Jane Alexander i Arthur Hill jako Frances i John Guntherowie w filmie Death be not proud, 1975.
O death, where is thy sting?
Pierwszy list do Koryntian, 15:55.
Śmierci, próżno się pysznisz; cóż, że wszędy słynie Potęga twa i groza; licha w tobie siła, Skoro ci, których – myślisz – jużeś powaliła, Nie umrą, biedna Śmierci; mnie też to ominie. Już sen, który jest twoim obrazem jedynie, Jakże miły: tym bardziej więc musisz być miła, Aby ciała spoczynek, ulga duszy była Przynętą, która ludzi wabi w twe pustynie. Losu, przypadku, królów, desperatów sługo, Posłuszna jesteś wojnie, truciźnie, chorobie; Łatwiej w maku czy w czarach sen znaleźć niż w tobie I w twych ciosach; więc czemu puszysz się tak długo? Ze snu krótkiego zbudzi się dusza człowieka W wieczność, gdzie Śmierci nie ma; Śmierci, śmierć cię czeka.
(przekład: Stanisław Barańczak)
John Donne (1572-1631) wychował się w ultrakatolickiej rodzinie, lecz sam nie był przesadnie religijny. Ciągnęło go do życia dworskiego, do polityki, przez jakiś czas był sekretarzem wielkiej szychy, Lorda Thomasa Egertona. Gdy okazało się to przydatne w karierze, został duchownym Kościoła Anglikańskiego i zasłynął wielkim talentem oratorskim.jako kaznodzieja na dworze króla Jakuba. Dziś pamiętamy go głównie jako poetę metafizycznego, autora siedemnastu Medytacji – sonetów poruszających tematykę duchową, niekoniecznie religijną. Z sonetu 17 pochodzi osławiony przez Ernesta Hemingwaya cytat: „Dlatego nigdy nie pytaj, komu bije dzwon; bije on tobie”. Sonet 10, Death be not proud, to odważny protest przeciw potędze śmierci, zaadresowany bezpośrednio do niej. Powstał prawdopodobnie po serii chorób, jakie dotknęły samego Donne’a, między lutym a sierpniem 1609 roku.
John Gunther (1901-1970) był cenionym amerykańskim dziennikarzem-korespondentem i pisarzem społeczno-politycznym, autorem poczytnych książek gatunku „inside”. Zostałby zapamiętany wyłącznie jako taki gdyby nie straszne doświadczenie, jakim była choroba i śmierć jego 17-letniego syna, Johna Juniora, w 1947 roku. Stworzony „dla rodziny i przyjaciół” zapis walki z chorobą syna, literacka autoterapia pisarza po stracie ukochanego dziecka, ukazał się drukiem w 1949 roku i stał się z miejsca bestsellerem. Gunther dał książce tytuł Death be not proud.
W 1975 powstał pełnometrażowy film telewizyjny Donalda Wrye, o tym samym tytule, reżyserska adaptacja książki Gunthera. Film niezwykle poruszający przez swoją oszczędność środków wyrazu. Widzimy trzyosobową rodzinę, która integruje się wokół choroby Johny’ego: nieobecny dotąd ojciec-korespondent, jego ex-żona Frances, zajmująca się synem acz widząca jego zafascynowanie ojcem, no i Junior, szczęśliwy mieszkaniec College’u z internatem. Wieść o guzie mózgu powoduje zmiany w życiu każdego z nich – Johny przerywa naukę by poddać się badaniom i operacjom, John Senior zawiesza swoją działalność by być przy synu, rodzice ponownie mieszkają ze sobą. Johny znosi wszelkie przeciwności ze wzruszającą pogodą ducha, nie ustaje w wysiłkach, by wrócić do szkoły, otrzymać dyplom i zdać egzaminy na Harvard. To pierwsze udaje mu się osiągnąć, to drugie uniemożliwia pogorszenie stanu zdrowia i w końcu śmierć.
Obraz nie epatuje rozpaczą czy przesadnym sprzeciwem wobec losu. Skupia się na refleksji, czym może być życie tych właśnie trojga osób rzuconych nagle na pole zmagań z chorobą i śmiercią. Nie pomaga ani wykształcenie, ani status społeczny i życiowy – rozwiedziona para myślących i czujących rodziców walczy o życie syna, który zdradza wszelkie sygnały do bycia kimś nietuzinkowym w przyszłości. Przyszłości, której nie będzie. Do tych trzech ról dobrano bardzo adekwatną obsadę: ojca gra powściągliwy emocjonalnie Arthur Hill, matkę skamieniała w rozpaczy Jane Alexander zaś pogodnym i czarującym Johnym jest słodki Robby Benson. Kreacja tego ostatniego zasługuje na szczególne uznanie – dziewiętnastoletni wówczas aktor wkłada w rolę znacznie więcej niż ogrywanie swojej ujmującej aparycji celem wywołania współczucia. Jest przekonującym małym pacjentem i synem epoki sprzed rewolucji dzieci-kwiatów, ułożonym i oddanym rodzicom, wystarczająco dojrzałym, by zrozumieć, że odchodzi, lecz wystarczająco młodym, by nie móc w to uwierzyć ani tym bardziej pogodzić się z tym. Posiadacz jednej z bardziej imponujących czupryn w branży aktorskiej rozstaje się z nią w piętnastej minucie filmu, podczas przejmującej sceny golenia głowy przed operacją, i już do końca będzie paradował w czepku zakrywającym włosy i blizny. Robby już wówczas ukrywał przed światem własne problemy ze zdrowiem, związane z dysfunkcją aorty. Nie wiedział jednak jeszcze, że za dziewięć lat sam podda się pierwszej (z czterech) operacji na otwartym sercu. My to wiemy, film oglądany z tej perspektywy robi jeszcze większe wrażenie.
Refleksyjny charakter filmu znajduje odzwierciedlenie w szeregu przemyśleń indywidualnych oraz wspólnych rozważań jego bohaterów. Byli małżonkowie analizują przeszłość. Matka Juniora (autorka eseju kończącego oryginalną książkę Gunthera) rzuca: „nic nie przywiodło nas tak blisko życia, jak umieranie Johny’ego”. Ojciec wspomina: „Johny nigdy się nie modlił. Może dlatego, że w dzieciństwie był zmuszany do modlitwy. Pewnego dnia jednak ogłosił, że wymyślił modlitwę, którą nazwał modlitwą niewierzących”. Ten sam ojciec, szukając na własną rękę odpowiedzi i alternatywnych terapii, podejmuje również dysputy z bezlitosną w swej obiektywności diagnozą konsylium lekarskiego. Całość przenika pewien rodzaj smutnego spokoju, nie ma happy endu, rodzice tracą syna, ex-małżonkowie nie schodzą się ponownie. Ten klimat podkreśla jeszcze nastrojowa, dyskretna muzyka Freda Karlina. Daleko jednak temu spokojowi do postawy „Bóg tak chciał” lub „los tak chciał”. Inaczej nie byłoby sonetu Donne’a w tytule. Na koniec Frances wypowiada znamienne słowa: „brak we mnie łez dla śmierci, jest taką samą częścią życia, jak narodziny”. Okrutne? Ani trochę. Odmawia śmierci „potęgi i grozy”.
Dziś taki film zrobiłby pewnie Luca Guadagnino, z Timothée Chalametem w roli Johny’ego, o dziwo prawdopodobnie w podobnej tonacji nastrojów. Historia zatoczyła koło. W 1975 roku kino już zaczynało szarżować emocjonalnie, twórcy Death be not proud zdążyli dosłownie w ostatniej chwili przed epoką efektownej nadekspresji, która sprowadziłaby temat do dramatycznej szamotaniny, z góry przegranej walki o życie. Śmierć tymczasem ukazuje swoje okrucieństwo właśnie w tym nieubłaganym spokoju następstw wydarzeń. Oszczędność środków jest więc pożądana, by zadać śmierć śmierci, zdaje się mówić Donne, Gunther i Donald Wrye.
Robby Benson, zdjęcie promocyjne do filmu One on One, 1977.
He is 26, sweet of face, gentle of disposition, and diligent as all get-out.
Fragment artykułu w magazynie People, 1982.
Nie było i długo jeszcze nie będzie w całym przemyśle filmowym tak niepokojąco urodziwego człowieka, jakim był Robby Benson jako nastolatek i jako młody mężczyzna. Michał Anioł rzeźbiłby, Bronzino by malował, Caravaggio wręcz by oszalał, o Pasolinim lepiej nie wspominać. Gdy Luchino Visconti kręcił Śmierć w Wenecji, Robby Benson był dokładnie w wieku książkowego Tadzia, i sprawdziłby się w tej roli znacznie lepiej niż Björn Andrésen. Ja wiem, jest to opinia, z którą można ostro polemizować, lecz proszę bardzo – spójrzmy na TO zdjęcie, lub TO, lub TO, lub ten wywiad i przyznajmy chociaż, że było do czego wzdychać. Czy jego role z tamtych czasów doganiały te zniewalające warunki naturalne? Oglądając takie filmy, jak Jory (1972), One on One (1977) czy Ice Castles (1978) można powątpiewać. Zdobył nominację do Złotego Globu za najbardziej obiecujący debiut, ale i wygrał Stinker Award dla najgorszego aktora, najgorszego akcentu i najgorszej piosenki filmowej. Widząc jego wciąż młodzieńczą, mimo 23 lat na karku, nieporadność podczas prezentacji krótkometrażowych kandydatów do Oscara w 1979 roku, można się tylko utwierdzić, że uroda była jedynym wysokiej jakości narzędziem w warsztacie aktorskim Robby’ego. Lecz, do diaska – to jest Hollywood! W wielu przypadkach to wystarczało i do dziś wystarcza w zupełności.
Jak natknąłem się na sylwetkę tego zupełnie zapomnianego dziś aktora? Przypadkiem, przeglądając przesłuchania do różnych ról w najstarszym epizodzie Gwiezdnych wojen, z roku 1976. Te zaś odnalazłem po obejrzeniu fantastycznego wywiadu, jaki w marcu 2018 roku przeprowadził z Markiem Hamillem Frank Oz, w centrum kulturalnym 92Y w Nowym Jorku. Hamill wspomina tam, że wielu pretendentów do roli Luke’a Skywalkera nadawało się do niej przynajmniej równie dobrze, co on sam. No więc zajrzałem. Rzeczywiście, obok kilku ewidentnych pomyłek objawieniem okazał się chłopak o nieodpartym wręcz uroku osobistym, świeżości i bardzo interesującej barwie głosu, pasującej do postaci Skywalkera. Nawet mimo drobnych wpadek tekstowych był kimś, obok kogo nie przechodzi się obojętnie, choćby dla tej urody właśnie. Spójrzmy tylko. Na końcu, proszony o przedstawienie się, wygłasza z rozbrajającym uśmiechem: Robby Benson, age 20. Kiedy masz urodziny? – dzisiaj. 🙂
I OK, można tu teraz przytoczyć postacie, które zagrał do tej pory. Że nie był wcale taki świeży w 1976, mając za sobą pięć filmów, w tym tytułową rolę w westernie cztery lata wcześniej. Można uznać, że jego przesłodzona uroda mogła działać równie silnie przeciw niemu. Że pewnie był niezłym narcyzem i to, w połączeniu z nie do końca zjawiskowym aktorstwem, mogło sprawić, że nic o nim dziś nie wiemy. Lecz zajrzałem do jego biografii i oniemiałem.
