro z roku 2008 oraz ujawnienie imienia postaci: Yarna d’al’ Gargan.

Jedną z moich ulubionych scen w Imperium kontratakuje jest wymiana zdań między generałem rebeliantów (po latach wiem, że nazywał się Carlist Rieekan) a Hanem Solo. „You’re a good fighter Solo i hate to lose you” wypowiedziane jest connery’owską angielszyzną pomieszaną z klasycznie jankeskim zaśpiewem głosu. Wygląd aktora tylko podkreślał i podnosił walory całej sceny. Świetny wybór, wzorcowa gra epizodyczna. I co? I po latach, delektując się odcinkiem Hotelu Zacisze pod tytułem Waldorf Salad (seria druga, odcinek trzeci) kompletnie nie wpadłem na to, iż Bruce Boa (1930-2004), niezwykle sugestywnie grający pana Hamiltona – amerykańskiego, wzburzonego gościa hotelu, to mój generał Rieekan z bazy na Hoth! Owszem, było jakieś przeczucie, że to ktoś dziwnie znany, lecz skojarzenie obu ról nastąpiło dopiero podczas myszkowania po starwarsowych ciekawostkach, wiele lat później. Aktor w dodatku wcale nie był obywatelem USA, pochodził z Kanady, osiadł w Wielkiej Brytanii i specjalizował się w graniu Amerykanów w brytyjskich filmach i serialach. Postaci wojskowych weszły mu w krew, grał generała nawet w jednym z filmów serii 007 – Octopussy. Generał Rieekan doczekał się figurki dopiero roku 2006, w serii The Saga Collection firmy Hasbro.

Claire i Bruce nie spotkali się na planie żadnego z filmów Star Wars ani Fawlty Towers. Zagrali razem raz, w 1978 roku, w podrzędnej komedii Carry On Emmannuelle, oczywiście role epizodyczne. Cześć ich pamięci, to talenty takich aktorów jak oni tworzyły niepowtarzalny klimat tła w starych, dobrych Gwiezdnych Wojnach. Ich udział w Hotelu Zacisze stanowi wyborny bonus dla niedzielnych fanów sagi Lucasa.

A Tarkin miał na imię Wilhuff 🙂