Benson, rocznik 1956, prymus Lincoln Square Academy na Manhattanie, gwiazda dziecięcych reklam, seriali i filmów o nastolatkach, właściwie przestał być zatrudniany do ról aktorskich gdy osiągnął 28 rok życia. Nie, nie z powodu drewnianego aktorstwa ani tym bardziej z powodu wyjścia poza akceptowalny wiek dla ról młodocianych bohaterów. Po prostu do tego momentu udawało mu się zatajać przed producentami poważne problemy z funkcjonowaniem aorty. Przebytej w 1984 roku operacji na otwartym sercu – pierwszej z czterech w swoim życiu – ukryć już nie mógł, a reakcja agentów była jednoznaczna: nikt nie zaryzykuje zatrudnienia aktora, który może umrzeć na planie. To odcięło go od pracy tym, co miał dotąd najlepsze, czyli twarzą. Człowiek o urodzie anioła przesunął się w kierunku reżyserii oraz dubbingu. Człowiek o aparycji bożyszcza wcielił się w… Bestię w superprodukcji animowanej Piękna i Bestia z 1991 roku. Jako reżyser współtworzył zaś między innymi kilka odcinków serialu Przyjaciele oraz wiele innych, takich jak Ellen czy Sabrina. Żonę, Karlę DeVito, poznał na scenie, gdy oboje byli chwalonymi przez recenzentów Mabel i Frederikiem w broadwayowskiej produkcji Piratów z Penzance z 1982 roku (tak, tej samej, w której pierwszą obsadę stanowiła Patricia Routledge i George Rose). Żadnych kontrowersji w tym stadle z dwójką dzieci nie udało się mediom wyciągnąć przez ostatnie 37 lat. Jeszcze do niedawna Robby był charyzmatycznym wykładowcą na Uniwersytecie Indiany. Bujna czupryna pokryła się siwizną, hipnotyzujące, błękitne oczy pozostały bez zmian.
Gwiezdne wojny nie straciły wiele rezygnując z zatrudnienia pięknego Robby’ego do roli Luke’a Skywalkera. Może wręcz uniknęły wielu kłopotów na planie i krytyki za wizualne przesłodzenie bohaterów. Za to Benson, mimo otwierającej mu wiele drzwi pięknej powierzchowności, stracił w życiu wyjątkowo wiele. I jakoś nie dołączył przez to do grona post-karierowych wykolejeńców od jakich roi się w Hollywood. Potrafił mierzyć zamiary podług sił. Akceptować rzeczywistość. Najlepszą swoją rolę odegrał w prawdziwym życiu, mierząc się z przeciwnościami, które powaliłyby niejednego twardziela. I może jego przypadek wcale nie jest tak doniosły dla ludzkości, lecz mnie ta historia wzrusza, dziś, Anno Domini 2019. I utwierdza w przekonaniu, że można być szczęśliwym i spełnionym również na obrzeżach Parnasu, poza kapryśną kanapą celebrytów. Ile jeszcze podobnych życiorysów zginęło w mrokach dziejów?
Robby nie zginął. Wręcz przeciwnie, w 2012 roku wydał autobiografię o wiele mówiącym tytule I’m Not Dead… Yet! W 2014 roku Oprah Winfrey poświęciła mu nieco uwagi w ramach swego cyklu Where Are They Now? Uniknął zestarzenia się na ekranie – może to też jest osiągnięciem samym w sobie?
Podumajmy o nienamalowanych obrazach Caravaggia z udziałem młodego Bensona przy dźwiękach piosenki tytułowej z pierwszego poważnego filmu Robby’ego, westernu Jory.
A Skywalkerem na przesłuchaniu był naprawdę przyzwoitym, najlepszym po Hamillu.
Carrie Fisher jako Leia Organa w Epizodzie 8: Ostatnim Jedi, 2017.
Let’s just do it, it’s only a movie.
George Lucas, podczas kręcenia Nowej nadziei (1977).
Tydzień. Tyle zostało do premiery 9 Epizodu Gwiezdnych wojen: Skywalker. Odrodzenie. Więcej filmów nie będzie, nie w głównej serii Sagi. Zamykamy temat nie tylko tej ostatniej trylogii, ale i wszystkich dziewięciu ogniw. Czego się może spodziewać fan, wierny królestwu Lucasa odkąd w 1983 roku zobaczył na wielkim ekranie Imperium kontratakuje? Czy można powtórnie stworzyć kulminację napięcia po tak wyrazistym finale, jaki miał miejsce w Powrocie Jedi? Czy dzieje dojrzałej Lei, Luke’a, Hana jako tła dla nowych młodych bohaterów mogą jeszcze kogoś fascynować? By na to rzeczowo odpowiedzieć, warto przyjrzeć się historii Gwiezdnych wojen od pierwszego okruszka, od ziarenka, z którego wszystko wykiełkowało. Od nakręconej ponad 40 lat temu Nowej nadziei.
Był rok 1977, po dwóch latach mozolnych i pełnych przeszkód prac produkcyjnych, na ekrany wybranych amerykańskich kin wszedł obraz, który na zawsze miał zmienić oblicze przemysłu filmowego. Od strony technicznej i aspiracji artystycznych wszystko w nim było nowe względem tytułów klasy B i C, dominujących kinie sci-fi. Od strony scenariusza – wszystko w nim było stare i skądś znajome, choć z początku niewiele osób zdawało sobie sprawę, jak bardzo eklektyczny – w najlepszym możliwym znaczeniu – był to film. Od strony aktorskiej była to eksplozja atomowa z udziałem głównie nowych twarzy, idealnie dobranych do ról kosmicznych bohaterów. Najlepsze w tym wszystkim było zaś to, że efekt końcowy przez cały czas kręcenia Gwiezdnych wojen tkwił wyłącznie w głowie George’a Lucasa, którego główne studia filmowe odprawiały z kwitkiem, gdy próbował namówić je do ekranizacji swego dziwacznego scenariusza. Efekt ten zaś powalił wszystkich – kolejni widzowie histerycznie rzucali się do kin, realizatorzy zdawali sobie w końcu sprawę, co stworzyli, recenzenci garnęli się do analizy fenomenu, który się właśnie narodził.
Co bowiem dał nam Lucas w 1977 roku? Dał „operę kosmiczną” z elementami westernu i kina wojennego, obficie czerpiącą ze światowej kinematografii, od kina niemego począwszy. Dał opowieść zainspirowaną lekturą Bohatera o tysiącu twarzy (1949/1968) Josepha Campbella, dał przekonujący wszechświat idei, postaci i scenografii. Dał idoli do podziwiania i wyrazistą walkę ciemnej i jasnej strony Mocy, dał radość i humor, strach i nadzieję; dał w końcu zjawiskową ścieżkę muzyczną Johna Williamsa – coś niespotykanego w innych obrazach fantastycznych. Dzięki zaś wbijającym w fotel efektom specjalnym (dziełu powstałej w tym celu firmy Industrial Light and Magic, pierwsze w filmie ujęcie lecącego gwiezdnego niszczyciela do dziś robi wrażenie) z łatwością ukrył fakt, iż wszystko to już kiedyś było, w innych książkach, w innych filmach, w innej galaktyce. Muzyka Williamsa to przecież żywcem przeniesiona z wagnerowskiego teatru operowego idea leitmotivów, podrasowana brzmieniem Planet Gustava Holsta. Losy bohaterów to fantazja na odwieczne tematy mitologiczne, elementy kostiumów (autorstwa Ralpha McQuarrie’a, współodpowiedzialnego za całą wizualną warstwę GW) inspirują się czasem estetyką samurajską (Vader), czasem Metropolis Fritza Langa z 1927 roku (C-3PO). Sceny walk w kosmosie były wiernym przeniesieniem podobnych scen z udziałem samolotów w filmach o drugiej wojnie światowej. Wszystkie te zapożyczenia niczego nie ujmują wyobraźni Lucasa, który posklejał je w tak niewyobrażalnie przekonujące uniwersum jak nikt przed nim ani po nim.
W ten wszechświat scenerii i postaci – wszechświat posępnego panowania złowieszczego imperium – rzuceni są główni bohaterowie, odtwarzani przez nieznanych wówczas Marka Hamilla (prostolinijny Luke) i Carrie Fisher (charyzmatyczna Księżniczka Leia) oraz nieco bardziej znanego Harrisona Forda (łobuzerski Han Solo,). Towarzyszą im kolejni, w tym takie tuzy, jak Alec Guiness (melancholijny Obi-Wan) czy Peter Cushing (demoniczny Gubernator Tarkin) oraz James Earl-Jones (porażający głos Dartha Vadera), Anthony Daniels (unikalny głos i ciało C-3PO) i Peter Mayhew (urodzony gigantyczny Chewbacca). Każda postać napisana jest bezbłędnie, nie czujemy cienia fałszu, aktorzy zachowują się w sposób perfekcyjnie naturalny. Autentyczność podkręcona jest jeszcze dominującą estetyką schyłkowości – poruszamy się po świecie mocno sfatygowanych pozostałości po lepszych, minionych czasach. Niby odległa galaktyka, a jednak swojsko. Widzowie mieli za co film pokochać.
Na tym etapie Lucas nie mówił jeszcze głośno o kontynuacji, a w szczególności o dziewięciu epizodach. Decyzja nakręcenia dwóch kolejnych części zapadła jednak szybko, jako konsekwencja oszałamiającego sukcesu kasowego. Do filmu z 1977 roku dodano więc podtytuł Nowa nadzieja oraz numer epizodu: 4. Od tej chwili oficjalnie zaczęło się mówić o dwóch, a z czasem i o trzech trylogiach. Lucas zaś plątał się w zeznaniach – raz mówił, że od zawsze planował trzy trylogie i zaczął kręcenie od środkowej, kiedy indziej zaś, że wystarczą dwie, i że nakręcenie tej sprzed czasów Luke’a i Lei (numery 1-3) odkłada na dużo później.
Tymczasem nadszedł rok 1980 i przyniósł coś spektakularnego: sequel, który okazał się wybitniejszy od oryginału. Jeżeli ktoś dostrzegał w Nowej nadziei pewne uchybienia, zwłaszcza w postaci infantylnie prowadzonej narracji, Epizod 5 – Imperium kontratakuje – to był potężny zastrzyk mroku i głębi. Niemała w tym zasługa odważnej decyzji Lucasa, który zdecydował się powierzyć reżyserię swemu byłemu nauczycielowi, Irvinowi Kershnerowi. Wszystko jest w tym filmie omal idealne – dialogi, gra aktorska, scenariusz, zdjęcia, reżyseria, scenografia, oczywiście muzyka. Wprowadzono nową postać – mistrza Yodę – który nie dość, że udowodnił, iż ręcznie sterowana kukiełka może zagrać wybitną rolę filmową, to jeszcze skutecznie wprowadził Luke’a – i nas – w tajniki pogłębionej duchowości (metafizyczna scena w jaskini ciemnej strony Mocy!). Innym nowym bohaterem jest Lando Calrissian, grany przekonująco przez Billy’ego Dee Williamsa, odtąd bożyszcze wielu fanek SW. Finał epizodu przyniósł zaś jeden z najbardziej znanych zwrotów akcji w historii kina: „I am your father” brzmiało tak złowieszczo i niespodziewanie, że było o czym dyskutować po seansie. Fisher, Ford i Hamill grają tym razem jakby bardziej serio, po sukcesie Nowej nadziei już świadomi, w czym biorą udział. Po latach Imperium kontratakuje uznane zostanie za najlepszy obok Ojca chrzestnego 2 sequel w historii kina.
Histeria związana z oczekiwaniem na Epizod 6 zmusiła twórców do kręcenia go w ukryciu, pod zwodniczym tytułem Blue harvest. Ostateczny tytuł zmieniał się jeszcze dosłownie w ostatniej chwili, film był zapowiadany w reklamach i seriach zabawek jako Revenge of the Jedi, by stać się ostatecznie Powrotem Jedi. Reżyserię tym razem powierzono Richardowi Marquandowi, twórcy bez większego dorobku choć nie bez talentu. Obraz olśniewał rozmachem – cały pierwszy akt, dziejący się w pałacu bezwzględnego gangstera Jabby, to popis możliwości twórców stworów i potworów oraz efektów specjalnych, jak również okazja do wprowadzenia kultowego kostiumu metalowego bikini Lei jako niewolnicy Jabby. Aktorzy znów nie zawiedli, scenariusz był ponownie spójny, choć wprowadzenie w kluczowym momencie akcji filmu irytujących dla fanów Sagi Ewoków spowodowało pewien niesmak. Jeżeli uznać to za skazę, to rekompensuje ją całkowicie scena konfrontacji Luke’a i Imperatora, majstersztyk kina mroku i festiwal gry aktorskiej Iana McDiarmida. Film zawiera też jedną z bardziej ikonicznych scen otwierających – przybycie Vadera na drugą Gwiazdę Śmierci (muzyka! zdjęcia! dialogi!). Element zaskoczenia jest tym razem niższej rangi niż ten w Imperium – Leia okazuje się być siostrą Luke’a. Natomiast samo zakończenie to prawdziwe non plus ultra – wszystkie wątki zostają zamknięte, zło ostatecznie pokonane, losy bohaterów wyjaśnione, rozliczenia dokonane. I tak jak świat zaczął od tej chwili czekać na trylogię prequeli, tak nie sposób było wyobrazić sobie, czym można przykuć uwagę widza w wydarzeniach rozpisanych PO takim finale.
Pierwsza trylogia miała wszystkie dane, by stać się powszechnie rozpoznawalnym fenomenem i źródłem fanatycznego uwielbienia milionów fanów na całym świecie. Można było nie oglądać Gwiezdnych wojen, ale nie można było nie otrzeć się o ich elementy obecne w debacie publicznej, przemyśle zabawkarskim czy odniesieniach w popkulturze. Główni aktorzy stali się niekwestionowanymi idolami, powstała międzynarodowa siatka fandomów, zwielokrotniona w momencie pojawienia się internetu. George Lucas stworzył zjawisko nieporównywalne do niczego innego w historii kultury masowej. Uczynił to łącząc ze sobą elementy pozornie niepasujące, lepiąc opowieść, która mistrzowsko wprowadza nas w uniwersum postaci, idei i miejsc. Wszystko trzyma się kupy, a nawet jeżeli się nie trzyma (fizycy mieli niezły ubaw wobec niektórych zjawisk pokazanych na ekranie), dajemy się z łatwością uwieść tej historii. Niestety, nie powtórzyło się to w kolejnych filmach.
Trylogia prequeli, epizody 1-3, miała nam ukazać kulisy przejścia Anakina Skywalkera na ciemną stronę Mocy. Miała być analizą rodzenia się zła, mrocznym konterfektem duszy targanej pokusami łatwiejszego osiągania celów. Przyzwyczajeni do sfatygowanego świata epizodów 4-6, oczekiwaliśmy genezy jego powstania, otrzymaliśmy zaś nieoczekiwanie cukierkowy obraz republiki w czasach jej największej świetności, z zastępami Jedi, biurokratycznym senatem, milionami układów słonecznych, lśniącymi strojami i pojazdami, wszystko zaś w robiącej wrażenie, ale na dłuższą metę męczącej widzów i aktorów technice greenscreen’u. To wszakże tylko powierzchnia, technikalia, narzędzia, za pomocą których można jeszcze było od biedy przeprowadzić składną intrygę, podpierając się dobrym scenariuszem, świetną reżyserią i błyskotliwą grę aktorską. Tak się jednak składa, iż owa powierzchnia stanowi bodaj najbardziej – obok muzyki – wartościowy element nowej trylogii. Ku rozpaczy fanów.
Katastrofę zwiastowała już deklaracja, iż Lucas wraca za kamerę, reżyserując wszystkie trzy filmy nowej trylogii. Napisał też nudny, trywialny, infantylny i dający się zmieścić w jednym filmie scenariusz, pełen sztywnych dialogów, nieśmiesznych żartów i karykaturalnych teorii (midichloriany, odpowiedzialne za Moc oraz za pojawienie się na świecie Anakina). Przede wszystkim zaś, z kosmicznego westernu, z brawurowej space opera, Gwiezdne wojny zredukowane zostały do kina familijnego klasy B, do Domku na prerii, przeznaczonego dla odbiorców wczesnego wieku szkolnego. Symbolem tego nieporozumienia pozostanie po wiek wieków niewybaczalnie prymitywna postać Jar Jar Binksa.
Nie wchodząc w szczegóły – w pierwszym filmie, Mrocznym widmie, widzimy dzieciństwo Anakina, w drugim, Ataku klonów – jego młodość, trening Jedi i relację z królową Amidalą. Wszystko to z rodzącym się wielkim politycznym konfliktem w tle, który ma doprowadzić do wojen klonów, upadku republiki i powstania imperium. To wszystko następuje w epizodzie trzecim, Zemście sithów, gdzie dodatkowo obserwujemy przejście Anakina na ciemną stronę Mocy i triumf Imperatora. Ta część – której treść w nadziei fanów miała stanowić scenariusz całej trylogii – mogłaby w rękach jakiegoś bardziej zdolnego reżysera uratować przynajmniej najbardziej interesujące wątki. Niestety, Ian McDiarmid jest o całe parseki odległy od swej kreacji z Powrotu Jedi, a jego operowanie mieczem świetlnym po prostu marne. O charyzmie aktorów odtwarzających role Amidali (Portman), Anakina (Christensen) czy Obi-Wana (Mcgregor) można powiedzieć tyle, że tak gra się na pierwszym roku szkoły aktorskiej lub w ekranizacji Wiedźmina z 2001 roku. Nawet Yoda razi swoją komputerowo wygenerowaną postacią. Wszystko zresztą jest tanie, plastikowe, efekciarskie i odpustowe. Wszystko poza muzyką – Williams dokonał cudu i niektóre fragmenty ścieżki dźwiękowej (Duel of the Fates) stały się prawdziwymi przebojami. Lucas wszelako do dziś zarzeka się, iż zrealizował 100% swoich oczekiwań względem prequeli. Po czym zabrał się za ulepszanie starej trylogii, w większości wzbudzając niesmak fanów. Jedyną tego korzyścią było ukazanie się w końcu oficjalnych wydań DVD starych filmów, w tym poprawionych jakościowo wersji bez zmienionych scen.
Mijały lata, media w końcu podjęły temat ostatniej trylogii. Lucas przyjął strategię zaprzeczania, by kiedykolwiek taką planował. Miał się czego bać – reakcja na prequele była co najmniej chłodna, zaś zakończenie Powrotu Jedi tak zdecydowane, że kontynuacja serii rodziła już tylko eskalację ryzyka. Wybrał w końcu rozwiązanie iście salomonowe – sprzedał firmę i wszystkie prawa do franczyzy Disneyowi, który natychmiast ogłosił plan nakręcenia ostatnich trzech epizodów (oraz wielu innych filmów z uniwersum, lecz nie o tym tutaj). Świat zamarł. Gorzej być nie mogło: wytwórnia specjalizująca się w płytkiej komercji położyła rękę na ostatnim bastionie wysokobudżetowego kina niezależnego. Na obiekcie kultu miliardów fanów na całym świecie.
W 2015 roku światło dzienne (lub raczej: mrok sali kinowej) ujrzało Przebudzenie Mocy. Za kamerą – J.J. Abrams. I czego by nie mówić – zapanowała ogromna ulga. Po pierwsze, to nie była estetyka Disneya. Po drugie, to nie była estetyka i jakość prequeli. Po trzecie, dostaliśmy aktorów starej trylogii: Fisher, Hamilla, Forda. Po czwarte, twórcom zależało na odniesieniach do wielu elementów filmów z lat 1977-1985. Może zbyt wielu. Zachowali bowiem przy tym tak daleko idącą ostrożność, że nie dodali praktycznie niczego od siebie – jeżeli nie liczyć wątłej nowej historii z nowymi bohaterami. Humor – jest, charyzma aktorów – przeważnie jest, zdjęcia i reżyseria – miód, efekty – wow, muzyka – jak zawsze. Historia jednak, co było do przewidzenia, mimo nowych postaci, odznacza się daleko idącą wtórnością. To samo dotyczyło Ostatniego Jedi, Epizodu 8, dzieła Riana Johnsona – nadgorliwego reżysera i scenarzysty, który postanowił pójść swoją drogą i wątłą intrygę tylko jeszcze pogmatwał. Mitu raz zwieńczonego wskrzesić się nie da, a wejście w stare kalosze typu: znów rządzi imperium, znów bijemy rebelię, znów Jedi są zagrożeni wywołuje raczej uczucie politowania niż ekscytacji. Fisher, Hamill i Ford nie są w stanie wiele pomóc, są cieniami samych siebie. W dodatku przed premierą Epizodu 8 nastąpił cios straszliwy: Carrie Fisher opuściła nas na zawsze. Leia, po Hanie w Przebudzeniu i Luke’u w Ostatnim Jedi, miała być główną „starą” postacią finałowego epizodu. To już nie nastąpi, zwłaszcza że realizatorzy uparli się nie wskrzeszać jej komputerowo ani werbować dublerki (choć były – słuszne moim zdaniem – petycje w sprawie udziału Stevie Nicks, liderki zespołu Fleetwood Mac). Pozostaje napawać się najpiękniejszym ujęciem Lei z wszystkich epizodów: stojącej w płaszczu z kołnierzem u wrót bazy rebeliantów na planecie Crait. Tymczasem w produkcji mamy impas, za kwadrans dwunasta, tuż przed najbardziej oczekiwanym finałem wszystkich sag świata.
Co wiemy? Będzie ponownie J.J. Abrams. Będzie Lando Calrissian – wraca Billy Dee Williams. Będzie większy i mroczniejszy udział C-3PO, ignorowanego konsekwentnie przez wszystkie epizody z lat 1999-2017, a kluczowego dla narracji filmów starej trylogii. Będzie powrót z martwych Imperatora z Ianem McDiarmidem. Mimo uwielbienia dla tej postaci, jej wskrzeszenie obniża znacznie wiarygodność scenariusza. Jeżeli ma być pokryciem niezręczności uśmiercenia Snoke’a – głównego źródła zła – już w poprzednim filmie, nie tędy droga, państwo Disneyowie. Będzie Leia posklejana z niewykorzystanych ujęć do Przebudzenia Mocy. No i będzie z pewnością zamknięcie wątków Rey i Kylo Rena – niestety dotąd widzowie zdążyli już przestać się interesować ich losami, tak bardzo nie wiadomo, o co im naprawdę chodzi. Także Rey – obok C-3PO – ma pokazać ciemną stronę: wybornie, tego jeszcze brakowało. Poe i Finn, świetnie grani, są postaciami napisanymi co najmniej chaotycznie, zmierzającymi donikąd. R2-D2 już od dawna nie gra żadnej roli, Chewbacca podobnie (w kwietniu żegnaliśmy Petera Mayhew, pierwszego, kultowego odtwórcę tej roli). Niepokoi wprowadzanie nowych postaci – dwóch żeńskich i jednego robota. Już Rose i DJ z Ostatniego Jedi razili epizodycznością, bez jakiejkolwiek korzyści dla akcji filmu. Zwiastuny zaś nie napawają optymizmem, racząc nas ujęciami żywcem z Opowieści z Narni. George Lucas w ogóle przestał się wypowiadać na temat filmu, odsunięty przez Disneya na boczny tor.
Czy stanie się cud i duch Gwiezdnych wojen ożyje? Czy realizatorom uda się z sukcesem zamknąć choćby wątki tej aktualnej trylogii, o ukoronowaniu całej sagi nie wspominając? Czy pozostaniemy z niesmakiem, że oto wyciągnięto nam z kieszeni kolejne pieniądze, obiecując wskrzeszenie emocji sprzed 40-35 lat? Rokowania są słabe. Wprawdzie wciąż o niebo lepsze od epizodów 1-3, lecz nadal słabe, jeżeli mówimy o TYM duchu i TYM kulcie. Może więc warto jeszcze przed pójściem do kina ostatecznie pogodzić się z faktem, iż powtórki z rozrywki po prostu nie będzie. Bo nigdy nie miało być. Bo do tej samej rzeki nie wstępujemy dwa razy przede wszystkim dlatego, że rzeka nigdy nie jest ta sama. A my chcielibyśmy wciąż i wciąż na nowo przeżywać te same emocje w kolejnych filmach, tak jakby dało się wskrzesić również okoliczności lat 80, na przykład polski przemysł produkcji szkaradnych, gumowych podróbek figurek z Gwiezdnych wojen… Pójdę więc do kina po prostu w nadziei na świetne kino sci-fi, z elementami tej magii, która miała miejsce tylko i wyłącznie w latach 1977-1983. Musi mi to wystarczyć. Akceptujmy rzeczywistość. Jeżeli tak ma wyglądać koniec pewnej epoki, przynajmniej nie stanie się to w obecności Jar Jara.
A po powrocie z seansu zawsze mogę wrócić do swojej kolekcji polskich bootlegów, prywatnego wentyla bezpieczeństwa w razie fiaska reaktywacji mitu. 🙂
Srebrna kopiejka Władysława Wazy, Moskwa 1610-1612.
Czasem strun tysiąca brzęk słyszę wokół siebie; czasem głosy, które, choć ze snu bym powstał długiego, ukołysałyby mnie znów.
William Shakespeare: Burza, 1611.
Gdybym miał ulec pokusie stworzenia pojedynczego wydania hipotetycznego portalu newsowego, ale przeniesionego w czasie do konkretnego momentu w historii, wybrałbym rok 1611 – datę wydania drukiem dzieł Mikołaja Zieleńskiego oraz orientacyjny dzień 1 listopada, jako najdogodniejszą perspektywę dla newsów z tego roku. Oczywiście zachowałbym polski punkt widzenia oraz w miarę dzisiejszy język, przenosząc większy ciężar na wiadomości kulturalne. Przy odrobinie wyobraźni, można wystawić sobie graficzny obraz takiej strony głównej, okraszonej zdjęciami/obrazami, podzielonej na zwyczajowe działy, z doniesieniami z kraju i ze świata, notowaniami walut, prognozą pogody, reklamami etc. Tu proponuję ledwie wstępną przymiarkę do takiego zamysłu. A więc…
KRAJ
Hołd ruski w Warszawie. Wielki sukces polityczny dworu warszawskiego, w dwa lata po rozpoczęciu konfliktu zbrojnego z Rosją i po oficjalnej elekcji królewicza Władysława (16 l.) na tron moskiewski w sierpniu ubiegłego roku, 29 października do Warszawy przybyli car Wasyl Szujski (59 l.) i jego bracia, Dymitr (51 l.) i Iwan (wiek nieznany) by złożyć oficjalny hołd. Tym samym Rzeczpospolita obejmuje największe w swojej historii terytoria, podtrzymując status europejskiego mocarstwa. Wydarzenie zdecydowanie umacnia pozycję hetmana Stefana Żółkiewskiego (64 l.), sprawującego w imieniu Władysława władzę w Moskwie. Na 16 listopada zapowiada się kolejne wydarzenie tego rodzaju – tym razem lennictwo ma potwierdzić elektor brandenburski, Jan Zygmunt Hohenzollern (39 l.).
Poznań ma swój uniwersytet. Król Zygmunt III (45 l.) podniósł do rangi uniwersytetu poznańskie Kolegium Jezuickie, organizowane w latach 1571-1578 przez rektora Jakuba Wujka. Miasto zyskało dzięki temu naukowy prestiż i z nadzieją patrzy w przyszłość.
Marny los Tyszkiewicza. Za sprawą królowej Konstancji, drugiej żony króla Zygmunta, dochodzi do zwrotu w procesie Iwana Tyszkiewicza. Dumny przedstawiciel braci polskich ma pod groźbą śmierci przejść na katolicyzm. Istnieją doniesienia o torturowaniu uwięzionego. Królowa, pytana o szczegóły, twierdzi, że modli się w intencji oskarżonego podczas obu mszy, w których codziennie bierze udział. Koniec procesu zapowiadany jest na 16 listopada.
OPINIE
Smoleńsk – co dalej? Niekwestionowane zwycięstwo jakim było 13 czerwca tego roku zdobycie Smoleńska nie zmniejszyło oporu bojarów względem planów króla Zygmunta co do tronu moskiewskiego, choć z pewnością stanowiło znaczący krok w kierunku stabilizacji polskiego panowania w Rosji. Pretensje do tego samego tronu wysunięte przez króla Szwecji Karola IX wygasły właśnie z uwagi na śmierć władcy. W samym Smoleńsku król Zygmunt powołał katolickie biskupstwo, a na 6 listopada planowane jest nadanie miastu prawa magdeburskiego, regulującego wiele kwestii dotyczących handlu i funkcjonowania metropolii.
Rozejm ze Szwedami utrzymuje się. Zakończona w bieżącym roku wojna szwedzka o Inflanty trwała długie jedenaście lat i mimo znaczących zwycięstw Rzeczypospolitej – jak na przykład wiktoria pod Kircholmem w 1605 roku – nie doprowadziła do większych sukcesów. Dlatego zawarty w kwietniu rozejm uznać należy za satysfakcjonujący, zwłaszcza w obliczu trwającego od dwóch lat konfliktu z Rosją. Nie jest łatwo przyjąć do wiadomości, iż toczymy spory z państwem, którego głowa wywodzi się z tej samej dynastii, co nasz król Zygmunt.
Katolicka supremacja. Nie milkną echa zamieszek religijnych w Wilnie. Przypomnijmy: 30 czerwca w miejscowym ratuszu stracono włoskiego kalwinistę Franco de Franco, zaś 2 i 3 lipca grupa katolickich fanatyków spaliła ewangelicką świątynię i pobiła duchownego, Marcina Tertuliana, który na skutek odniesionych obrażeń zmarł. Wpływ pobożności królowej Konstancji na nastroje społeczne wydaje się przybierać niepokojącą postać.
ŚWIAT
Nie żyje Karol IX Waza, król Szwecji. W wieku 61 lat odszedł władca zasiadający na tronie w Sztokholmie od 1604 roku, wcześniej (od 1599) regent królestwa. Za jego czasów rozgorzał konflikt między Szwecją a Polską, prowadzący do trwającej aż do tego roku wojny, zakończonej rozejmem. Następcą Karola ogłoszony został Gustaw II Adolf (17 l.).
Sukces Biblii Króla Jakuba. W Londynie umacnia się ruch protestancki, przypieczętowany wydaną w maju Biblią Króla Jakuba. Nie jest to pierwszy przekład angielski Pisma Świętego – wcześniej ukazały się Biblia Biskupów (1568), Biblia Genewska (1560) oraz The Great Bible (1539). Jednak to tegoroczny, najnowszy przekład wydaje się najbardziej odpowiadać potrzebom rynku, co z pewnością wywrze stosowny wpływ na kulturę i sztukę na wyspach.
NAUKA
Plamy na Słońcu. Holenderscy astronomowie, ojciec i syn, David (47 l.) i Johannes (24 l.) Fabriciusowie jeszcze w lutym zaobserwowali zjawisko plam na Słońcu. Niedawno opublikowali wyniki swoich obserwacji w naukowej rozprawie Narratio de Maculis in Sole observatis, et apparente earum cum Sole conversione. Podobne wnioski odnotował angielski uczony Thomas Harriott (51 l.) oraz znakomity Włoch, Galileusz (47 l.). Po odkryciach dotyczących obserwacji Księżyca, trwa wyścig w ogłaszaniu nowin o naszej gwieździe, która według rewolucyjnej teorii widniejącego na indeksie Mikołaja Kopernika, stanowi punkt odniesienia dla krążącej wokół niej Ziemi. Najbliższe lata przyniosą zapewne więcej doniesień w tej dziedzinie, my przypominamy tylko, iż jeszcze w 1600 roku, za głoszenie herezji „heliocentrycznej”, spalono na stosie Giordano Bruno.
KULTURA
Wspomnienie: Tomas Luis de Victoria. 27 sierpnia bieżącego roku odszedł jeden z najwybitniejszych współczesnych kompozytorów, Tomas Luis de Victoria (1548-1611), po odejściu Rolanda de Lassus i Giovanniego Pierluigi da Palestrina ostatni wielki przedstawiciel polifonii w starym stylu. Był jednocześnie jednym z najpłodniejszych twórców – pozostawił po sobie 20 mszy, 18 Magnificat, liczne psalmy, responsoria i motety. Przyczynił się walnie do sukcesu kontrreformacji na dworze hiszpańskim.
Sukces Mikołaja Zieleńskiego w Wenecji. Urodzony w Warce polski kompozytor (wiek nieznany) zadebiutował dwoma zbiorami utworów liturgicznych w oficynie Jakuba Vincentiego w Wenecji. Właśnie ukazały się drukiem Offertoria et Communiones totius anni. Dzieła tam zawarte reprezentują zarówno starszy styl komponowania, jak i najnowsze zdobycze akompaniowanej monodii oraz modne utwory polichóralne. Życzymy autorowi wielu kolejnych sukcesów oraz wspaniałych wykonań wydanych dzieł.
Burza w Londynie. Trwają ostatnie przygotowania do dzisiejszej premiery Burzy, kolejnej komedii Williama Shakespeare’a (47 l.). The Tempest wystawiona zostanie w Pałacu Whitehall; tradycyjnie, w przedstawieniu wszystkie role będą kreowane przez mężczyzn (The King’s Men), wykonawcom towarzyszyć będzie kameralny zespół muzyczny. Nasz brytyjski korespondent donosi, iż będzie to pierwsze dzieło angielskiego mistrza, w którym zachowana jest zasada jedności czasu, miejsca i akcji. Relacja z premiery już wkrótce.
Muzyka mroku z Gesualdo. Carlo Gesualdo, książę Venosy (45 l.), kontynuuje publikację drukiem własnych dzieł, wydając w tym roku Szóstą księgę madrygałów na pięć głosów oraz zbiór Responsoriów na Wielki Tydzień na głosów sześć. Tylko tak niezależny finansowo twórca może sobie pozwolić na ekstrawagancje harmoniczne i kontrapunktyczne, jakie zawiera jego muzyka, nieporównywalna z niczym innym, co się obecnie na świecie pisze. Mówi się, że na stylu księcia piętno odciska mroczna przeszłość związana z zabójstwem żony i jej kochanka. My pozostajemy przy czysto muzycznej ocenie tego fenomenu – wydaje się, że mało kto dziś zechce wykonywać tak stylistycznie kontrowersyjne kompozycje.
Prozerpina w Mantui. Trwa szalona moda na pisanie dramatycznych dzieł scenicznych z udziałem muzyki, w czym prym wiodą ośrodki włoskie. Na dworze Gonzagów w Mantui, po sukcesie Orfeusza (1607) i Ariadny (1608) Claudio Monteverdiego (44 l.) wystawiono dzieło jego brata, Giulio Cesare (38 l.) pod tytułem Porwanie Prozerpiny. Polski królewicz Władysław wykazuje znaczne zainteresowanie nowinkami muzycznymi z Południa, podobno jego marzeniem jest sprowadzić któregoś z braci Monteverdi do Warszawy.
Kiedy polskie Spem in alium? Ten sam korespondent brytyjski opowiada o liście, jaki otrzymał od pewnego prawnika, Thomasa Wateridge’a (wiek nieznany), w którym przywołuje on pewną anegdotę związaną z pierwszym wykonaniem niezwykle modnego Spem in alium, zdumiewającej, 40-głosowej kompozycji Thomasa Tallisa (1505-1585) w latach 70 ubiegłego stulecia. Nadmienia w nim także okoliczności, w jakich Tallis mógł zapoznać się z podobnie monstrualnymi utworami z kontynentu, prawdopodobnie autorstwa Alessandro Striggio (1536-1592). Podczas owego pierwszego wysłuchania Spem in alium książę Norfolk miał rzekomo zdjąć z szyi złoty łańcuch i wręczyć go kompozytorowi. Niech to będzie zachętą dla naszych twórców do skomponowania podobnych dzieł. Sukces Mikołaja Zieleńskiego w Wenecji pozwala tu z nadzieją patrzeć w przyszłość.
GOSPODARKA
Polska moneta w Moskwie. Trwa kontynuacja bicia srebrnej kopiejki z wizerunkiem cara Władysława Wazy w Moskwie. Planowane jest również bicie tej monety w złocie oraz srebrnej kopiejki nowogrodzkiej. To kolejny krok w umocnieniu władzy polskiej na tronie moskiewskim.
KRONIKA TOWARZYSKA
Wkrótce imieniny księżniczki Cecylii. Dwór Habsburgów donosi o doskonałym zdrowiu urodzonej 16 lipca w Grazu księżniczki Cecylii, córki cesarza Ferdynanda II (33 l.) i Marii Anny Wittelsbach (37 l.). Rodzicom winszujemy pomyślnej realizacji planów związanych z królewskim potomkiem – kto wie, może to przyszła partia dla naszego księcia Władysława?
Radość w Nevers. To był rok księżniczek. Urodzona 18 sierpnia w Nevers potomkini sławnego rodu Gonzagów, Ludwika Maria, córka księcia Karola Gonzagi (31 l.) i Katarzyny de Guise (26 l.), sprawia wiele radości znakomitym rodzicom. Mamy nadzieję, iż pojawi się okazja, by mała Ludwika odwiedziła kiedyś ziemie polskie.
…
Pokusa tworzenia podobnych symulacji dotyczy także kilku innych ciekawych dat z przeszłości, do zrealizowania. 🙂
Przejście muzycznego renesansu w barok skłonni jesteśmy postrzegać jako gwałtowny przełom, odrzucenie kostycznego stylu, gatunków i poruszanych tematów na rzecz nowych, inspirujących treści i form. W rzeczywistości rzecz wyglądała znacznie rozsądniej, spór stylistyczny nie wykluczał kontynuacji wielu dawnych technik, a formy powstałe w wieku szesnastym nie zniknęły ot tak po prostu. Taki na przykład motet w nowej stylistyce przeszedł fascynującą transformację w koncert mało- i wielkoobsadowy (nie mylić z koncertami instrumentalnymi późnego baroku), współegzystując tak czy owak ze swoją bardziej konserwatywną postacią rodem z renesansowego kontrapunktu (tzw. prima prattica). Co zaś działo się z madrygałem, to już doprawdy bajkowa historia.
Madrygał (ten renesansowy, niemający nic wspólnego z formą kultywowaną w wieku 14) był królem świeckiej twórczości muzycznej szesnastego stulecia. Nie od samego początku, pojawił się na dobre dopiero po 1530 roku, roku wydania drukiem pierwszej księgi madrygałów, zebranych przez Francuza, Philippe’a Verdelota. Gatunek wykiełkował we Florencji, szybko ewoluując z chansonowo-frottolowej, czterogłosowej, nieskomplikowanej formy do klasycznej, pięciogłosowej, wyrafinowanej polifonicznie postaci. Setki ksiąg madrygałów, tysiące utworów – skala rażenia była oszałamiająca. Pisali je wszyscy, co choć otarli się o ziemie włoskie: Festa, Arcadelt, Willaert, Rore, Marenzio, Monte, Palestrina, Lassus, Wert… Na gruncie madrygału wyrosła cała ówczesna retoryka muzyczna, ze specyficznym kodeksem znaczeń zwrotów harmonicznych, skoków interwałowych i innych „madrygalizmów”, nie wspominając już o dwuznacznościach erotycznych ukrytych za tak niewinnymi słowami, jak „umierać”. Nic dziwnego, że z nastaniem baroku, gatunek przetrwał, dostosowując się do nowego sposobu pisania muzyki.
Tym nowym sposobem była zaś seconda prattica: uproszczenie faktury, emancypacja głosów z krępującej tkanki polifonicznej, wyodrębnienie basso continuo, czasem dodanie instrumentów oraz opatrzenie poszczególnych partii wirtuozowskimi przebiegami i nowym rodzajem zdobienia. W ten sposób narodził się madrygał koncertujący, pełen afektów, kontrastów, ustępów solowych (lub wręcz w całości solowy), niespodziewanych harmonii i brzmień. Ewolucję tę prześledzić można na przykładzie twórczości Claudio Monteverdiego, którego pierwsze pięć ksiąg madrygałów (1587-1605) stanowi przykład wzorcowej formy renesansowej i manierystycznej, w Szóstej (1614) następuje przełom, Siódma zaś (1619) i Ósma (1638) to wybuch nowego sposobu komponowania. I jak to u Monteverdiego – jeżeli pisał w starym stylu, były to perły w swoim gatunku; gdy zaś zabrał się za seconda prattica, stile rappresentativo i stile concertato (dokładając jeszcze od siebie własnego wynalazku stile concitato – styl wzburzony), nie znajdziemy lepszych przykładów w historii muzyki. Z pełną świadomością oceniam zawarty w 8 księdzeHor ch’el ciel e la terra, do tekstu sonetu Petrarki, za najwybitniejszy madrygał w całej historii muzyki. Przyćmiewają one twórczość jego współczesnych, nie oznacza to jednak, iż madrygałów koncertujących i tych w starym stylu, licznych i bardzo ciekawych, nie pisano aż do lat 40 siedemnastego wieku. Zaś generalny zanik nazwy „madrygał” w drugiej połowie stulecia nie oznacza, iż forma rozpłynęła się w powietrzu. Ewoluowała ona w jedno- i wielogłosową kantatę, świecką formę wokalno-instrumentalną (z basso continuo bądź z całym zespołem). Tak, słusznie się domyślacie – genialne Con che soavità Monteverdiego, na sopran i dziewięć partii instrumentalnych po stu latach przyjmie postać Cessate omai, cessate Antonio Vivaldiego – by obrazowo przywołać tylko przykłady dobrze znanych utworów.
Co zaś do zaniku nazwy, poza nielicznymi, późnymi, sentymentalnymi kolekcjami (Lotti, Caldara, Steffani, Bononcini) pojawia się ona niespodziewanie w nowych, teatralnych formach siedemnastowiecznych: oratorium i serenacie. A konkretnie w chórach/ansamblach wieńczących te dzieła, nazywanych właśnie madrigale. Serenata, jako rozbudowana forma kantaty świeckiej, wpisuje nam się w ciąg wydarzeń ukazany powyżej, gdy więc słuchamy madrygału kończącego dramatyczne, pełne arii i recytatywów, opatrzone partiami orkiestrowymi w manierze concerto grosso Lo schiavo liberato (1668) Alessandro Stradelli, możemy z satysfakcją domyślić się proweniencji takiej nazwy. Gdy zaś spotykamy oznaczenie madrigale przy końcowym chórze Oratorio per la Settimana Santa (ok. 1640) Luigi Rossiego, musimy cofnąć się ponownie do szesnastego stulecia, do fascynującej odmiany gatunku, jaką był madrygał religijny.
Gdyż na fali oszałamiającej popularności świeckiej formy madrygału powstawać szybko zaczęły zbiory kompozycji religijnych, madrigali spirituali, przeznaczone do domowej kontemplacji duchowej, pisane do tekstów nieliturgicznych, lecz zdecydowanie sakralnych. Młodzieńczy zbiór Monteverdiego z 1583 roku (zachowała się tylko partia basu) w tym wypadku nie wytycza standardów jakości, czynią to z pewnością kolekcje Philippe’a de Monte (Madrigali spirituali, 1583), Luca Marenzia (Madrigali spirituali, 1584), Giovanniego Pierluigiego da Palestrina (Vergine bella, 1594), Rolanda de Lassus (Lagrime di San Pietro, 1594) a nawet Johanna Hermanna Scheina (IsraelisBrünnlein, 1623). Co ciekawe, istniała również praktyka czynienia kontrafaktur madrygałów świeckich poprzez dopisywanie im tekstów religijnych – najlepiej znanym przykładem jest tu zbiór Aquilino Coppiniego, wydany w Mediolanie w trzech księgach (1607, 1608, 1609), zawierający sakralne wersje madrygałów Monteverdiego, Giovanellego, Banchieriego, Marenzia, Nanina, Vecchiego czy Andrei Gabrielego, pokazujący, jak cienka granica dzieliła ówczesne pierwiastki sacrum i profanum. Wciąż jednak liczba zbiorów madrygałów religijnych była zaledwie ułamkiem gigantycznej podaży świeckiego wzorca; tym bardziej zdumiewać może fakt, iż to właśnie skromny madrygał religijny ewoluował w latach czterdziestych 17 wieku w formę… oratorium, czego dowodem jest właśnie sporadyczne nazywanie „madrygałem” chórów wieńczących wczesne barokowe oratoria. Dokładnie tak, potomkiem Lagrime di San Pietro Lassusa są nie tylko dzieła Carissimiego i Charpentiera (wspaniały chór końcowy LeReniement de Saint Pierre!), ale i te pisane przez Haendla, Haydna, Beethovena, Mendelssohna czy Liszta. Z czasem ten skromny, sakralny krewny potężnego, „klasycznego” madrygału zdominował estrady koncertowe swymi monumentalnymi dziećmi: mesjaszami, stworzeniami świata i eliaszami.
Słuchając finałowego chóru Historia di Jephte Carissimiego, wcale się temu nie dziwię.
Domenichino: Dziewica z jednorożcem, fresk z Palazzo Farnese w Rzymie, 1604.
Ma wielki nos, duże błękitne oczy, jasne brwi i podwójny podbródek, na którym wyrasta kilka kępek brody.
Maximilien Misson o 62-letniej Krystynie, 1688.
Mało kto w historii nowożytnej złupił tyle dzieł sztuki, co Szwedzi podczas wojen w siedemnastym wieku. Jednocześnie mało kto przysłużył się ówczesnej kulturze tak, jak królowa Krystyna Szwedzka (1626-1689) z rodu Wazów. W stuleciu konfliktów religijnych mało było również osób tak wyzwolonych i otaczających się kontrowersyjnymi postaciami, jak ona właśnie.
Wstąpiła na tron jako sześciolatka, więc przez dwanaście lat wyręczał ją w rządach kanclerz o dźwięcznym imieniu Axel Oxenstierna. Mogła mieć w nosie toczącą się właśnie w najlepsze wojnę trzydziestoletnią, największy konflikt paneuropejski przed dwudziestym wiekiem, w której Szwedzi brali znaczący udział, łupiąc ziemie czeskie i niemieckie z czego tylko się dało. Zamiast tego wiodła nieskrępowany żywot chłopczycy, noszącej się z męska, zachowującej po męsku i kichającej na konwenanse. Ster rządów przejęła realnie w roku 1644, w sam raz, by błyszczeć w chwili podpisywania pokoju westfalskiego (1648). W potopie szwedzkim na ziemiach polskich również nie brała udziału, abdykując w 1654, rok przed jego początkiem. Oficjalnym powodem abdykacji była konwersja na katolicyzm, choć można przypuszczać, że bardziej uwierała ją presja małżeństwa z kuzynem, Karolem Gustawem, na rzecz którego ustępowała, lecz za mąż nie wyszła. Nie żeby odpychała ją perspektywa tak bliskiej relacji krwi – po prostu od relacji z mężczyznami wolała spędzać czas ze swoją ukochaną od 1644 roku, damą dworu Ebbą Sparre. A może i generalnie męczyła ją wielka polityka (choć ubiegała się też bez sukcesu o tron Neapolu i Polski) i wolała poświęcić się sztuce.
To właśnie był paradoks Krystyny. Postrzegana przez otoczenie jako grubiańska, nosząca męskie szaty i wciąż szukająca guza androgyniczna troglodytka, w kwestiach literatury czy muzyki pozostawała jedną z największych krzewicielek kultury gdziekolwiek się pojawiła. Już nie wystarczy, że po abdykacji, podczas podróży na „wygnanie” ułożono na jej cześć dwie opery (L’Argia Marc’ Antonio Cestiego, na okazję jej oficjalnego przyjęcia katolicyzmu w Insbrucku, 1655 oraz Vita Humana Marco Marazzolego, na jej uroczyste powitanie w Rzymie w 1656). Gdy tylko osiadła ze swym 255-osobowym dworem w Palazzo Farnese, zainicjowała coś niezwykle brzemiennego w skutki – założyła salon literacko-muzyczny, wzorowany na lożach wolnomularskich, nazwany Accademia dell’Arcadia. Jej uczestnicy – „pasterze” – spotykali się zwykle we środy i dyskutowali otwarcie na tematy związane ze sztuką. Wszyscy przyjmowali pseudonimy, a cała organizacja miała charakter iście demokratyczny.
Muzykami, których hołubiła w Rzymie Krystyna, byli między innymi hulaszczy Alessandro Stradella, ojciec opery neapolitańskiej Alessandro Scarlatti i wielki innowator na gruncie muzyki instrumentalnej Arcangelo Corelli. Ten ostatni, żyjący w dwudziestoletniej relacji ze skrzypkiem, Matteo Fornarim, mógł liczyć na specjalne względy i zrozumienie u kontrowersyjnej królowej. Wykazywała ona zresztą otwartość i w innych kwestiach. Pisała na przykład list do Ludwika XIV, ujmując się za gnębionymi w Paryżu Hugenotami, w Rzymie zaś broniła uciśnionych Żydów. Z kolei to jej polskim koneksjom rodzinnym możemy zawdzięczać takie dzieła, jak San Casimiro, re di Polonia Alessandro Scarlattiego, protegowanego Krystyny. W 1671 roku królowa założyła pierwszy publiczny teatr w Rzymie, w miejscu dawnego więzienia Tor di Nona. Stale kolekcjonowała dzieła sztuki, w tym spory zbiór malarstwa.
Krystyna zgasła w roku 1689. „Królowa bez włości, chrześcijanka bez wiary i kobieta bez wstydu”, jak pisał o niej jeden z papieży. Prosiła o skromny pogrzeb, lecz prośby tej nie posłuchano. Zwłoki, zabalsamowane i pokryte białym brokatem, z twarzą zakrytą srebrną maską, z pozłacaną koroną na głowie i berłem w dłoni, wystawiono na kilkudniowy widok publiczny w Palazzo Riario, następnie złożono do potrójnej trumny (cyprysowa, włożona w ołowianą, włożona w dębową) i pochowano – jako jedną z trzech kobiet w historii – w Grotach Watykańskich. Już rok później, na jej cześć powołano drugą Akademię Arkadyjską, czyniąc Krystynę symboliczną, honorową Basilissą (królową). Ta druga instytucja przetrwała ponad dwa stulecia i jest często mylona z poprzednią organizacją. To do tej drugiej Akademii należał kwiat polskiej arystokracji, w tym, jako jedna z pierwszych, od 26 września 1699 roku, wdowa po królu Janie III Sobieskim, Maria (Marysieńka) Kazimiera d’Arquien (pseudonim: Amirisca Telea). Mogła ona w gronie współbraci-pasterzy wysłuchać na przykład znakomitego oratorium Jerzego Fryderyka Haendla Il Trionfo del Tempo e del Disinganno (1708), czego królowa Krystyna z pewnością by jej pozazdrościła. Choć, gdyby żyła, może stanęłaby po stronie nieszczęsnego Corellego, który podobno ostro protestował przeciw wykonaniu dzieła, a to z powodu wpisanej w partii skrzypiec niespotykanie wysokiej nuty „a” oktawy trzykreślnej, co młodzian Haendel zgasił krótko demonstrując mu tę nutę osobiście.
Postać Krystyny stanowiła inspirację do powstania licznych dzieł literackich czy filmowych, na czele z kultową Królową Krystyną z roku 1933 z udziałem Grety Garbo. Film był jak na swoje czasy odważny, nie pomijał wątków homoerotycznych, łagodząc je jednocześnie wyssaną z palca historią miłości do niejakiego Antonio. Niestety, historia urywa się w nim, podobnie jak w odważniejszym The Girl King (2015) w momencie abdykacji królowej. Myślę, że dojrzeliśmy w końcu i do tego, by oczekiwać wysokobudżetowego, hollywoodzkiego lub europejskiego, pełnokrwistego i całościowego filmowego portretu Krystyny, z dychotomią wyglądu i manier z jednej strony oraz oddania sztuce z drugiej. Miło by było ujrzeć w takim obrazie, obok Ebby i innych miłości królowej, także stadło Arcangela i Matteo, którzy mają małe szanse doczekać własnego filmu. Casting na główne role uważam za otwarty. 🙂
A pozostałe dwie panie leżące w Grotach, to Matylda z Canossy – TEJ Canossy – (1046-1115) oraz… Maria Klementyna Sobieska (1701-1735), wnuczka Jana III i Marysieńki, żona Jakuba Stuarta.
Rafał Wojaczek (ur. 6 grudnia): Byłem, jestem – fragment.
Odwieczna walka komercji z tradycją nasila się corocznie szczególnie mocno w dniu św. Mikołaja. Nie ustają wówczas głosy przypominające historyczną genezę tego święta, nie pozostaje dłużna wyobraźnia masowa, spłaszczająca temat do kolejnej okazji do obdarowania się prezentami. My zaś, pozostawiając na boku spory, czy naszym pociechom, gospodarce i kulturze bardziej potrzebny jest rubaszny, brodaty pan w czerwieni, powożący raz to saniami zaprzężonymi w renifery, raz znów ciężarówką pod szyldem napoju gazowanego, czy też może pamięć o tym oryginalnym świętym z Miry, z przełomu III i IV wieku – spróbujmy przewrotnie powspominać Mikołajów zapisanych na kartach historii muzyki, takiej powiedzmy od piętnastego wieku w górę.
Zacznijmy od Polski, był bowiem czas, że obrodziło nam w Mikołajów-kompozytorów. Począwszy od naszej dumy epoki fauxbourdon, rówieśnika Guillaume’a Dufay, Mikołaja z Radomia, którego skromnej liczby acz wysokiej próby artystycznej dzieła powstawały w drugiej ćwierci piętnastego wieku, poprzez Mikołaja z Krakowa, twórcy licznych kompozycji klawiszowych pierwszej połowy szesnastego stulecia, wciąż zbyt mało docenionego względem wagi swej spuścizny, jak również jego rówieśnika, Mikołaja z Chrzanowa, także organisty, autora jednej zachowanej kompozycji, motetu Protexisti me, Deus. Poprzez Mikołaja Gomółkę, autora epokowego w historii muzyki opracowania muzycznego wszystkich tekstów Psałterza Dawida spolszczonych przez samego Jana Kochanowskiego (1580), aż do Mikołaja Zieleńskiego, zamykającego tę paradę polskich Mikołajów, nazywanego, i słusznie, najwybitniejszym polskim kompozytorem przed Fryderykiem Chopinem (synem Mikołaja!), autora obszernych zbiorów kompozycji wydanych w Wenecji jako Offertoria et Communiones totius anni (1611), zawierających zarówno dzieła na jeden i dwa głosy, motety kameralne jak i polichóralne monumenty, z dwunastogłosowym Magnificat na czele. Doprawdy, mieliśmy farta do kompozytorów obchodzących swoje święto 6 grudnia.
Co do reszty świata, zacząć wypada od Nicolausa Gomberta (1500-1560), najwybitniejszego przedstawiciela czwartej generacji franko-flamandzkiej, wielkiego polifonisty o niełatwym życiorysie. W przeciwieństwie do Gomberta, prawie nikt nie kojarzy dziś niemieckiego kompozytora Nicolausa Zangiusa (1570-1619) – wspominam go z kronikarskiego obowiązku, jako autora zbiorów pieśni na trzy i pięć głosów. Mniejszej wagi barokowym Mikołajem był inny Flamand, Nicolaus à Kempis (ok.1600-1676), którego kompozycje znamy głównie ze zbiorów wydawanych w Antwerpii w latach 1644-49. Ciekawą i mało poznaną postacią był Nicolaus Adam Strungk (1640-1700), aktywny głównie w rejonie Hamburga i Lipska, twórca co najmniej kilkunastu oper wystawianych w tamtejszych teatrach. Z kolei jednym z najwybitniejszych niemieckiech autorów kantat luterańskich oraz muzyki organowej był żyjący niecałe 32 lata Nicolaus Bruhns (1665-1697). Dzieła takie, jak Hemmt eure Tränenflut czy Ich habe Lust abzuscheiden (znana również z tekstem Ich liege und schlafe) to perły niemieckiej literatury przedbachowskiej. Wspomnieć również należy Louis-Nicolasa Clérambaulta (1676-1749), czołową postać życia kulturalnego Paryża swoich czasów, twórcę muzyki religijnej oraz instrumentalnej.
Włosi zasługują na szczególną uwagę w kwestii muzycznych Mikołajów. Nicolò Corradini (1585-1646) działał w Cremonie i publikował w Wenecji księgi motetów, madrygałów, ricercarów i canzon. Był jednak małym pionkiem wobec takiego giganta, jak żyjący sto lat później Nicola Porpora (1686-1768) – twórca potęgi opery neapolitańskiej oraz nauczyciel wielu sławnych śpiewaków i śpiewaczek. Mierzyć z nim mógł się inny Neapolitańczyk, Niccolò Jommelli (1714-1774), potentat opery galant. W mieście największego kultu św. Mikołaja z Miry – Bari – urodził się Niccolò Piccinni (1728-1800), znany głównie jako operowy rywal Christopha Willibalda Glucka w Paryżu (a tak naprawdę jego wielbiciel, nie pierwszy raz w historii okazało się, że wyznawcy poszczególnych idoli tworzą własną, alternatywną rzeczywistość). Pochód włoskich Mikołajów zamyka Niccolò Paganini (1782-1840), bóg skrzypiec i wielka postać muzycznych salonów Europy romantycznej.
Kolejnych bohaterów odnaleźć możemy w Rosji. Nikołaj Rubinstein (1835-1881) był sprawniejszym pianistą niż kompozytorem (tu prym wiódł jego brat, Anton). Za to Nikołaj Rimski-Korsakow (1844-1908) to już kolos, najwybitniejszy po Berliozie mistrz orkiestrowych brzmień, członek Potężnej Gromadki, wychowawca kolejnych pokoleń kompozytorów (w tym Nikołaja Miaskowskiego, Nikołaja Malko, Nikołaja Sokołowa, Nikołaja Łysienko czy Nikołaja Czeriepnina), autor wielu udanych oper, przebojowego Lotu trzmiela oraz magicznej Szeherezady. Kolejnym pokoleniem tego kręgu był Nikołaj Medtner (1879-1951), autor głównie wdzięcznych utworów fortepianowych.
Dochodząc do wieku dwudziestego, możemy z satysfakcją zamknąć temat umowną klamrą, wracając na grunt polski. Dwóch Mikołajów, ojciec i syn, jeden wielki, drugi skromniejszy, tuz klasy światowej i niewyrobionej wciąż renomy młodzian (licząc w latach kompozytorskich). Henryk Mikołaj Górecki (1933-2010) przyczynił się do wyniesienia polskiej szkoły kompozytorskiej na międzynarodowy Parnas, a przypadkowy sukces komercyjny Trzeciej symfonii pomógł tylko docenić także jego pozostałe dzieła. Jego syn, Mikołaj Górecki (ur. 1971), idzie wytrwale swoją własną kompozytorską drogą.
Jeżeli zaś komuś tej wyliczanki mało, może jeszcze dołączyć do niej jedną z urokliwszych mszy Józefa Haydna: Missa Sancti Nicolai (1772/1802) lub warunkowo wciągnąć na powyższą listę romantycznego kompozytora i dyrygenta Otto Nicolai (1810-1849, skądś znamy te daty…), autora przeboju operowego Wesołe kumoszki (zwane złośliwie komuszkami) z Windsoru.
A bazylika św. Mikołaja w Bari, kryjąca również mauzoleum królowej Bony, to moje tegoroczne odkrycie i zdecydowany faworyt w kategorii architektury romańskiej. 🙂
Frederic Leighton: Podarek Jonatana dla Dawida, ok. 1868.
You can see here the Death Star orbiting the forest Moon of Endor.
Admirał Ackbar, podczas narady bojowej rebeliantów. Powrót Jedi, 1983.
Wbrew pozorom, nie będzie to wpis z uniwersum Gwiezdnych wojen. Choć „dawno, dawno temu” się akurat zgadza. Będzie o Starym Testamencie, o Pierwszej księdze Samuela, zawierającej w rozdziale 28 historię, która zainspirowała w czasach nowożytnych kilku prominentnych malarzy, literatów i kompozytorów. Historię Saula, który tknięty złym przeczuciem przed starciem z Filistynami, udaje się do wiedźmy z Endor, by wywołać ducha zmarłego Samuela. Tak się złożyło, iż wcześniej bezlitośnie usunął z królestwa wszystkich wróżbitów i magów, więc udaje się do owej wiedźmy incognito. Ona jednak rozpoznaje go, przerażona, i wywołuje ducha dopiero po zapewnieniu, że nic jej z ręki srogiego króla nie grozi. Samuel zaś, ukazawszy się, ma dla Saula tylko najgorsze wieści – ponieważ sprzeniewierzył się Bogu, jutro dołączy, wraz z armią i potomstwem, do królestwa Samuela. Jęki, szlochy, kurtyna. Los, przeznaczenie – jak rzekłaby w 1946 roku Hermenegilda Kociubińska. Jaka piękna tragedia – jak dodałby w 2003 Robert Górski. Jaki dobry materiał na oratorium/operę – uznali zaś w latach 1682-1738 Charpentier, Purcell i Haendel. I dali światu prawdziwe perły barokowego teatru muzycznego.
Marc-Antoine Charpentier (1643-1704), uczeń samego Carissimiego w Rzymie (1667-1669), wybitny kontynuator na gruncie francuskim jego talentu sugestywnego umuzyczniania historii biblijnych (w tym pokrewnego tematycznie oratorium Historia Davidis et Jonathae), podjął temat wizyty Saula u wiedźmy dwukrotnie, za każdym razem czyniąc go częścią większego dzieła dramatycznego. Około 1682 roku powstało dramatyczne, półgodzinne, łacińskie oratorium Mors Saülis et Jonathæ, zaczynająca się właśnie od wyprawy do wiedźmy z Endor. Słychać tu wyraźne wpływy rzymskiego mistrza, autor wprowadza nas od razu w środek akcji, narrację powierzając chóralnemu historicusowi (zabieg typowy dla Carissimiego). Saul śpiewa głosem basowym, wiedźma – tradycyjnie na gruncie francuskim zwana Pytonissą – to haute-contre, wysoki głos tenorowy. Duch Samuela to baryton. Początkowo rzeczy dzieją się szybko, jednak scenę wywoływania ducha opatrzył Charpentier kunsztowną arią z orkiestrowym towarzyszeniem – w tym fragmencie libretto odchodzi od biblijnego pierwowzoru. Po niej następuje krótki dialog Samuela z Saulem oraz podsumowanie przez chóralnego historicusa. Całość sceny trwa około jedenastu minut, w sieci możemy go posłuchać w atrakcyjnym nagraniu Il Seminario Musicale, choć w partii Pytonissy mamy tu niestety kontratenora.
W 1688 roku powstało dzieło znacznie rozleglejsze, dwugodzinna operowa tragedia biblijna David et Jonathas, tym razem do tekstu francuskiego i oparta na losach przyjaźni (miłości, jak chcą niektórzy) Dawida i Jonatana, syna Saula. Zanim jednak do losów owych przechodzimy, mamy prawie dwudziestominutową scenę wyprawy Saula (bas) do Pytonissy (haute-contre) i wywoływania ducha Samuela (niski bas). To bardzo francuska z ducha przeplatanka fragmentów secco i znakomitych, sugestywnych accompagnato i arii. Nie ma tu narratora, zaczynamy od razu od rozterek Saula, następnie swoje pięć minut ma Pytonissa – uwagę zwraca zwłaszcza trzykrotnie pojawiające się zawołanie „ombre, ombre, c’est moi qui vous appelle”: za pierwszym razem orkiestra „odpowiada” Pytonissie, za drugim i trzecim to instrumenty grają najpierw swoje „ombre”, a wiedźma kontynuuje. Udział orkiestry jest tu zresztą o wiele bardziej znaczący niż w poprzedniej kompozycji Charpentiera. Duchowi Samuela, zaczynającemu swoją kwestię w bardzo niskim rejestrze, towarzyszą na przykład trzy niskie instrumenty con sordino – aż chciałoby się obsadzić je puzonami, by usłyszeć antycypację mozartowskiego Komandora! David et Jonathas cieszy się sporą popularnością wykonawców, szlaki przecierał tu niezawodny William Christie, a jedno z najnowszych nagrań dała nam Orchestra of the Antipodes.
Henry Purcell (1659-1695) z pewnością sugerował się stylem francuskim w swojej twórczości, tak monumentalnej, jak i kameralnej. Około roku 1691 stworzył intymną, klimatyczną scenę w języku angielskim In guilty night (Saul and Witch of Endor) na sopran, tenor i bas z towarzyszeniem tylko basso continuo, jakiej z pewnością nie powstydziłby się sam Charpentier. Bazuje w niej wyłącznie na tekście biblijnym, obramowując całość dwiema sekcjami trzygłosowymi: pierwsza to historicusowe wprowadzenie, druga zaś to mistrzowsko schromatyzowana kontemplacja jednego ze słów Samuela – „farewell”. Postaci w tej ośmiominutowej kompozycji są znakomicie udramatyzowane, nękany rozterkami, zniecierpliwiony Saul (tenor), przestraszona, lecz i skuteczna w swych praktykach Wiedźma (sopran) oraz majestatyczny, rodem z zaświatów Samuel (bas) tworzą niezwykle satysfakcjonujący, barokowy mini teatr muzyczny. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Purcell dał swemu Samuelowi podobną ekspresję, co tworzonemu w podobnym czasie Geniuszowi Lodu z Króla Artura (1692). Z wielu istniejących nagrań In guilty night najwięcej magii zawiera to pod dyrekcją Paula McCreesha.
Muzyczny kontynuator dziedzictwa Purcella w Londynie, Jerzy Fryderyk Haendel (1685-1759), opracował dźwiękowo scenę z Endor w swym majestatycznym oratorium Saul z roku 1738. Pojawia się ona na początku Aktu trzeciego i stanowi dziewięciominutowy zbiór retorycznych recytatywów secco, accompagnato, ariosów i krótkiej arii Wiedźmy, co czyni ją podobną do sceny z Davida et Jonathasa. Pierwszym słowom demonicznego Samuela (bas) towarzyszą dwa fagoty obbligato. Saul (również bas), jest po haendlowsku rozdarty, skrzecząca Wiedźma ma w partyturze oznaczenie jako tenor, lecz partia opisana jest jako wykonywana przez „Miss Young” – możliwe, że mamy tu do czynienia z użyciem kobiecego rejestru piersiowego w skali tenoru. Barwną interpretację całej sceny dał René Jacobs, z typowymi dla siebie wtrętami instrumentalnymi.
Opracowań muzycznych dziejów Saula, Samuela i Wiedźmy mamy w historii więcej, lecz te właśnie, wspomniane wyżej, powstałe na przestrzeni pół wieku arcydzieła, stanowią fascynujący zestaw przykładów barokowej retoryki „magicznej”. A że dodatkowo możemy tu przeprowadzić niespodziewany łańcuch proweniencji, wiodący od Rzymu, przez Paryż do Londynu, to już czysta magia hermeneutyczna. No i – jaka piękna tragedia!
W tym miejscu pragnę przeprosić w imieniu Lucasfilm, iż z niezrozumiałych powodów w Powrocie Jedi lesisty księżyc zamieszkały przez Ewoków nazwano Endor…
Zabytkowa odlewnia żeliwa w Kowalach Oleckich, 19 wiek.
Szukał czegoś, w czym by mógł się wytarzać. Ale, jak na złość, nie było pod ręką nic takiego, co stanowi psie perfumy. Ani zdechłej myszy, ani ptaka, nic.
Jan Grabowski: Puc, Bursztyn i goście, 1946.
Całe lata osiemdziesiąte, oprócz depresyjnej szarości wokół, triumfu polskiego rocka, szkoły muzycznej i figurek z Gwiezdnych wojen, zapamiętam jako czas cyklicznej, przymusowej, corocznej zmiany otoczenia. W miesiącach edukacyjnych mój osobisty, śląski rytm wyznaczało przedszkole, potem szkoła, jedna i druga. Wolność i frajdę dawało podwórko. W wakacje nie było jednak zmiłuj – jechało się na Suwalszczyznę. Do korzeni. Do babci. Donikąd. Dwa bite miesiące w głuszy, w skrajnym przeciwieństwie dwustutysięcznego Zabrza. W Kowalach Oleckich tysięcy mieszkańców było dwa.
Rytuał wakacyjny zaczynał się od podróży. 600 kilometrów. Mały fiat, rodzice i ja (brat zwykle wybierał wyjazdy na kolonie lub sam sobie organizował wakacje). Bagaży co niemiara. Ubrań i zabawek na całe wakacje. Osobna torba z prowiantem na drogę, z nieśmiertelnymi jajkami na twardo, pomidorami, kanapkami z serem czy polędwicą sopocką. Termos na pompkę, z herbatą. Bo maluch potrzebował przerw. Co jakieś sto kilometrów. Na chłodzenie silnika. Wtedy się jadło, sikało w lesie, prostowało nogi. W drodze tam zbierało się maliny, z powrotem las ofiarował już jeżynowe trofea. Palenie odbywało się w samochodzie, przy uchylonym małym okienku, przy dziecku, czyli przy mnie.
Zbliżanie się Warszawy powodowało zawsze nerwówkę ojca za kierownicą. Wjechanie w stolicę oznaczało pewne zgubienie się, rzucanie gromów na złe oznakowanie ulic oraz solenną przysięgę, że następnym razem wybierze się trasę przez Zielonkę. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że osiądę w tym mieście na dobre, z obrazu stolicy tamtych czasów pozostało mi w głowie tylko powtarzanie jak mantrę: Grójecka, Wawelska, Grójecka, Wawelska… Oraz mijany pomnik Lotnika. Potem już było z górki. A od Łomży (poznawało się ją po brukowanych ulicach) rosła ekscytacja związana z dojazdem na miejsce.
Przybywało się wieczorem, po dziesięciu godzinach jazdy. Babcia, mama mamy, czekała na ganku poniemieckiej kamienicy, cała wzruszona. Miała nieco ponad półtora metra wzrostu, była okazem zdrowia i odkąd miałem sześć lat była wdową. Mieszkała najpierw na subparterze, równym z poziomem podwórka, później na pierwszym piętrze, równym z poziomem ulicy. Zjazd z ulicy na podwórko stromym skosem brukowanym kostką betonową, po przywitaniu, wieńczył naszą podróż i pieczętował przybycie. No, może pieczęcią była też powitalna, odgrzewana kolacja – coś z aktualnego obiadu. Plus pogaduchy do późna. Rodzice zostawali jeszcze kilka dni i wracali do Zabrza. Zabierali mnie od babci pod koniec sierpnia.
Tymczasem czekało mnie kilkadziesiąt dni żywcem z książeczki Puc, Bursztyn i goście – beztroskich chwil cieszenia się podwórkiem, kurniko-chlewo-stodołą, obejściem z gnojówką, ogródkami na pagórku, torami kolejowymi za tymże pagórkiem, kolejnym pagórkiem gęsto obsadzonym karłowatymi sosnami (tak zwany lasanek), posterunkiem milicji za płotem podwórka, sklepem spożywczym i mięsnym od frontu kamienicy, czasem domem kultury z pianinem czy lodami z okienka po drugiej stronie ulicy. Jadło się ogródkowe pomidory, ogórki, truskawki i ziemniaki, chleb z polędwicą sopocką, chałkę z serkiem waniliowym, babcine naleśniki-giganty, jeszcze większe kartacze, jaja od własnych kur i kaczek, rosół z ubitej kury (powieka babci nie drgnęła podczas egzekucji siekierą na pieńku), babę ziemniaczaną, kapustę z mięsem… W niedziele obowiązkowa była wyprawa do pobliskiego kościoła – w pierwszych latach małego, tymczasowego, w zaadaptowanym baraku, później już ogromnego, kamienno-drewnianego, w góralskim stylu ze stromym dachem. Babcia pachniała wtedy naftaliną z szafy i wiodła prym jako żeński baryton (sąsiadki preferowały raczej sopranowe tony). Tym samym barytonem babcia odśpiewywała sobie w wolnych chwilach w domu godzinki, zawsze się pod koniec wzruszając, co poznawałem z sąsiedniego pokoju po jej łamiącym się głosie.
Po podwórku chodziły wolno kury, kaczki, czasem pies Chmurka, koty, indyk czy gęś. Kurom, przed wypuszczeniem rano na podwórko, gospodynie wtykały w zadek palec – jeżeli jajko było w drodze, pierzasta obywatelka zostawała w kurniku spełnić swój gospodarski obowiązek. W chlewie chrząkały świnie, czasem się prosiące, był też na podwórku koń, ale on nocował gdzie indziej. Cały inwentarz był doskonale znany mieszkańcom kamienicy, nikt nikomu w paradę nie wchodził, każda kura i kaczka miała swych oczywistych właścicieli. Spędzając tam tyle czasu co roku, znało się także wszystkich lokatorów. Stare małżeństwo Rojków (ona – rosła flegmatyczka, on – łachmaniarski choleryk o urodzie i głosie Phila Collinsa), grubi państwo Szymańscy (on dosiadający solidnego motocykla), wielodzietni, pracujący w odlewni żeliwa Zielińscy (mówiący do mojej babci „ciociu”, z niewiadomych względów), których głowa domu pił i żonę bił, a następnie odebrał sobie życie przy pomocy sznura; stara Grzelakowa i jej syn Tolek-gołębiarz, z wiecznie potarganą czupryną, kozacką brodą i kacem (no wykapany hipster, dwie dekady przed tym, zanim to stało się modne) oraz smukłą i sympatyczną żoną (trochę podobną do Ostrowskiej z Lombardu) i dwiema córkami. Jedna z tych córek, Stella, wespół z jednym z Zielińskich, Pawłem, oraz dwiema córkami milicjantów z posterunku, Jolą i Moniką, stanowili mój wakacyjny rówieśniczy kapitał towarzyski.
Stella była długowłosa, długonoga, wysoka, smukła i trochę niedbająca o konwenanse. Podobna do Kayah. Ogromnie przywiązana i sympatyczna. W Pawła, rok starszego ode mnie, byłem mocno zapatrzony. Był piegowatym blondynem ostrzyżonym na jeża, małomównym i dającym się lubić. Jola, solidna brunetka, była o wiele sympatyczniejsza od Moniki, platynowej blondynki, chudej i nieco dwulicowej. Wszyscy zaś razem stanowiliśmy pokolenie smarkaczy dla naszych braci i kuzynów, więc bawiliśmy się głównie ze sobą, sporadycznie odnotowując przyjazd jakichś młodszych od nas dzieci.
Zabawą typowo z tamtych stron były „cegiełki”. Taka odmiana gry w chowanego, z elementem dodatkowym w postaci sterty pięciu-sześciu cegieł ułożonych jedna na drugiej, stojących na środku podwórka. Na tych cegłach „zaklepywało się” odszukanego, chyba że wyprzedził on szukającego w wyścigu do cegieł i je wywrócił. Wówczas w czasie, gdy szukający ustawiał cegły ponownie, odszukany mógł się ponownie schować. Krążyły legendy o widowiskowych wyścigach do tych cegieł, dużo radości dawało też wyczekiwanie, aż szukający oddali się nieco w poszukiwaniu schowanych i ruszanie ze swej kryjówki celem wywrócenia cegieł. Podobno byli tacy, co skakali na te cegły z okna na półpiętrze klatki schodowej. W pewnym momencie na podwórku stanęła własnej roboty huśtawka, z dwiema miejscówkami. Rozhuśtywało się na niej do oporu (chodziło o dotknięcie mocowaniami ławeczki górnej poprzeczki ramy), drąc przy tym na całe gardło „daj mi tę noc”.
Kilka razy w ciągu pobytu chadzało się do pobliskiego lasu, na maliny. Droga wiodła przez tory. Z lasu przynosiło się kijki, z których robiło się łuki do zabawy w Indian. Strzałami były mniejsze kijki, obdzierane z kory. Przy torach rósł chrzan i szczaw. Na tory kładło się kamienie, widząc zbliżający się pociąg. Rozcierane były na proszek, ku ogólnej radości dzieciarni. Pamiętam jeszcze stare, parowe lokomotywy, czarno-czerwone, ciągnące piętrowe wagony. Przy pociągach towarowych obowiązkowe było liczenie wagonów. Niestety, jeziora nie było. W celach kąpielowych jeździliśmy czasem do rodziny w Sedrankach i Olecku. W czarno-białym telewizorze babci oglądało się Pancernych, Janosika, Psa Cywila czy Wołodyjowskiego.
W Kowalach wakacje spędzałem do czternastego roku życia. To był mój drugi dom, ale w ostatecznym rozrachunku nudziłem się tam śmiertelnie. Książki i komiksy prędzej czy później się kończyły, seriale w TV powszedniały, z rówieśnikami się kłóciło, babci się podpadało, zaczynała się tęsknota za Zabrzem, za zabawkami, za kolegami ze szkoły, za pianinem. Babcia zmarła kilka lat po moim ostatnim pobycie w Kowalach, wcześniej zdążyła przybyć z solidną rewizytą, mieszkając u nas dobrze ponad rok.
Wydaje się, że rodzicielskie delegowanie mnie na takie wakacje (a brata na kolonie), było realizacją potrzeby odpoczynku od nas przez dwa miesiące w roku. Z perspektywy poczytuję te lata jako czas stracony, cofający mnie w rozwoju społecznym i intelektualnym. Jednak na kolonie jeździć się wzbraniałem, nie wiem też, ile wzbogacających przygód przeżyłbym na rodzinnym podwórku zamiast tego. Później, w kilku lekturach odnalazłem peany dotyczące dziecięcych pobytów na wsi, zawsze lekko nie dowierzając, że może to stanowić jakąś większą wartość. Jestem gatunkiem synantropijnym, bardzo. Raczej Tiuzdejem i Mikado (gośćmi) niż Pucem lub Bursztynem. Nie wchodzi w grę osiedlanie się na prowincji na starość. A może nie mam racji, może zaznałem czegoś, o czym wielu moich rówieśników mogło tylko pomarzyć? Może też w tamtym ubezwłasnowolnieniu tkwi zalążek mojej późniejszej fanatycznej potrzeby niezależności? Odwiedziłem kamienicę w Kowalach po latach, bez większego sentymentu. Już tam raczej nie wrócę.
Stella to jednak epickie imię epoki przeddżessikowej! 🙂
E.T.A. Hoffmann: ilustracja do pierwszego wydania Kota Mruczysława poglądów na życie (1819).
Po raz pierwszy doświadczyłem, czym jest w dziedzinie moralnej przyczyna i skutek, i właśnie moralny instynkt skłonił mnie, by schować pazury tak szybko, jak je wysunąłem.
E.T.A. Hoffmann: Kota Mruczysława poglądy na życie (1819).
Biografie postaci ważnych choć wcale nie pierwszoplanowych w historii kultury bywają barwniejsze niż życiorysy ich odpowiedników z pierwszej ligi światowej malarzy, literatów czy kompozytorów. Gdy zaś dodać do tego, że dzieje niektórych takich postaci ocierały się o historię Polski, mamy powód, by wykazać wzmożoną ciekawość dotyczącą ich losów.
Pruski człowiek renesansu rodzącego się romantyzmu, Ernest Teodor Amadeusz Hoffmann (1776-1822) trzecie imię (oryginalnie: Wilhelm) nadał sobie sam, upamiętniając swoje muzyczne bożyszcze, Wolfganga Amadeusza Mozarta. Zamiłowanie do pięknych dźwięków wyniósł z domu rodzinnego – prawniczego – w którym ojciec grał na tak już wówczas antycznym instrumencie, jakim była viola da gamba (choć, przypomnijmy, ostatnim wirtuozem gamby był zmarły w 1787 roku Carl Friedrich Abel). Rodzina ojca pochodziła z polskiego rodu Bagieńskich, co mogło z kolei zaważyć na słabości Ernesta do Polaków. Bronił ich dobrego imienia w życiu prywatnym oraz w dziełach literackich, ożenił zaś się (w 1802 roku) z Polką, Marią Teklą Michaliną Rohrer-Trzcińską. Miał szczęście, nasza rodaczka przez dwadzieścia lat przymykała łaskawie oko na jego liczne odstępstwa od przysięgi małżeńskiej.
Najmilej wspominał lata spędzone właśnie na ziemiach polskich, wyrażając protest przeciw trwającym zaborom, sympatyzując z insurekcją kościuszkowską. Niemniej był tychże zaborców urzędnikiem – na przykład w Płocku, w latach 1803-1806 odpowiadał za nadawanie polskim Żydom niemieckich nazwisk. Zawdzięczamy mu takie klasyki, jak Rosenbaum czy Goldberg; podobno ustalił w tym sobie zasady, jak wymyślanie nazwisk pochodzących od kwiatów w poniedziałki a od ryb w piątki. Wcześniej działał w Poznaniu, skąd musiał zmykać po opublikowaniu karykatur tamtejszych urzędników i oficerów. Gdyż realizował się z równym upodobaniem jako malarz, literat i muzyk. W żadnej dziedzinie nie brakowało mu fantazji i odrobiny dziwactwa, co czyniło go modelowym przedstawicielem pierwszego pokolenia romantyków.
A zasługi jego są nie do przecenienia. Hoffmann – dyrektor muzyczny teatrów w Bambergu, Dreznie i Lipsku, fanatyczny wielbiciel Glucka, Mozarta i Beethovena, jest autorem pierwszej romantycznej opery, Ondyny (1816). Dzieło to zostało pechowo przyćmione przez Wolnego Strzelca Carla Marii von Webera (1821), wymienianego jako pierwsza ważna niemiecka opera romantyczna. Ot, wyroki dziejów. Przed Ondyną napisał zresztą szereg innych dzieł scenicznych, lecz sławę zyskała tylko ona. Włącznie z wielkim uznaniem wspomnianego Webera, autora entuzjastycznej recenzji dzieła. Zaś historia Undyny, wodnej boginki, została później użyta także przez Alberta Lortzinga i Piotra Czajkowskiego.
Skoro zaś o Czajkowskim mowa – jego bijący rekordy popularności balet Dziadek do orzechów (1892) oparty jest na opowiadaniu… Hoffmanna, Nussknacker und Mausekönig z roku 1816. Fantastyczna wyobraźnia jego gotyckich horrorów inspirowała wielu innych twórców, takich jak choćby Edgar Allan Poe. Opowiadania Piaskun (Der Sandman) oraz Lalka (Die Puppe) dały podstawę do libretta baletu Coppélia Léo Delibes’a (1870). Stworzywszy fikcyjną postać kapelmistrza Kreislera, zmotywował Roberta Schumanna do napisania cyklu miniatur Kreisleriana, a Johannesa Brahmsa do młodzieńczego utworu Kreisler jun. I tak, to ten Hoffmann jest bohaterem jedynej poważnej opery Jacques’a Offenbacha Opowieści Hoffmanna (1880).
Najciekawszą pozycją literacką naszego bohatera pozostają jednak niesamowite Kota Mruczysława poglądy na życie (Lebens-Ansichten des Katers Murr nebst fragmentarischer Biographie des Kapellmeisters Johannes Kreisler in zufälligen Makulaturblättern), wydane w dwóch tomach w latach 1819 i 1821, z planowanym i nieukończonym tomem trzecim. Hoffmann wraca tu do postaci Jana Kreislera, czyniąc to w niesamowitej wprost formie konstrukcyjnej. Otóż konwencją powieści jest, iż rzeczony, spersonifikowany, świetnie wykształcony i wykazujący przewrotne usposobienie kot Mruczysław (Hoffmann był również fanatycznym kociarzem) spisuje swoje przemyślenia na odwrocie kartek ze wspomnieniami Kreislera właśnie. Zabieg fantastycznie atrakcyjny, dający wystarczającą swobodę literacką, by ukryć za nim odważne poglądy dotyczące postaw społecznych i życiowych obydwu bohaterów.
W 1821 roku członkowie berlińskiego kółka literackiego, które założył Hoffmann, otrzymali pocztą ozdobny nekrolog: W nocy z 29 na 30 listopada br. zasnął, aby zbudzić się do lepszego życia, mój drogi, ukochany wychowanek, kot Mruczysław, w czwartym roku swego obiecującego życia. Kto znał tego wpisanego do wieczności młodzieńca, kto widział, jak kroczy drogą cnoty i prawa, zrozumie mój ból i uczci go milczeniem. Autor nekrologu przeżył swojego ulubieńca zaledwie o pół roku.
Nie wiemy, jaka choroba zmogła Mruczysława; Hofmanna zabrała kiła.